Znicze palące się na cmentarzu po zmroku

Znicze LED i solarne, czyli jak elektronika trafiła na cmentarz

Cmentarz to ostatnie miejsce, w którym spodziewalibyśmy się nowinek technicznych, a jednak od kilku sezonów wśród szklanych kloszy stoją znicze z diodą, panelem fotowoltaicznym i czujnikiem światła. Dla jednych to sprzęt praktyczny, dla innych proteza prawdziwego płomienia. Zanim ktoś wyda opinię, warto zajrzeć do środka takiej konstrukcji, bo różnice między modelami są większe, niż sugeruje wygląd.

Co dokładnie siedzi w środku

Najprostszy znicz LED to cztery elementy: dioda, ogniwo (baterie lub akumulator), prosty układ sterujący i obudowa. Dioda migocze dzięki układowi, który zmienia jasność w nieregularnym rytmie, żeby imitować drżenie płomienia. Im lepiej dobrany algorytm migotania i im cieplejsza barwa światła, tym mniej sztucznie to wygląda po zmroku, a właśnie po zmroku ten znicz ma pracować.

Wariant solarny dokłada do tego panel fotowoltaiczny w pokrywie i akumulator, najczęściej w rozmiarze zbliżonym do typowego paluszka. W ciągu dnia panel ładuje ogniwo, po zmierzchu czujnik odcina ładowanie i uruchamia diodę. Cała elektronika jest banalna, o trwałości decyduje więc nie ona, lecz szczelność obudowy i jakość akumulatora.

Jesienne słońce kontra panel wielkości monety

Tu zaczyna się największa rozbieżność między obietnicą a rzeczywistością. Panel w zniczu ma zwykle kilka centymetrów kwadratowych powierzchni, a listopadowe dni w Polsce bywają krótkie i pochmurne. Dobrze dobrany model ładuje się także przy świetle rozproszonym, ale wolniej, przez co po kilku ponurych dniach świeci krócej i słabiej. Dodatkowo panel pokryty kurzem, igliwiem albo kroplami deszczu traci sprawność, więc przetarcie pokrywy przy okazji wizyty realnie przedłuża świecenie.

Przeczytaj:  Darmowy internet w pociągach PKP Intercity

Zimą dochodzi jeszcze temperatura. Akumulatory litowe i niklowo wodorkowe oddają w mrozie mniej energii, niż podaje producent dla warunków pokojowych. To nie jest wada konkretnego egzemplarza, tylko fizyka, z którą trzeba się liczyć, planując zakup na cały sezon.

Czujnik zmierzchu, czyli drobiazg, który decyduje o żywotności

Modele bez czujnika świecą non stop i wyczerpują ogniwo w ciągu doby. Te z fotorezystorem załączają diodę dopiero, gdy poziom światła spadnie poniżej progu. Różnica w zużyciu energii jest na tyle duża, że przy identycznej pojemności akumulatora znicz z czujnikiem potrafi pracować kilkukrotnie dłużej. Część bardziej rozbudowanych konstrukcji dorzuca tryb oszczędny, w którym dioda przygasa po kilku godzinach świecenia, oraz pamięć ustawień po wyjęciu ogniwa.

Na co patrzeć, zanim coś trafi do koszyka

  • Szczelność obudowy, najlepiej z oznaczeniem klasy IP; woda, która dostanie się do komory z elektroniką, kończy sprawę w jeden sezon.
  • Dostęp do ogniwa bez rozbierania całości, bo akumulator zużyje się szybciej niż dioda.
  • Barwa światła; zimna biel od razu zdradza elektronikę, ciepła, w okolicach dwóch tysięcy kelwinów, wygląda naturalniej.
  • Mocowanie i masa, bo lekkie obudowy z cienkiego tworzywa przewracają się przy silniejszym wietrze.
  • Materiał klosza; tworzywo z czasem matowieje od promieniowania UV, szkło znosi to lepiej.

Ile taki znicz realnie świeci

Deklaracje producentów potrafią się rozjeżdżać z praktyką, bo mierzone są w warunkach idealnych. Rząd wielkości da się jednak oszacować samodzielnie. Wystarczy sprawdzić pojemność ogniwa podaną w miliamperogodzinach i pobór prądu diody. Prosta dioda w zniczu ciągnie ułamek tego, co pobiera latarka, więc akumulator o pojemności typowego paluszka wystarcza na wiele godzin świecenia, pod warunkiem że układ nie próbuje świecić przez całą dobę. Dlatego model z czujnikiem zmierzchu i przygaszaniem po kilku godzinach wypada lepiej od mocniejszego znicza bez elektroniki oszczędzającej energię.

Przeczytaj:  Co oznaczają ikony na smartwatchu?

Drugi czynnik to sam sposób migotania. Dioda, która pulsuje, przez część czasu w ogóle nie pobiera prądu, dlatego efekt drżącego płomienia bywa wydajniejszy od równego świecenia. Jeśli więc dwa znicze mają to samo ogniwo, a jeden świeci wyraźnie krócej, zwykle winna jest nie bateria, tylko sterownik.

Gdzie taki znicz faktycznie ma sens

Elektryczne światło wygrywa wszędzie tam, gdzie płomień jest kłopotliwy albo zabroniony. Na grobach odwiedzanych raz na kilka miesięcy, w kolumbariach, przy nagrobkach ustawionych blisko siebie, na cmentarzach z regulaminem ograniczającym otwarty ogień, wreszcie w miejscach wietrznych, gdzie zwykły wkład gaśnie w kwadrans. Sprawdza się też wtedy, gdy rodzina mieszka daleko i nie ma jak wymieniać wkładów co tydzień.

Przeciwny argument jest równie mocny: prawdziwy płomień niesie symbolikę, której dioda nie odtworzy, i dla wielu osób to przesądza sprawę. Praktyka bywa kompromisem, czyli tradycyjny znicz na czas odwiedzin i lampion LED jako światło, które zostaje na dłużej. Sklepy z asortymentem cmentarnym, na przykład Memorano, prowadzą dziś oba rozwiązania obok siebie, bo popyt na jedno wcale nie wyparł drugiego.

Jak przedłużyć życie takiego urządzenia

Znicz solarny psuje się najczęściej z dwóch powodów: przez wodę i przez akumulator zostawiony na zimę w stanie głębokiego rozładowania. Jeśli ogniwo da się wyjąć, przed dłuższą przerwą warto je wykręcić i przechować w domu. Pokrywę z panelem czyści się miękką ściereczką, bez środków szorujących, które matowią powierzchnię. Uszczelka na gwincie lubi wysychać, więc raz na sezon warto sprawdzić, czy wciąż przylega. Tyle wystarczy, żeby taki znicz przetrwał znacznie więcej niż jeden listopad.

Kliknij i oceń artykuł!
[Total: 0 Average: 0]