Zack & Wiki: Quest for Barbaros’ Treasure

Share

Spoglądasz na tytuł rzeczonego szpila i myślisz, że to świetna nazwa na wieczorną dobranockę dla dzieci. Spoglądasz na styl graficzny i jeszcze bardziej utwierdzasz się w swoim przekonaniu. Dajesz jednak grze małą szansę i odpalasz, a tu taki pozytywny psikus!


Za zmajstrowaniem tej z pozoru dziecinnej gry stoi Capcom i samo to już powinno wzbudzić nadzieję na dobry tytuł. I nic bardziej mylnego, gdyż pod tą słodką skorupką kryje się wymagający w zagadki tytuł z bardzo innowacyjnym sterowaniem, jakie zapewnia nam magiczny Wiilot.

 

 

PROSTA HISTORIA I PIRACKIE ZAWADIAKI:

Zack & Wiki to zasadniczo spora gra logiczna, która wszelkimi siłami chce się wkraść na salony przygodówek i trzeba przyznać, że całkiem zgrabnie jej to wychodzi. W grze wcielamy się w postać Zacka, młodego chłopca należącego do zwariowanej pirackiej szajki o wdzięcznej nazwie Sea Rabbits. Naszemu protagoniście nieustannie towarzyszy jego wierny pomocnik Wiki – złota małpka, która posiada niecodzienną zdolność  przemiany w dzwon. Podczas jednej z wypraw Zack oraz Wiki zostają zaatakowani przez podłych piratów z Rose Rock, na czele których stoi piratka Captain Rose. Po tym jak nasi bohaterowie zostali wydaleni z własnego statku powietrznego, bezpiecznie wylądowali na tajemniczej wyspie. Tam natrafiamy na pierwszą skrzynię ze skarbami. Ta zaś zawiera złotą czaszkę legendarnego pirata o imieniu Barbaros, który został przeklęty, a jego kościste cielsko zostało rozrzucone po całym świecie. Barbaros niczym dżin z lapmy Alladyna oferuje nam spełnienie naszego życzenia. W zamian za to musimy poskładać kościotrupka w anatomiczną całość. Tak pokrótce przedstawia się nasza przygoda poszukiwacza skarbów.

 

WIILOTOWA EWOLUCJA GATUNKOWA:

Gracze Konsolowi często zazdrościli pecetowcom niektórych gatunków growych, które na konsolach nie miały racji bytu, a jeżeli już się pojawiały to z marnym skutkiem. Głównie rozchodziło się o wszelkiego rodzaju strategie oraz gry przygodowe typu point’n click. Capcom postanowił wyjść naprzód oczekiwaniom graczy konsolowych i zaserwował nam ewolucję tego drugiego gatunku.

 

 

Do tej pory gry takie jak WiiSports wykorzystywały Wiilota do prostego wymachiwania przed ekranem tak, aby czujnik prawidłowo wykrył jaki ruch chcemy wykonać w grze. Różnego rodzaju FPS z wykorzystaniem kontrolera Wii to również sprawa samego celowania. Zack and Wiki postanawia wyjść przed szereg i wykorzystać Wiilota najlepiej jak się da. Śmiem nawet stwierdzić, że zastosowane rozwiązania sprawiają, że gatunek ten robi na konsoli znacznie więcej niż na domowym PC.

Naszymi bohaterami sterujemy dokładnie w taki sam sposób jak na blaszaku, tylko ciekawiej. Zamiast sztywno klikać myszką, tutaj machając kontrolerem wskazujemy miejsce w które Zack i Wiki mają się udać. I teraz zaczyna się wspomniana ewolucja. W miejscu, gdzie na komputerze zazwyczaj kończy sztampowa mechanika wskazywania miejsc i rozwiązywania zagadek, w szpilu na Wii zaczyna się przed nami otwierać pełna immersja. Każda akcja, każda czynność konieczna do wykonania wymaga od nas pełnego zaangażowania.

– Potrzeba potrząsnąć by zrzucić jakiś przedmiot? Musimy odpowiednio wychylać kontroler.
– Niezbędne jest chwycenie przedmiotu posiadanymi obcęgami? Musimy wycelować, chwycić i odpowiednio przekręcić.
– Spasiona ryba w stawie utrudnia dojście do dźwigni ? Samodzielnie zarzucamy wędkę i łowimy skubańca!

 

 

Do tego wszystkiego, w przeciwieństwie do typowych przedstawicieli gatunku, w grze będziemy ginąć. I to często… bardzo często. Zabić nas mogą zarówno wrogowie rozmieszczeni na arenie, jak również wiele przepaści czy pułapek w które możemy wpaść. Polecam zatem unikać klasycznych rozwiązań z typowych przygodówek. Wspominając o tym, mam na myśli „próbowaniu wszystkiego na wszystkim“. Tutaj to nie zadziała, a sama gra będzie nas srogo karać za błędy w rozwiązywaniu łamigłówek.

Sama gra posiada oczywiście masę znajdziek poza głównymi skarbami, jakimi są kolejne skisłe kości Barbarosa. Po drodze będziemy znajdywać również wszelkie łupy, które potem możemy wymieniać za różne fanty. Co ciekawe, małpka Wiki posiada również zdolność zamiany zabitych oponentów w fanty do zbierania. Taki urok gry, heh.

 

GWIAZDY TYTUŁU:

Prawdziwymi gwiazdami, które błyszczą podczas rozgrywki to zdecydowanie lokacje. I nie chodzi mi tutaj o sam design miejscówek, chociaż ten jest naprawdę różnorodny. Odwiedzimy tutaj takie miejsca jak: tropikalne wyspy, groty wulkanu, okryte śniegiem części zamku i wiele innych, zatem jest na czym zawiesić oko. Wracając jednak do tematu – dosłownie każda lokacja jaką nam przyjdzie zwiedzić to jedna wielka łamigłówka, prowadząca nas do kolejnych skarbów. Każda lokacja jest tak zaprojektowana by zmusić nas do jej eksploracji. By rozwiązać ukrytą zagadkę nie wystarczy bowiem przesunąć jednej czy drugiej wajchy i już. Łamigłówki są bardzo rozbudowane i wymagają wielu czynności by dojść do ich rozwiązania. Z każdą kolejną miejscówką poziom trudności jaki nam stawia gra rośnie. Rośnie do tego stopnia, że pierwsze lokacje przeskoczymy w ciągu pięciu minut, końcowe zaś mogą sięgać nawet pięćdziesięciu. Jest to zatem raj dla każdego, kto lubi w grach porządnie pogłówkować i mieć naprawdę sporą satysfakcję z racji przejścia poszczególnych etapów.

 

KLIMAT ANIME/GRAFIKA ZELDY:

Tak jak wspomniałem na początku, pierwsze co nas wita to dość słodka, cukierkowa grafika. W żadnym wypadku nie jest to wadą, gdyż śmiało można stwierdzić, że Z&W jest jedną z najładniejszych gier dostępnych na Wii. Capcom wyraźnie inspirował się wydaną na Gamecube’a The Legend of Zelda: The Wind Waker. Styl kreskówkowy, a przy tym piękne cieniowanie, ostre kontury i wyraziste postacie wraz z otoczeniem. Gra posiada do tego klimat rodem z anime, co nie każdemu może podejść. Krzywe ryjki podczas żartów sytuacyjnych, różnego rodzaju piski, komiczne pozy i zachowania typowe dla japońskiej popkultury. Zarówno stylistyka, tematyka jak i humor w grze kojarzy mi się z cenionym wśród wielu anime One Piece.

 

 

Niestety inspiracja graficzna pociągnęła ze sobą również tą w kwestii audio. O ile muzyczka fajnie wpada w ucho podczas radosnego przygrywania, tak poza piskami, pojękiwaniami zrezygnowano z voice actingu. W efekcie podobnie jak w Zeldzie, wszystkie opcje dialogowe są przedstawiane w postaci tekstu. A szkoda bo bajeczna oprawa połączona z tym niebagatelnym humorem aż się prosi, by udekorować grę wstawkami mówionymi.

 

ZAGADKA WARTA GRZECHU:

Przejście gierki zajęło mi dobre 18h – jak na grę polegającą głównie na główkowaniu to naprawdę całkiem sporo. Podczas tego czasu musiałem się zmierzyć z ponad 20 poziomami i przyznam szczerze, czacha nieźle po tym dymi. Co jednak najważniejsze zagadki nie są głupie, są przemyślane i wszystko co musimy zrobić by je rozwiązać ma sens. Do tego dochodzi piękna oprawa graficzna, która śmiało mogłaby zastąpić kreskówkę puszczaną w telewizji. Oprawa graficzna to jedno, jednak wiele osób odbije się od typowego japońskiego klimatu. Typowe dzikie podskakiwania, gesty, krzywe mordki mimo słodkiej stylistyki mogą odepchnąć niektórych graczy. Jest to jednak tylko otoczka, a prawdziwy miód tkwi w środku ula. Chodzi oczywiście o rewolucyjne podejście do gatunku, którego próżno szukać nie tylko na samym Wii, ale na konsolach w ogóle. Świetne połączenie zawadiackiej, humorystycznej przygody z mechanikami wykraczającymi poza typowe point’n clicki. Zack & Wiki to prawdziwa perełka obok której nie wypada przejść obojętnie. Warto sięgnąć po tytuł i zmusić nasze szare komórki do myślenia, zwłaszcza w dobie gier typu samograj.

Za grą przemawia oczywiście też immersja jaka płynie podczas gry. Praktycznie każda akcja wymaga od nas pełnego zaangażowania. Niezaprzeczalnie jest to zasługa świetnie wykorzystanych możliwości konsoli (w tym Wiilota oczywiście) oraz wielu świeżych rozwiązań gatunku zaproponowanych przez speców z Capcomu. Myślę, że nawet jeżeli ktoś ma wstręt do kultury płynącej z Kraju Kwitnącej Wiśni, powinien dać grze szansę.

 

Gomlin

Gomlin

Jak możesz udowodnić, że istniejemy? Może nie istniejemy...

Może Cię również zainteresować: