Z padem wśród zwierząt: CAT edition

Share

Kot ewoluował do znanej nam formy już 11 tysięcy lat temu, a udomowić próbowano go już dwa tysiące lat później. Dopiero jednak w 2000 r. p. n. e. w Egipcie zaczęli je nad wyraz hołubić, między innymi za tępienie gryzoni. Kult kota rozrósł się do tego stopnia, że zyskał taką estymę, że wiele ich zwłok mumifikowano. Także prawo egipskie chroniło kotka, a za jego zabicie groziła nawet kara śmierci. Germanie również szanowali futrzaki – wiązali je ze swoją boginią płodnością Freją (to ta z „Valkyrie Profile”, kweh!). Oczywiście wszystko co dobre musiało się skończyć wraz z tyranią chrześcijaństwa – gdy dachowce zostały powiązane z czarną magią i polowaniem na czarownice, po czym bestialsko je tępiono. Katolicka ciemnota szybko pożałowała swej decyzji, gdy z natłoku szczurów przenoszących choroby, które dotarły na statkach z Chin, ludzie zaczęli padać tysiącami. Otępiała, chrześcijańska wiara przegrała z logicznym myśleniem, ale najbardziej przegrali na tym zwykli ludzie. I koty. Z czasem jednak nasi puszyści przyjaciele znowu zaczęły zdobywać należną im estymę, a dziś nikt chyba nie wyobraża sobie Internetu bez filmików z nimi. Psychiatrzy potwierdzają – stres w pracy najlepiej niwelować dwoma sposobami – albo 15 minutowym oglądaniem pornografii, albo filmów ze słodkimi kotkami. Przyznajcie się – niecnie bawiliście się nieraz w pracy oglądając materiały z Felis silvestris domesticus? Na zdrowie!! A jak to jest w grach??


Kotki w tle

Koty, jak każde zwierzątka do pieszczenia, głaskania i jedzenia (a nie, to nie ten kraj) rozładowują w człowieku napięcie i stres powodując wyrzut serotoniny, czyli przysłowiowego „hormonu szczęścia”. Takowy uwalnia się też w mózgu mruczącego zwierzaka. Nic więc dziwnego, że Travis Touchdown, główny bohater „No More Heroes” od Sudy51 po pozostawieniu stosu trupów i dziesiątek odciętych kończyn wraca do swego domu, gdzie może pobawić się i nakarmić swą śliczną kotkę Jeane. Obolałe kości to nie problem, gdyż udowodniono, iż mruczenie kota sprawia, że ludzki organizm poddawany jest wibracjom o częstotliwości od 15 do 60 herców, co wzmacnia strukturę kości i mięśni. Podobne terapie wykonywane są w gabinetach zabiegowych u pacjentów z osteoporozą przy użyciu specjalistycznego sprzętu, wprawiającego w mikrodrgania ciało człowieka. Jeśli jednak nie masz dostępu do specjalisty, a na skierowanie NFZ dostałeś termin 2030 rok – nic się nie przejmuj. Cierpliwość to cnota. Albo kup sobie kota.

Wyda ci się to złym pomysłem, gdy sąsiedzi pomylą donośne miauczenie kotełka z płaczem dziecka i zapuka do ciebie policja, ewentualnie w niedzielny poranek, gdy skacowany zechcesz się wyspać do południa, coś wskoczy ci na głowę. I nie będzie to Xenomorph. Nawiązując do tych dwóch stworzonek – w „Alien Isolation” w jednym z pomieszczeń na początku gry, możemy usłyszeń miauczenie kotka, któremu nagle staje się coś złego (niepokojące, głośne prychnięcie). W sieci można znaleźć opinie, że ten, jakby nie patrzeć, easter-egg nawiązujący do filmu Ridleya Scotta, zmroził ich bardziej, niż wszystkie starcia z Obcym. Przesadzają? To przypomnij sobie, co czułeś, gdy w pierwszym ‘Silent Hill’ z szafki wyskoczył kot. Odpowiedziałeś za Harrym Masonem „Just a cat”, czy stwierdziłeś, że granie w tę grę o 2 w nocy, nie było najlepszym pomysłem?

Generalnie gry wideo pełne są kotów, które możne spotkać na dalszym planie i nie odgrywają żadnej znaczącej roli w grze, będąc tylko puszystym ozdobnikiem danej lokacji („Final Fantasy VII”), źródłem małego side-questu („Final Fantasy IX”, „Chrono Trigger”), czy dekoracją, na którą mało kto zwraca uwagę (oryginalny „Tomb Raider”).

Spójrz na powyższe gry – zapewne do głowy przyszło ci teraz mnóstwo niezapomnianych scen z nimi związanych, ale czy w pierwszej kolejności pomyślałeś o mruczkach? O pokoju z kotami w siódmym Finalu pamiętają tylko gracze, którzy głowili się jak wejść na strych, by zgarnąć HP Absorb Materia, bo Cloud nie potrafił przeskoczyć małego puszka blokującego wejścia wyżej. Kotka Mittensa też pewnie mało kto znalazł skacząc Vivim po dachu (nie mylić ze skokami na skakance) w dziewiątej Fantazji. To chociaż może kot Chrono wam nie uciekł w zakończeniu gry? Jeśli w pewnym momencie gry, w Little Tent of Horrors, wygrałeś dla niego Kocie Żarcie, ten w zakończeniu nie uciekał. Tylko kto bawił się w ową minigierkę, by doprowadzić do szczęśliwego zakończenia tego wątku, na nic nie znaczącym, dalekim planie? A nasza Lara i jej posążek złotego kota, którego możemy obejrzeć w poziomie pustynnym? Wróciła po niego w dodatku „The Unfinished Bussiness”, ale w czasach sprzed DLC i super-ultimate-hiper-complete edycji, mało kto pewnie miał do czynienia z data-dyskiem, dostępnym tylko na komputery PC.

Sierściuchy były jednak wszędzie, nawet jeśli ich nie dostrzegaliśmy, bądź dawały od nas nogę niczym te w trzecim Wiedźminie. Andrzej Sapkowski jest wielkim fanem kotów i takowe pojawiają się w jego utworach. Kot Nibbles jako jedyny nie ucieka przed rzeźnikiem z Blaviken. Czyżby czegoś chciał? Piątaka? To jakaś zorganizowana akcja? A jakiego rodzaju przymierza oczekuje Alvina z „Dark Souls”? Same jej pomruki sprawiają, że chcesz się zgodzić z każdym jej słowem i prośbą. Choć ona pogłaskać się raczej nie da. Zdzielenie jej żelastwem też nie wchodzi w grę. Taka kotka-roztropka.


Kot kompan

Długość życia kota w warunkach domowych potrafi dochodzić do dwudziestu lat (około ośmiu w przypadku dzikich kotów). Rekord Guinnessa w tej kategorii wynosi lat 36. Amatorzy. Kot Nall, najlepszy przyjaciel Alexa z „Lunar: The Silver Star” potrafił osiągnąć, bagatela, 1000 lat. A to jeszcze nie koniec. W drugiej części gry „Lunar: Eternal Blue” poznajemy go, gdy po milenium spędzonym na tym świecie wspomina dawno nieżyjących towarzyszy. Poznaje przy okazji gadatliwą kotkę Ruby, z którą jak możecie się domyśleć, coś jest na rzeczy. Jako, że koteł nie myśli odwalać kity, zapowiada się kolejne 1000 lat z jedną kobietą. Milenium z jedną babą? Czy to nie jest jakiś rodzaj kary za grzechy? Czyżby Nall był kiedyś niegrzeczny i teraz musiał pokutować?

Niegrzeczny jest z pewnością Meowth (numer 52 w Pokedeksie), który zasilił pierwszą (i najlepszą) generację Poksów już w „Pokemon: Red/Blue” W serialu (który oglądałem na Polsacie, przyznaję się bez bicia!) nauczył się mówić (by zaimponować lasce – rozumiem motywację biedaczka), a później przyłączył się do Grupy R, tym samym „błyszcząc” pod koniec każdego odcinka. Miau, to fakt!

Mówić potrafi też Morgana, która przy pierwszym spotkaniu z bohaterami „Persony 5”, odpowiada im, że „nie jest kotem”. Nawet jeśli myje się łapkami i zachowuje się jak typowy Mruczek. Pamiętajcie – nie jest kotem. Takowym nie jest też z pewnością Dusty, choć przybiera formę puszka, czyli kolega Kat z „Gravity Rush”. Bo jaki zwykły kot potrafi kontrolować grawitację? Ten z pewnością zawsze bezpiecznie wyląduje na swoje cztery łapy.

Koty kochają kobiety, szczególnie Alicje (piękne imię żeńskie!!). Alicji w Krainie Czarów towarzyszy Kot z Cheshire. W „American McGee’s Alice” dachowiec nie przypomina ani obrazków z książek Lewisa Carrolla, ani filmów Tima Burtona. Zresztą widok zakrwawionej Alicji trzymającej w ręku nóż, którym Królową Kier mogłaby rozpruć na setkę sposobów, nie nastraja słodyczą. Ten kuweciarz w grze wydanej w 2000 roku na komputery PC (na konsole dekadę później) jawił się niczym kumpel z celi Trynkiewicza. Tatuaże, kości na wierzchu, piercing, nienaturalnie wygięty kręgosłup w odcinku szyjnym oraz zakrwawione zęby i dziąsła pożyczone chyba od Nemesisa. Oto proszę państwa, najbardziej odpychający kot w historii gier. Alicjo, no co ty? Na szczęście Japończycy przyszli na odsiecz i najlepszym przyjacielem Alicji, bohaterki „Odin Sphere” jest znacznie przyjaźniejszy puszek Socrates. W sieci przeczytacie opinie, że niektórzy celowo wracali na poddasze, tylko po to, by z nim przebywać. Miły, puszysty, przesłodki i sprawiający, że chcesz tracić cenne minuty życia i gameplayu, tylko po to, by z nim posiedzieć, słuchając jego pomruków. Taka kocia magia.

A propos magii. Wspomniany wyżej Meowth, przynoszący szczęście i monety ludziom, to nie jedyny kotek z japońskiego folkloru. Są też te o nadnaturalnych zdolnościach typu Pokemon Espoen, bądź Digimony – Bastemon (antropomorficzna panna-kot w piżamie o 3 numery za dużej) i Gatomon (koteł z pazurkami pożyczonymi od Vegi) stricte związane z japońskimi wierzeniami. Najciekawszym jest jednak jeden z bogów – Kabegami z wybitnego „Okami” od nieistniejącego już Clover Studio. Zastanawialiście się dlaczego w chińskim roku właśnie świętujemy Rok Szczura, a nie Kota? Otóż legenda głosi, że Szczur obiecał obudzić go z jego drzemki, gdy przyjdzie odpowiedni czas, zamiast tego, po prostu zajął jego miejsce w kalendarzu. Od tego czasu stali się śmiertelnymi wrogami. Urocze mity.


Koty to ZŁO!!

O tępieniu kotów w średniowieczu już pisałem. Dziś już raczej nikt w zabobony nie wierzy, a wieści o czarnych kotach przynoszących pecha można potraktować jako element lokalnego folkloru. Ale czy na pewno? Wciąż są zwyrodnialcy, którzy z kota chcą zrobić tego złego.

Rocksteady Games jest rozgrzeszone – wszak implementując Catwoman do kolejnego Batmana, tylko przenieśli znaną postać z komiksów DC na łamy gier wideo. Kotka musi uwielbiać błyskotki, skakać po dachach, być samotnikiem i mieć „wywalone” na otoczenie. Gdy niedawno długo oczekiwane w komiksach małżeństwo Bruce’a Wayne’a z Kobietą Kot nie doszło do skutku, rozpętała się kolejna burza w szklance wody w świecie komiksowych fanów. Kot chodzący swoją drogą? Nie godzi się. Bo to zła kobieta była!! Scenarzyści przeprosili i znowu chcą swatać parę. Eh, problemy fanów komiksów…

Kotek, nie tup tak, kac mnie wali!! A on tak charakterystycznie chodzi i tupie, że mięśnie się prężą, a gracza oblewa zimny pot. Każdy, kto przechadzał się w absolutnej ciszy po ponurym zamczysku w pierwszym „Devil May Cry” (szczególnie grając na Hard, gdzie jest ich mnóstwo), słysząc kroki, i dziwne pomruki, wiedział jedno – Shadow nadchodzi!! Dante, choć twardą pałą Spardy robiony, musiał z szacunkiem podejść do przeciwnika, szczególnie jeśli był atakowały przez trzy demoniczne koty, które przed śmiercią włączały dodatkowo „berserk mode” i robiły wszystko by odejść w kocie zaświaty pełnej włóczki wraz ze swoim pogromcą. Koteł potrafił jeszcze sunąc nad podłogą niczym mgła i porządnie ukłuć Dantego swymi kolcami. Taki ostry cień mgły.

Kotopodobna rasa Kilrathi nie dawała żyć ludziom w kultowej w latach 90 serii „Wing Commander” (czwórka była swego czasu najdroższą grą wideo w historii). Franczyza Chrisa Robertsa (który dziś, od 2014 roku wala durnia ze „Star Citizen”) słusznie swego czasu namieszała ludziom we łbach – idealnie wstrzeliła się w trendy interaktywnych filmów, pojemnych natenczas płyt CD i pozyskaniem znanych aktorów (np. Mark Hamill). To robiło wrażenie. Przynajmniej przez kilka lat. Co się stało z kotołopodobnymi istotami? Może Krzyś za kolejne 10 lat wrzuci ich do „Star Citizen”, który wciąż będzie do sprawdzenia w „Early Access”?

Najbardziej bezczelnie poleciało w koty, nieistniejące już Shiny Enternainment, które w dylogii „Earthworm Jim”, jednym z głównych przeciwników uczyniło dachołaza. Evil the Cat chciał ukraść skafander naszej Glizdy, niestety kocie nawyki w finalnej walce mu w tym mocno przeszkodziły. Bo jak tu nie pokonać przeciwnika, który w trakcie pojedynku na śmierć i życie zaczyna bawić się włóczką wełny, bądź lizać łapkę? Trzeba tylko pamiętać, że futrzak ma 9 żyć, więc trzeba go zastrzelić…zgadnijcie ile razy? Idealna zagadka dla nauczycielek z TVP.


Dziwne zastosowanie kotów

Prawdopodobnie największym pytaniem o kota, które pozostanie bez odpowiedzi, pochodzi z drugiej części „Half-Life.” Zadane dwa razy przez Alyx „What cat?” jest prawdopodobnie największą zagwozdką w historii gier wideo. Tym, czym swego czasu dla telewizji, było ta, kto zabił Laurę Palmer? Oczywiście domyślić się można, że technik Kleiner zwyczajnie z kotkiem się niecnie zabawił. Nie, nie myślcie o tym, za co grozi do pięciu lat więzienia. Odpowiedzią jest z pewnością pobliski, podręczny teleport, którego zresztą sam możesz użyć (doprowadzając do jego usterki), dostając za to osiągnięcie pt. „What cat?” Niestety losów puszka nie poznaliśmy do dziś.

A propos dziwnych zastosowań zwierzaków przez tajne organizacje rządowe – agencja, w której pracuje Kate Archer („No One Lives Forever 2”) skonstruowała mechaniczne zwierzaki, którymi można odwracać uwagę wrogów. Szczególnie mechaniczny-koteł jest zabójczy w swej słodkości. Wróg, zauroczony jego pomrukami i malutkimi słodkimi oczkami z miejsca rusza, by go pogłaskać. Na nieszczęście dla niego, nasz Angry Cat, skrywa w sobie ładunek wybuchowy, który rozrywa nieszczęśnika na strzępy. „What a cutie”, to ostatnie słowa wroga.

Przeciwieństwem słodkości i absolutnym szczytem perwersji jest wykorzystanie kotów w serii „Postal”, gdzie nasi futrzani koledzy służą jako tłumik do broni krótkiej i pistoletów maszynowych. Lufa naszej spluwy kończy w kocim analu, a po kilkunastu strzałach z puszka zostają strzępy. To jeszcze nie koniec zwyrodnialstwa. Otóż możemy rzucić naszym Filemonem w kierunku psa – ten rozszarpuje go na strzępy i od tej pory, burek staje się naszym pomocnikiem podążającym za nami i rzucającym się na wrogów. Taki koci horror.


Koty antropomorficzne

Kojarzycie zapewne zjawisko antropomorfizmu, czyli przypisywanie m.in. zwierzętom ludzkich cech, motywów postępowania i emocji, które odczuwają. Niby koteł, ale więcej ma wspólnego z człowiekiem niż pospolitym dachowcem. Szczególnie gry RPG (a także jRPG) upodobały sobie tego typu postaci, co więcej, często przedstawia się jako wysokie, potężne istoty.

Na przykład taki M’aiq Kłamca z serii „The Elder Scrolls”, którego można wielokrotnie spotkać na swej drodze, a który zawsze uraczy cię ciętą ripostą czy dowcipem. Lynx z „Chrono Cross”, mierzący 193 cm samym swym wyglądem budzi respekt, wyglądając jakby mógł zrobić z ciebie kulkę krwawej włóczki w ciemnej alejce. Jeszcze dostojniej prezentuje się Kimahri – 204 centymetrowy ochroniarz Yuny w jej „tour the Spira” w „Final Fantasy X”. Przyznacie chyba, że nawet będąc oddanym groupie czarodziejki, widząc u jej boku, wielkiego dwumetrowego kota z dzidą, raczej odejdziesz ze strachem w oczach niż spróbujesz bawić się w podchody. Podobnie z Redem XIII z siódmej Fantazji – gdy Aeris po raz pierwszy zetknęła się z nim, musiała przeżyć równie traumatyczne doznanie co przy piercingu kataną Sephirotha. Co innego inny koteł z tej gry – Cait Sith, który jeśli wierząc tłumaczom, z gwary irlandzkiej znaczy po prostu „fairy cat”. Zważywszy, że jest to także w tym slangu, pogardliwe określenie na homoseksualistę, nie chcę nawet wiedzieć co nasz kotek mógł wyprawiać ze swoim Mooglem w apartamentach w Gold Saucer.

Inne wojownicze kotki można spotkać w najmniej lubianej części kultowej serii „Suikoden”. W czwórce do swej drużyny 108 gwiazdeczek, możemy zwerbować trzy kotki – Chiepoo, Champo i Nalkula, przy czym tego pierwszego już na początku gry, gdy dostaje ochrzan od szefa w sklepie, za przesadne używanie twierdzącej partykuły („Only one YES, Chiepoo”!!). Nic dziwnego, że kotek woli zakraść się na twoją łódkę i dołączyć do drużyny. I jest całkiem pomocny, gdyż wykorzystuje swoją szybkość i pazurki, a ty nie musisz wydawać pieniędzy na broń i zbroje których nie musi używać. Zawsze to kilka denarów zostaje na kocią karmę.

Na końcu dwa fajne dachowce. Katt Monroe debiutowała w „Star Fox 64” na wiadomej konsoli. Ta różowa kotka ma ewidentnie słabość do naszego Kosmicznego Lisa twierdząc, że „nie może siedzieć bezczynnie z boku, patrząc na jego boje”. Co ciekawe, w pozycji na DSa – „Star Fox Command” pojawiła się już w czarnym futerku. Taki koci tunning.

Jednak moją ulubiona kotką jest bezsprzecznie Mao z cudownie kampowego „Shadow Hearts: From the New World”. Tej wielkiej kotki alkoholiczki nie zdjąłbyś z żadnego drzewa. Wielki kłak sierści, jeśli akurat nie pije gorzały, to po godzinach występuje w filmach kręconych przez inne wielkie koty w wytwórni Purramount. W dodatku jest mafijnym bossem, więc ma pod ręką swych pomagierów i każe im np. szukać legendarnej nalewki, o czym zresztą szybko zapomina (od wódki rozum krótki), bo gdy biedaczek wraca po roku poszukiwań stara alkoholiczka nawet go nie poznaje. Każda walka w której bierze udział to wygibasy, w który ledwo stoi na łapach, a w swych ciosach specjalnych pociąga non-stop z piersiówki, która zawsze musi być pełna. Wiecznie pijana kotka-psotka. O mafijnym rodowodzie. O Zeusie!!


Bitki z kota

Antropomorficzne koty doskonale sprawdzają się także w bijatykach, jak choćby kotka Psycho Kitty z całkowicie zapomnianego dziś „Brutal Paws of Fury”. Ta wydana w 1994 roku na Amigę, czy konsole SNES i Genesis bijatyka sprowadzała się do walki antropomorficznymi zwierzakami, gdzie każdy korzystał z innego stylu walki. Ponad dekadę wcześniej zanim w kinach pojawiła się „Kung Fu Panda” wykorzystująca podobny zamysł. Jak przystało na każdą szanującą się bitkę, każdy zawodnik miał własną historię i motywację. I tak, nasza Psychiczna Kotka wzięła udział w turnieju, by dać upust nad swoim zaburzeniem koncentracji, potocznie znanym jako ADHD. Jednym słowem, chciała się zwyczajnie wyszaleć. Lecimy do czegoś bardziej znanego?

Najpopularniejszą kocicą jest bodajże Felicia z serii „Darkstalkers” od Capcomu. Ta, wychowana przez siostrę zakonną osóbka sama stała się później zakonnicą, co trochę kłóci się z jej wyglądem, gdyż jej strój i wygibasy przypominają raczej ruchy pracowniczki klubu go-go. Wielkie uszy, oczy, piersi i smukłe ciało podziałało na fanów do tego stopnia, że w środowisku cosplayerskim Felicia jest bardzo popularną postacią ze świata bijatyk do przebieranek. Oczywiście trzeba mieć do tego odpowiednie predyspozycje, jak choćby pani, którą ujrzycie na zdjęciu poniżej.

Podobną rolę w bijatykach i świecie cosplayu pełni Uriko z serii „Bloody Roar” (marka stworzona przez Hudson Soft, dziś w rękach Konami), która zadebiutowała w drugiej części. Każdy jej cios wymierzony w dupsko przeciwnika kwituje głośnym i słodkim „Miauuuu”. Aha – była jeszcze Perisie w pierwszej części jRPGa „Star Ocean” od Tri-Ace. Idealna dziewczynka-kotka z wielkimi buforami, mierząca 155 cm i mająca 16 lat. Niestety jestem zbyt wielkim leniem, by zrobić research, czy owa panienka zrobiła karierę w hentajach, ale coś mi podpowiada, że pewnie znalazłbym sporo tego typu materiału. W środowisku cospayerskim jest jak najbardziej obecna. Aha, oto wspomniane kotki i ich żywe odpowiedniki. Wiem, że na to czekaliście…


Kot jako główny bohater

No dobra, ale czy ktoś poszedł kiedyś po rozum do głowy i uczynił kota głównym bohaterem gry? Niestety nie mam tu dobrych wiadomości dla Nynka i jego kolegów. Takowe istnieją co głownie jako pozycje na licencji znanych tytułów. Pamiętacie fajną kreskówkę „Top Cat” od Hanna-Barbera znaną u nas jako „Kot Tip Top” (to ci starsi), bądź „Kocia ferajna” (to ci młodsi). Powstały dwie serie liczące w sumie 30 odcinków oraz film kinowy (drugiego nie liczę, gdyż to abominacja). I właśnie na postawie pierwszego powstała gra “Top Cat and the Beverly Hills Cats”, która w 1990 roku ukazała się choćby na Amidze, AtariST, czy ZX Spectrum. Była to zwykła platformówka z elementami logicznymi. Jako Top-Cat unikaliśmy przeszkód w postaci przeróżnych przeszkadzajek, musieliśmy odszukać członków naszej ferajny, czy przedmiotów, które popchną fabułę do przodu w prostych zagadkach typu „przejścia strzeże pies, znajdź mu żarcie i wrzuć do jego miski, by przejść dalej”. Całkiem fajny i całkowicie zapomniany dziś tytuł.

Podobnie jak „Samurai Pizza Cats”. Serial anime był emitowany w Japonii w 1990 roku i w Stanach rok później. Nigdy nie rozumiałem jego fenomenu, zupełnie nie przypadł mi do gustu. Powstała też gra na jego podstawie. Pozycja z 1991 roku na NESa stworzona przez Tecmo nigdy nie upuściła granic Japonii, choć wiele osób ogrywało to w naszym kraju na pirackich Pegasusach. Zresztą do dziś tytuł pojawia się w zestawieniach typu „najbardziej niedocenione gry na konsolę NES”, co o czymś świadczy. Kolejny, udany tytuł, który przez politykę wydawniczą, nie mógł zawojować świata. I kolejny zapomniany do kolekcji.

Z kolei o Garfieldzie pewnie gracze chcieliby zapomnieć. Opracowany przez The Code Monkeys (nie pytajcie) tytuł, ukazał się na PS2 i komputery PC w 2004 roku, zebrał katastrofalne recenzje i oceny oscylujące w przedziale 2-3/10. Jeśli dziś w to pykniecie pewnie poczujecie się niczym Bill Murray, który użyczył głosu tej postaci w dwóch filmach. Być może słyszeliście słynną anegdotę, jakoby aktor zapalił się do projektu, gdyż chciał pracować ze znanym scenarzystą i reżyserem Joelem Coenem (jeden z braci Coen), tylko nie zauważył, że Garfield jest tworzony przez Joela CoHena. Anegdota fajna i jak każdą, trzeba wziąć w cudzysłów. Niezależnie od jej prawdziwości, dziś Murray sam śmieje się z tego wyboru, co udowodnił choćby w dwóch częściach „Zombieland”. Samych gier z kotem było ponad 10, poczynając od „Garfield: Winter’s Tail” wydanego w 1989 roku na Amigę, ATARI ST, czy C-64, po platformery na GameBoy Advance, czy Nintendo DS/3DS, gdzie doczekaliśmy się nawet gokart-racera („Garfield Kart”). O ile o tych pozycjach mało kto pamięta, o tyle nieszczęsny tytuł z 2004 roku wciąż żyje swoim życia na YouTube, gdzie otrzymuje łatki, najgorszych crapów I pośmiewiska. Okazuje się, że o przeciętnych tytułach po latach nie pamięta nikt. W pamięci zostają albo największe perełki albo największe barachła.

Nie można zapomnieć o poczciwym Tomaszu, który od lat próbuje dorwać wredną mysz Jerry. Gier z serii, było już ponad 20. Pojawiały się na komputerach stacjonarnych, konsolach, handheldach, a w ostatnich latach naturalnie na smatfonach. Niejeden z was zapewne zetknął się z którąś odsłoną serii.

Nie znaczy, że nie ma oryginalnych gier z kitkami. Pierwsza bodajże taka komercyjna pozycja powstała już w 1983 roku na Atari 800 (rok później pojawiła się ulepszona konwersja na PC) – „Alley Cat”, gdzie sterowaliśmy kotem Freddym, który fikał po kolejnych mieszkaniach ponurego bloku. Tu zjadł ptaszka, tam pogryzł ser, bądź dopadł rybkę. Konfrontacja z psem zabierała mu cenny żywot, z kolei całus z kotką, jeden mu dodawał. Zresztą to jest celem tej gry – zgarnięcie względów kocicy zanim zrobią to inne koty. Pozycja, napisana przez jednego tylko gościa – Billa Williamsa – została bardzo dobrze odebrana i nawet dziś wydaje się fantastycznym retro-szpilem. Niektórzy nawet twierdzą, że to najlepsza w historii gra z kotem. Puuuuurrrrrfect!

Teraz będzie gorzej. Bubsy. Na początku nie było tragicznie. Accolade (studio zdechło w 2000 roku) chciało mieć swego platformera konkurującego z Sonikiem, czy Mario, więc stworzyło i wydało na SNESa, Genesisa i PC coś o kuriozalnym tytule – „Bubsy in Claws Encounters of the Furred Kind” (miał oczywiście nawiązywać do znanego filmu Spielberga). Rok później pojawił się na tych samych platformach „Bubsy 2”.

I choć owy koteł nie zapisał się złotymi zgłoskami na kartach gier to pewnie dziś podzieliłby los powyższych tytułów, których nikt dziś nie pamięta. Nie tym razem. Bubsy w historii się zapisał, choć z pewnością nie tak jakby chcieli tego twórcy. Boom na 3D wciągnął i naszego sierściucha, którego kolejne przygody Accolade powierzyło debiutantom z Eidetic (później tworzyli wraz z 989 Studios serię „Syphon Filter”; dziś funkcjonują pod nazwą Bend Studio i kojarzyć ich możecie z niedawnego „Days Gone”), którzy zmajstrowali „Bubsy 3D”, powszechnie uważanego za najgorszy platformer na pierwsze Playstation, a wraz z „Chameleon Twist” na Nintendo 64 wręcz za najgorsze tego typu gry na ówczesną generację. To wtedy kot Bubsy stał się, z nic nie znaczącej postaci, tą, znienawidzoną przez graczy, mając zapewnione miejsce w licznych rankingach „najbardziej beznadziejni bohaterowie platformerów/najgorsze gry platformowe w historii”.

Najlepiej z kociej ferajny na przestrzeni ostatniego dwudziestolecia poradził sobie kot Blinx („Blinx: The Time Sweeper”), wydany w 2002 na konsole X-Box przez studio Artoon. Zanim nie padli w 2010 roku, dwa lata po części pierwszej sprezentowali jeszcze kontynuację, w której nasz koteł z „odkurzaczem czasu” miał uratować dupeczkę i cały świat przy okazji. Gra otrzymała całkiem niezłe oceny na poziomie około 70% na agregatowych portalach, sprzedając się w około 560 tysięcy egzemplarzy. Mało, ale i tak sporo w porównaniu ze 150 w przypadku części drugiej, co było finansową „kotostrofą”. Dodatkowo zgarnęła nieznacznie niższe oceny niż pierwowzór. Aczkolwiek nie można odmówić kotkowi, że zapisał się w historii kociej ferajny, będąc całkiem mocno rozpoznawalnym tytułem na wyłączność X-Boksa. Choć na prawdziwie kultowy tytuł chyba wciąż czekamy. Nynek też!!

Druga część tekstu – DOG edition na portalu RetroNaGazie.

Nynek lubi to!! Puuuurrrrrfect tekst!!

By naszła Cię na coś ochota, kup sobie kota!!

 

Autor: Tomasz Żamojtuk
“Grifter”

Grifter

Grifter

Miłośnik kina i gier wideo. Chce skończyć w życiu 1000 gier i obejrzeć 10 000 filmów. Po wypełnieniu zadania hibernuje się na kolejne tysiąc lat.

Może Cię również zainteresować: