Wreckfest

Share

Kiedy wydaje się, że w świecie samochodowych ścigałek: palenia gumy na starcie, ucieczek przed pączkożercami, wymuskanym tuningu kolorystycznym alufelg, czy zaliczaniu powtarzających się eventów na mapie, pojawiających się niczym grzyby po deszczu – widzieliśmy już niemal wszystko. Jesteśmy w błędzie. Po latach wytężonej pracy nad nowym silnikiem, studio Bugbear Entertainment wydaje bowiem swoje nowe dziecko, Wreckfest. Wyścigi, które na nowo zdefiniują destrukcję pojazdów, przyczyniając się do świadomej ewolucji blachy giętej na tysiące sposobów i przyjmując przy tym w bezpośredni sposób pudełkową maksymę ,,Prowadź twardo. Umieraj ostatni”.


Przed uruchomieniem gry moje myśli sugerowały, że Wreckfest jest niczym innym jak pokazem możliwości nowego silnika, który przekształcił się z dema technologicznego Next Car Game w wersji Early Access w pełnoprawną produkcję. Jednak wystarczyło wejść w menu główne i odpalić pierwszy wyścig, aby zmienić zdanie o 180 stopni. Wreckfest to duchowy następca premierowej odsłony FlatOut z wystarczająco rozbudowaną karierą, rozgrywką sieciową i muzyką, która w końcu rozbudziła wyścigowe emocje, wypalając bębenki uszne rockowymi kawałkami. Zacznijmy może od podstawy, czyli kariery domorosłego kierowcy. Z racji tego, że omawiany tytuł koncentruje swoją uwagę na amatorskich wybrykach wraków, nie będzie Wam dane wsiąść za kółkiem Porsche, czy innego super samochodu z turbodoładowanym silnikiem V8. Na początek dostaniesz… kosiarkę… tak, dobrze przeczytałeś… taką spalinową, większą, co to wyrównuje tereny boiska piłkarskiego lub znajduje się u sąsiada w ogródku, który to musi pokazać innym sąsiadom, że ma większy sprzęt. Czyli zupełna odwrotność, tego co nosi w portkach. Mistrzostwa podzielone są na pięć głównych lig, od regionalnych, po amatorskie i ,,pro”, aż kończąc na światowych zawodach. W każdej z lig mamy podobną ilość zawodów, które to z kolei składają się na różne dyscypliny.

I tak… wspomniane wcześniej kosiarki są wstępem do rozwałki na dedykowanej arenie (kto pamięta Destruction Derby na PlayStation?), później są wyścigi po torze w kształcie ,,ósemki”, turniejowe zawody po kilku trasach i eliminacja. Kolejne zawody to w sumie to samo, tylko że w innych wariacjach. Zwariowane challenge w postaci pojedynku przyczep kempingowych, pojedynek trzy-kołowego ,,matchboxa” w wyścigu z grubymi furiatami zasiadającymi amerykańskie szosowce, nascarowe przepychanki po owalnym torze, czy rozpiernicz kombajnów o aparycji słonia na polu pełnego testosteronu i wylatujących farmerów z kabin. Dorzućmy do tego dodatkowe wyzwania w czasie wyścigu (zniszcz 2 bryki, uzyskaj najlepsze okrążenie, zakręć 3 przeciwnikami), a otrzymamy w miarę interesującą mieszankę sprawdzonego pomysłu. Wysokie miejsce w zawodach, czy wykonanie wyznaczonego targetu dodaje do puli pewną ilość punktów; odblokowując zarazem dostęp do zablokowanych mistrzostw następnej kategorii, czy samych pomniejszych zawodów w danej lidze. Różnorodność nie jest może największym atutem Wreckfest i w sumie większości gier wyścigowych, ale należy uzmysłowić jedną ważną rzecz. I powiem to jak krowie na granicy. Wspomniany model zniszczeń w połączeniu z nieprzewidywalnością rywali, a także specyfikacją tras – sprawiają, że niemal każdy wyścig, każde okrążenie jest zupełnie nowym doświadczeniem. Wyzwaniem o scenariuszu tak diabolicznie podłym, że pisanym pewnie przez samego Maxa Damage’a z serii Carmageddon.

 

Dawno, o ile w ogóle, nie spotkałem się z omawianym gatunkiem, który posiadałby tyle zmiennych na linii zwykłej, prostej trasy; która w innych ścigałkach byłaby po prostu… nudna jak flaki z olejem. Wyobraźcie sobie zwykły owalny tor z 12 okrążeniami. Niby nic, bo i pewnie kierowcy za samochodami mają ustawioną drzemkę, a kibice na trybunie muszą rozmyślać nad tym, ile okrążeń zostało do końca i co do cholery tam robią. Przy ponad 20 samochodach na starcie może zrobić się kocioł, a byle kraksa jednego może pociągnąć za sobą resztę znajdującą się za nim. To jeszcze nic. Wyobraź sobie, że rozbite wraki samochodów tworzą na torze realne zagrożenie, które trzeba jakoś ominąć. W zabójczej mieszance rywalizacji i prędkości, która nie pozwala przecież na ominięcie ,,wysypiska śmieci” z prędkością poruszającego się żółwia; sprawia że Wreckfest jest pozycją, która odrzuca w cholerę rywalizację z oponentami na długość zderzaka i pokonywanych zakrętów z muskanymi tarkami co do centymetra – punktując ryzyko, szalone drifty i brawurowe zagrywki. Nie jest też do końca tak, że można wjechać w inny samochód z prędkością 100km/h z uśmiechem na ustach. Bo skończy się to uszkodzonym silnikiem, urwanym kołem i maską wgniecioną niczym puszka.

Nadszedł więc czas na zaprezentowanie pewnej ewolucji. Za sprawą autorskiego systemu zniszczeń poruszających się pojazdów, te zachowują się niewiarygodnie naturalnie – zaryzykuję stwierdzeniem, omal realistycznie. Od lekkich wgnieceń karoserii, po ciągnący się tylny zderzak, punktowe pajęczynki na szybie, tańczące drzwi z urwanym zawiasem, zagięte słupki podporowe dachu, skaczącej klapy bagażnika i urwanego błotnika, aż do ogołocenia przedniej karoserii z widocznym silnikiem, ,,ósemkowania” kół, łukowym zagięciu blachy bocznej i rozebraniu auta do gołego szkieletu z płonącym silnikiem na czele, urwanym zawieszeniem i odpadającym kołem… Uhh. Mało tego. Każdy z dostępnych pojazdów od zwykłego samochodu, po kombajn, przyczepę kempingową i ciężarówkę można rozebrać na części, które ponadto rozsypują się na drodze; tworząc z czystej nawierzchni, omiecionej szczotkami przez organizatorów, istne wysypisko wraków, części samochodowych, odprysków lakieru, śrubek i nakrętek do tych śrubek. Wypadki i zdarzenia wyglądają przez to naturalnie i można odrzucić w cholerę przestarzałe systemy zniszczeń, które szczyciły się odpadającym kołpakiem. Trasy również dodają cegiełki do i tak sporego chaosu, który wynika głównie z ilości oponentów i nieprzewidywalności zdarzeń. Są proste jak konstrukcja cepa, jednak nadrabiają skrzyżowaniami dróg, ciasnymi zakrętami, wspólnymi torami jazdy dla obu kierunków, zdradliwymi pagórkami i podłymi zagrywkami – że wystarczy wspomnieć o pętli ,,rosyjska ruletka” z której wjazd i wylot jest taki sam, przez co łatwo o porządnego dzwona z innym pojazdem. Do szczęścia brakowało jedynie interaktywnego otoczenia, jak za czasów świetności FlatOut. Płoty pękające w drzazgi, ułożone opony odskakujące jakby każda miała przypisaną osobno fizykę i rozlatujące banery reklamowe to za mało. Gdzie rusztowania, siatki, skróty rozwalające szopę i witryny sklepowe, czy przejazdy przez szklarnie ogrodowe? Wnioskuję, że w procesie produkcyjnym wdrożenie większej ilości interaktywnych rzeczy powodowało dławienie się silnika gry, więc można to zrozumieć.

Chaos i zniszczenie panują w czasie zawodów na tym torze, gdzie ściany są zwykle bliżej, niż by się chciało, a nad kierowcami ciąży widmo zagłady

Okej, a co z modelem jazdy? Twórcy odrzucili w cholerę ślamazarne i oporne na reakcję gracza sterowanie z ,,jedynki” FlatOuta, a nawet arcade’owe z ,,dwójki”; tworząc hybrydę prowadzenia samochodu rajdowego na szutrze z ulicznym driftem na asfalcie, w sosie arcade’ówki a’la Forza Horizon. Jeżeli powyższe nie jest najlepszym porównaniem dla ciebie, to w ogólnym rozumowaniu mogę napisać… Jest dobrze. Czuć zmianę nawierzchni, wagę samochodu, driftuje się przyjemnie a każde ustawienie tuningowe zmienia prowadzenie auta w odczuwalny sposób. W większości trasy odbywają się na piaszczystym podłożu, sprawiając że na zakrętach walczymy z nadsterownością – tyłek wylatuje na zewnątrz zakrętu, a my musimy odpowiednio manewrować pojazd, kontrolując gaz z hamulcem. Niekiedy występuje nagła zmiana nawierzchni i np: z piaszczystej drogi wyskakuje asfalt na zakręcie, a po wyskoku z hopu ukazuje się nam ostry zjazd na zdradliwy żwir, uwypuklając przy tym dobrą robotę ekipy odpowiedzialnej za wprowadzony model jazdy – kiedy auto kompletnie inaczej reaguje na nawierzchnię i uskoki. Aby zwiększyć osiągi zakupionych lub wygranych pojazdów udajemy się do warsztatu.

Z poziomu przystąpienia do zawodów możemy pogrzebać przy suwakach zmieniając zawieszenie z miękkiego na twarde, przełożenie biegów z krótkiego na długie, zamianę mechanizmu różnicowego z otwartego na zablokowany i regulacje hamulców z tyłu na przód. Znów za zdobytą gotówkę kupujemy ulepszenia polepszające osiągi, pancerz i wygląd wizualny. Mechaniczne części to m.in. kolektor dolotowy, silnik, wał napędowy i układ zapłonowy. Pancerz ma za zadanie wzmocnić pojazd przy większych stłuczkach, są to belki usztywniające bok auta, osłony i klatka bezpieczeństwa. A wygląd to nic innego jak odpowiedni dobór kół, spoilerów, masek i wydechu. Każdy więc znajdzie coś dla siebie, a gdyby wygląd nie podpasował można zabawić się w lakiernika nakładając odpowiednie wzory i przemalowując kolor lakieru. Za podstawowymi ulepszeniami, które w zupełności zadowolą miłośników grzebania, idą w parze ustawienia w menu głównym dotyczące rozgrywki (wyświetlanie kontrolek, imion zawodników i paska ,,życia”, drgania kamery), czy zaawansowanych opcji sterowania większego kalibru (martwa strefa, czułość skręcania, nasycenie gazu). Warto przy tym dodać, że przed każdym wyścigiem możemy ustalić, czy nasz pojazd może korzystać z przeróżnych wspomagań, jak agresywnie i zarazem szybko mają zachować się AI oponentów i czy system zniszczeń ma być zwykły, podwyższony lub realistyczny.

Pod względem graficznym można mówić o wizualnej poprawności. Detale samochodów są dopracowane, blacha gnie się na różne strony, a każde otarcie wywołuje dźwięk przeraźliwego zgrzytania noża o brzeg puszki. Trasy cechują się prostotą mijanych pagórków, barierek, drzew, mostów i tras zaprojektowanych przez naturę i wiejskiego normika, niż miłośnika efektownych skoków, skomplikowanych zakrętów i ryzykownych skrótów. Pobocze uzupełnia sztywno stojąca publiczność, drewniane wieże z facetami w odblaskowych kamizelkach, furgonetki i parasole wyciągnięte wprost z dowolnego festynu, a także banery reklamowe nieznanych firm. Rozgrzane opony driftujące na zakrętach wytwarzają kłęby dymu, strącane pachołki wlatują nam do kabiny, dron unosi się w powietrzu nad areną rozwałki, betonowe bariery rozłupują się na płaty przy silniejszym kontakcie, a kierowcy zasiadający kosiarki i kombajny wylatują niczym szmaciane lalki przy większym dzwonie. I tylko dziwie się, że wersja konsolowa została okrojona z FlatOutowego rodowodu, kiedy to można było wylecieć przez przednią szybę podczas większej kraksy samochodem. (only in blaszak). Jest kilka kamer obserwujących pojazd z tyłu, a także ukazująca widok FPP i ze zderzaka. HUD pokazuje kondycje naszego auta w postaci grafiki pojazdu, piktogramów (czerwona ikona silnika to już kaplica), a także paska ,,energii”.

Chociaż zapewniam, że i bez tego można wywnioskować w jakim stanie jest prowadzony przez nas ,,złomek”. Przy uszkodzonej skrzyni biegów trajkocze i porusza się z gracją staruszka tańczącego na weselu, urwane zawieszenie objawia się trudnością w skręcaniu, a brak przodu karoserii to znak, aby za żadne skarby nie taranować oponentów. Uwierzcie mi, jest to ciężka do opanowania sztuka kiedy z głośników wydobywa się ryk silnika, a muzyka rozrywa koszulę na klacie. Właśnie… muzyka… doszliśmy do bardzo ważnego punktu programu. Twórcy wyselekcjonowali naprawdę ostre rockowe, nu-metalowe i alternatywne brzmienia, które idealnie współgrają z wrakową demolką i dzikością wchodzenia w zakręty przy jednoczesnym spychaniu gamoni poza tor. Dawno nie słuchałem tak dobrego soundtracku do gry wyścigowej. Latynowskie techno z Need for Speed: Heat może mu czyścić lakier. Jest moc!

No okej, przejdźmy teraz do wad produkcji. Wreckfest cierpi na niedoszlifowanie produktu końcowego. Odpadające fragmenty karoserii lewitują w powietrzu, przy większym dzwonie kierowca wygina się jak blacha samochodu, a podczas resetowania zawodów niektóre pojazdy ładują się… bez karoserii i wnętrza, udając statek widmo z płynącymi kołami. Niekiedy klatki animacji spadają do niskiej wartości, przeciwnicy resetują się w nieskończoność, a elementy otoczenia zaczynają płatać figle. Raz zdarzyło się, że publiczność lewitowała w powietrzu, kilkadziesiąt metrów od startu. Na koniec warto wspomnieć o poprawnej polskiej lokalizacji w formie napisów, wypośrodkowanym poziomie trudności i czasowo zadowalającej karierze. Multi nie dane mi było sprawdzić.

Głęboko w głuszy skłóceni rolnicy zwykle rozwiązują spory, zderzając się kombajnami, aż nie będą się nadawały do prowadzenia działalności gospodarczej. W sumie to nieprawda, ale i tak zrobisz, co musisz, aby stanąć na szczycie pola


Wreckfest jeszcze kilkanaście lat temu byłby zwykłą ścigałką. Proste konstrukcje tras, zwyczajne okrążenia i stadko amatorskich kierowców do pobicia. Wystarczy jednak zaimplementować realistyczne uszkodzenia pojazdów, nieprzewidywalne i agresywne zachowanie AI, odrobinę szaleństwa na odcinkach w postaci pagórków i kolizyjnych skrzyżowań a dostajemy ogromny plac zabaw, z unikalnymi scenariuszami na drodze. Wystarczy być uczestnikiem w ,,Destruction Derby”, gdzie wśród wysypiska przegranych próbujesz wyeliminować ostatniego, tocząc się 10 km/h z urwanym kołem. Wystarczy skrzyżowanie, kiedy modlisz się, aby czasami ktoś nie wbił się w bok auta, a i tak przy przedostatnim okrążeniu ktoś powoduje karambol, dzięki czemu nie musisz się martwić o pozycję… bo wszyscy na trasie są już wrakami. Wszystkie 23 auta! Wszystkie oprócz twojego. Pokochasz albo znienawidzisz, wybór należy do Ciebie.

 

Tom

Tom

Akceptuje wszystkie platformy do grania. Ogrywam tylko produkcje powyżej 70 na opencritic. Gatunkowy rozstrzał oprócz jrpg'ów i symulatorów koparki. Recenzje to moje paliwo.

Może Cię również zainteresować: