Wild Arms XF

Share

Wojna domowa hurra! Dla dobra narodu wybijemy samych siebie. Czy dla odzyskania rodzinnego dziedzictwa można postawić cały kraj w ogniu walki, nawet przy aprobacie jego obywateli? Clarissa Arwin z Wild Arms XF ma moralne rozterki, ale nie zważając na nic dzielnie kroczy odzyskać to, co jej skradziono.


Wild Arms to zacna i dość stara seria futurystyczno-westernowskich japońskich RPG od Media.Vision, wydawanych kiedyś na konsolach PlayStation 1 i PlayStation 2, którą dosłownie i w przenośni obecnie przysypał piach. Wydane wyłącznie na PSP Wild Arms XF (Crossfire), które na zachodzie pojawiło się w 2008 roku miało być odskocznią do podbicia kolejnej generacji sprzętu, a jednak pomimo prostej drogi do sukcesu cykl ten zakończył swój żywot. Zachodzi więc pytanie, co poszło nie tak?

Jeśli chodzi o fabułę było całkiem dobrze, rozbudowana historia z charyzmatyczną protagonistką osadzona w oryginalnym uniwersum, czego chcieć więcej? Akcja gry tradycyjnie toczy się w pustynnym świecie zwanym Filgaią, gdzie każdy dzień jest walką o przetrwanie w ciężkich warunkach, a od drugiej osoby można raczej zaliczyć kulkę niż otrzymać pomoc. Clarissa Arwin i jej starszy brat Felius przekonują się o tym na własnej skórze, gdy jeden z Drifterów zbójecko kradnie im cenny miecz, relikwię po zmarłej matce. Trop za łotrem wiedzie do królestwa Elesius, gdzie jeszcze w miarę sprawnie działa administracja państwowa, a ludziom żyje się nieco lżej niż w innych stronach globu. Było tak dopóki nie zachorował król, a następczyni tronu zaginęła, krajem więc zaczęła rządzić koteria dworaków. Pozostająca na ich rozkazy paramilitarna Straż Wojenna (coś jak nasza Służba Bezpieczeństwa za komuny) terroryzuje mieszkańców wprowadzając brutalnie własne porządki. Przybyła do Elesius Clarissa z powodu podobieństwa zostaje uznana za właśnie odnalezioną księżniczkę. Chcąc nie chcąc, bohaterka przybiera narzuconą jej rolę, wywołując tym wojnę domową w królestwie. Po drodze spotykamy kilka ciekawych postaci drugoplanowych, które wesprą nas w boju, odkryjemy mistyczne tajemnice i ze wszystkich sił będziemy się starać odzyskać naszą własność. Jednak jak długo można oszukiwać siebie oraz ufających nam mieszkańców? Na szczęście Felius jest prawdziwą podporą siostry.

Wizualne gra jak na PSP prezentuje się bardzo ładnie, miłe wrażenie sprawiają zwłaszcza komiksowe sprite’y postaci, pomimo że małe to jednak kolorowe i pełne detali, podobnie zresztą jak otoczenie. O ile wszystkie taktyczne jRPG, pod względem oprawy, wydają się klepane na jedno kopyto, ten graficznie i klimatem naprawdę się wyróżnia na plus. To tzw. styl 2.5D, któremu towarzyszą również przyjemne dla oka plansze dialogowe w kluczowych momentach fabuły, a same dialogi są w większości zdubbingowane na język angielski. Sam dubbing może i nie jest najwyższych lotów, ale na potrzeby handhelda wystarcza. W każdym razie atmosfera znana z wcześniejszych odsłon została zachowana, a praca grafików zważywszy, że mamy do czynienia z konsolką przenośną jest naprawdę wysokich lotów.

O ile poprzednio mieliśmy raczej do czynienia z rozbudowanymi turowymi jRPG-ami, Wild Arms XF jest pełnoprawnym, taktycznym tytułem, z kilkoma ciekawymi pomysłami. Tutaj pole walki nie jest podzielone na kwadraty, a na sześciokąty, co daje większe możliwości strategiczne. Ponadto może być ono upstrzone różnymi przeszkodami, mechanizmami, osłonami dającymi się wykorzystać w boju i dosyć często wielopoziomowymi, bowiem nie brakuje budynków, wzniesień, czy skalnych galerii. Ponadto wzorem Final Fantasy Tactics dostaliśmy multum klas postaci, jedne charakterystyczne dla gatunku inne, czasem dziwaczne, związane z klimatem serii jak Secutor czy Geomancer. Jednak podobnie jak w FFT wyuczone umiejętności różnych profesji możemy ze sobą niemal dowolnie mieszać. Oprócz postaci fabularnych wynajmujemy sobie też najemników – Drifterów, dzięki którym wyrzucamy Straż Wojenną z poszczególnych miast czy obszarów, tak jak to sobie fabuła umyślała.

Należy więc zadać sobie pytanie dlaczego jest tak źle skoro jest tak dobrze? Niestety chłopaki przesadzili z poziomem trudności, który jest nazbyt wyśrubowany. Pal licho, że w trakcie boju pojawiają się przeciwnicy znacznie silniejsi od nas, bowiem są opcjonalni, ale i zwykli wojacy potrafią dać mocno w kość, zaczynają z dogodniejszych pozycji, poza tym inteligencji im nie brakuje i nie tak łatwo ich wymanewrować. Nie pomagają też czasem niezbyt jasne cele poszczególnych misji, bowiem zdarza się, że do ich realizacji potrzeba mieć w oddziale członka o odpowiedniej profesji, o czym nie zostało wspomniane. Czarę goryczy przelewa brak możliwości zapisu gry w trakcie starć, a zdarza się, iż misje następują jedna po drugiej, więc przegrana po długiej zabawie niemiłosiernie frustruje. Żyłowanie poziomów doświadczenia przed starciami również irytuje, ponieważ ilość zdobywanych XP-eków bywa zwykle mizerna. Inną zadrą bywa pasek wytrzymałości, który co turę się obniża, gdy spadnie do zera postać traci niemal wszystkie punkty życia, wystawiając się na łup wrogowi. Poza tym nasze główne jednostki uderzeniowe zadające spore obrażenia poruszają się masakrycznie wolno, co bywa przeciwnikowi na rękę. Da radę jeszcze kilka innych takich kwiatków wymienić, ale widać już, iż warstw taktyczna w tej grze to droga przez mękę.

Niestety w przypadku Wild Arms XF Media.Vision dało dość mocno ciała, bowiem gry, której 95 procent rozgrywki stanowią walki, kiepskiej sfery taktycznej nie zrównoważy intrygujący klimat, ciekawa fabuła czy śliczna oprawa graficzna. Tytuł ten wyciska z gracza krew, pot i łzy, ale zamiast satysfakcji niesie tylko frustrację. Nie oznacza to wprawdzie, iż należy produkcję tą omijać szerokim łukiem, zwłaszcza że teraz można ją wyrwać za grosze niemniej jednak czujcie się ostrzeżeni. Z drugiej strony gracze uwielbiający trudne wyzwania powinni być zadowoleni. Szkoda tylko, że na reaktywację serii Wild Arms na obecnych konsolach nie ma obecnie szans.

 

Może Cię również zainteresować: