Vanquish

Share

PlatinumGames po stworzeniu brutalnego MadWorld i przywdzianej w lateksowe wdzianko czarownicy Bayonetty poszli na całość powołując do życia pozycję, która idealnie wpisuje się w konsolowy rodowód. Od bolących palców i refleksu typowego dla graczy stawiających na dynamiczny rozpierdziel, po nieskrępowaną, pozbawioną sztuczności frajdę płynącą z – powiedzmy sobie to szczerze – bezmyślnego wciskania spustu, aby zestrzelić wszystko co się rusza. Gears of War spotyka się z Devil May Cry, aby wypełnić lukę w brakującym ogniwie, dynamicznego i efektownego shootera, który w latach 90. z pewnością okupywałby automaty na żetony.


Taką grą jest bez wątpienia Vanquish. Stworzona przez ojca serii Resident Evil oraz Dino Crisis, Shinjiego Mikamiego w japońskim studio PlatinumGames. I jak można się spodziewać, nie obejdzie się bez banalnej fabuły pisanej z pewnością na kolanie, mega efektownych wstawek filmowych i obowiązkowych przerywników między krótkimi misjami w postaci statystyk, ukazujących nasze destrukcyjne działania w formie niezliczonych dla zwykłego śmiertelnika cyferek. Co by nie mówić, gra zaczyna się w poważnym tonie ukazując konflikt Stanów Zjednoczonych z Rosjanami w niedalekiej przyszłości. Amerykanie budując specjalną stację kosmiczną do kumulowania energii słonecznej sami wpadają w sidła po przejęciu obiektu przez Rosjan. Ci, skumulowaną wiązką śmiercionośnego promienia zmieniają w pył San Francisco, stawiając ultimatum kapitulacji wroga albo doszczętnego zniszczenia miast. W odpowiedzi Stany Zjednoczone wysyłają wojska z misją odbicia stacji, zanim ta doleci do Nowego Jorku. Na czele armii stoi dowódca Robert Burns, a towarzyszy mu zespół Bravo, którego reprezentantem jest nasz główny bohater widowiska, Sam Gideon. Sam nie jest bynajmniej zwykłym żółtodziobem. Posiada ultranowoczesny kombinezon bojowy (Augmented Reaction Suit), charakteryzujący się niesamowitą wytrzymałością i elastycznością przy zastosowaniu odpowiednio lekkich materiałów. Mało tego, wyposażony jest w silniki odrzutowe sprawiające odpowiedni ślizg bohatera po powierzchni. I jest to jedna z najciekawszych mechanik, bez której Vanquish nie byłby tak grywalny. Tyle w teorii, bo tak naprawdę omawiana gra nie sili się na rozbudowaną strategię, czy niesamowite rozwiązania połączone z epicką historią. Stawiając w pierwszej kolejności na nieskończenie miodną i efektowną walkę, i jako strzelanina TPP wywiązuje się z tego więcej niż wzorowo.

Głównym wrogiem Sama i spółki będzie armia robotów dowodzona przez przywódcę Rosjan, Zajcewa. Czerwone blaszaki to typowe mięso armatnie, uzupełnione o większe jednostki bojowe trudniejsze do zniszczenia. I na tych przeciwnikach są oparte batalie, jednak w dalszej części rozwinę temat o ciekawsze jednostki. A jaki zestaw broni mamy do eliminowania wrogów? Mógłbym powiedzieć ograniczony, minimalistyczny zbiór broni podstawowych typu karabin maszynowy, granaty wybuchowe i ogłuszające, czy snajperka. Do tego dochodzi kilka ciekawych zestawów, a moim ulubionym jest karabin z wystrzeliwanymi pociskami auto-naprowadzającymi do wyznaczonych przez nas celów. Wydawałoby się, że przez tak mały zasób elementów gra może być monotonna… nic z tych rzeczy. Elastyczność manewrowania i mnogość prostych, aczkolwiek ciekawych rozwiązań zmusza do chłonięcia rozgrywki ciałem i umysłem, mimo prowizorycznej otwartości potyczek. Gra nie jest prosta na normalnym poziomie trudności i dość często wymaga małpiej zręczności od gracza. Nieskończenie długie ślizgi na ,,tyłku”, czy odpalanie zwolnienia czasu podczas strzału, to tylko najprostszy element tej całej destrukcyjnej układanki. Dochodzi do tego chowanie się za osłonami i umiejętne używanie energii dopalacza, który dość długo się ładuje, a służy właśnie do efektownych akcji w slow motion. Bo kiedy mamy przed sobą ciężkiego bydlaka i jego towarzyszy, najgorszym jest dźwięk kombinezonu informujący nas o wyczerpanej energii.

Jak widać dzieje się i to całkiem sporo.

Każdy z przeciwników ma słaby punkt w postaci czerwonej kuli wmontowanej z przodu lub z tyłu ciała. Sposób zestrzelenia wrażliwego punktu odbywa się w standardowy sposób wyplucia odpowiednio dużej ilości pocisków w danym kierunku, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, aby zrobić odpowiednio długi ślizg w kierunku wrogiej jednostki i ryzykowną kombinacją ciosów w zwarciu, pozbawić w efektowny sposób życia. Na polu walki oprócz amunicji można znaleźć odpowiednie wzmocnienia broni, działka stacjonarne, pojazdy kroczące do których można zasiąść wystrzeliwując wiązkę rakiet i… ukryte złote statuetki wydające śmieszne odgłosy po zestrzeleniu. Aż tyle i tylko tyle, jednak uwierz mi drogi graczu więcej w tej grze do szczęścia nie potrzeba. Wracając do przeciwników, są oni bardzo solidnie zaprojektowani, a kilku z nich można uznać za majstersztyk designerski. Co powiecie na mechanicznego stwora skomponowanego z różnych zezłomowanych elementów, tworzącego tak przedziwne formy ,,ciała”, że uśmiech z twarzy nie znika podczas starcia – do momentu kiedy taki będzie mógł swoją macką zadać cios, kiedy protagonista jest schowany za wielkim kontenerem. Ciężko określić też wagę pozycji w szeregu jednostki wroga, bo zdarza się że z pozoru dwóch większych przeciwników urasta do rangi tak samo trudnej do pokonania, co bossowie. Największych przyjemniaczków spotykamy rzadko, i jest to zazwyczaj ogromny pająko-robot, który po eliminacji zamienia się w drugie stadium… człeko-robota. Łącząc w miarę rozległe obszary walki z kombinacją mniejszych/większych robotów i niesamowitymi zdolnościami manewrowymi kombinezonu, możesz być pewny wizualnej orgii z szybkością akcji zapierającej dech w piersiach. To taki TGV gier wideo, najszybszy rollercoaster w parku rozrywki. Tego nie da się opisać w słowie pisanym – to trzeba zobaczyć, przeżyć.

Drugim pozytywnym aktorem tego przedstawienia są świetnie zaprojektowane tereny i różnorodność misji, a dokładnie to co się w nich dzieje, zwłaszcza przy niektórych momentach opad szczęki gwarantowany. Projekty zarówno postaci, a głównie miejsc potyczek są zrobione z rozmachem, stawiając na futurystyczne konstrukcje rodem z dowolnego filmu sci-fi. Koncept torów kolejowych a’la rollercoaster dla szybkich wagonów towarowych, gdzie toczymy walkę z przeciwnikiem – raz odstrzeliwując ich z boku, raz kiedy są odwróceni nad naszą głową – to tylko rozgrzewka. Misja snajperska, gdzie aby uniknąć wykrycia należy zestrzelić reflektory oświetlające snopami światła otoczenie lub wspinaczka pod pochyłą konstrukcją, omijając przy tym zsuwające się elementy, i w międzyczasie tocząc zaciętą walkę z przeciwnikiem, to zdecydowanie ciekawe zajęcie, aby się nie nudzić. Mało atrakcji? Oto kolejne przykłady. Obrona pojazdu w zaciemnionym tunelu przed wielkimi purchawko-pająkami, które powoli zmierzają do celu, aby go zniszczyć; urokliwa miejscówka badawcza zarośnięta wysoką trawą i drzewami, gdzie w pewnym momencie trzeba uciekać przed atakiem wyskakujących zewsząd z trawy robotów, przypominające sceny z Velociraptorami w Jurassic Park.

Cele misji to w skrócie: głównie eliminacja wroga, zestrzelenie wieżyczek, podłożenie ładunków wybuchowych lub rozwalenie ważnego elementu konstrukcyjnego wrogiej jednostki. Różnorodność środowiskowa i ogólna koncepcja misji wyszła autorom spójnie, z pomysłem i bez zbędnych udziwnień. Wszystko jest zaprojektowane z największą dbałością o szczegóły tego fantastycznego uniwersum (które niestety nie jest kontynuowane, a szkoda). Strona wizualna utrzymuje wysoki poziom przez cały czas, oświetlenie wbija się ponad przeciętność i wysysa wszystkie soki z konsoli. Wspomnisz te słowa, gdy trafisz do ogromnego pomieszczenia z wytwarzanymi w tunelach promieniami energii, gdzie pojawienie się ów wiązki światła powoduje świetne poruszanie się cieni konstrukcji w całym otoczeniu. Godne zanotowania jest to, że wszystkie miejscówki mimo, że są otoczone podobnymi brązowo-błękitnymi barwami – nie sprawiają wrażenia monotonności, nadmiernej ekspozycji zimnej barwy – jak to bywało w serii Metal Gear Solid. Akcja gry prowadzona jest bez przeskoków czasowych, więc nie ma również mowy o lokacjach z tylnej części na cztery litery (hłe, hłe). Dodatkowo podróż bohaterów po terenach odbywa się w płynny sposób, bez wycieczek za jeden uśmiech do zaśnieżonych krain tysiąca wysp. Dlatego to, co cenię w Vanquish, to spójność świata, który nie odbiega od najlepszych przedstawicieli tego gatunku.

Warto też wspomnieć o tym, że podczas naszej przygody prawie zawsze towarzyszy nam porucznik (pudzian-hydraulik) Burns i kilku żołnierzy, których można leczyć podczas krytycznego stanu, dostając nagrodę w postaci magazynku do broni. Gra korzysta z samoregenerującego się paska zdrowia, co nie oznacza, że gra zamienia się w Call of Duty na normalu, gdzie ,,odpoczynek” wydziera produkcję z wyzwania. Mamy za to patent krytycznego zwolnienia czasu przed śmiercią. Jeśli dostajemy masę pocisków (o to nie trudno) na plecy, to załącza się odpowiednie spowolnienie, które daje nam kilkanaście sekund na ucieczkę lub zestrzelenie w ostatniej chwili upartego blaszaka, który z determinacją pruje serią pocisków w naszym kierunku. Inteligencja wrogów jest na przyzwoitym poziomie, nie ma mowy o częstym parciu pod lufę. Raczej jest zamiana miejsca za osłonami i ciekawe uniki, które psują krew w równie dobry sposób, co ilość wystrzelonych pocisków w naszą stronę, gdy jesteśmy w otwartej przestrzeni poza osłonami. Z ciekawostek dropsa: przy wciśnięciu odpowiedniego przycisku Sam może spalić szluga będąc przy kuckach za schronieniem. Mały detal, który cieszy oko. Odnośnie głównego bohatera, to można polubić gościa. Ma swoje zasady, które pod koniec w pewnym sensie łamie; jest zdecydowany i dąży do celu za wszelką cenę. Jego relacje między porucznikiem to wisienka na torcie, bo jak tu nie uśmiechnąć się pod nosem, kiedy dochodzi do walki między nimi z powodu tego, że… Sam palił szluga w miejscu, gdzie wisi tabliczka z zakazem palenia (hłe, hłe).

Puszczenie oczka w stronę gracza występuje przynajmniej kilka razy. A to zachowanie żołnierzy jest nad wyraz przerysowane, informatorka misji pokazuje zbyt często zgrabny tyłeczek, a i zdarzy się zobaczyć jakie to rozrywki mają nasi przeciwnicy w czasie pracy. Z obowiązku recenzenckiego muszę wspomnieć o ścieżce dźwiękowej, bo nie ma co ukrywać, muzyka to miód dla uszu. Spodziewałem się dużo gitarowych riffów, mocnej elektroniki, a dostałem zupełnie coś innego. Magiczne nuty w większości pompatycznie wkraczają na scenę, często zmieniając się w pełen melodyjności miks elektronicznego chilloutu, z domieszką przeróżnych instrumentów. OST jest idealnie dopasowany do akcji, i przez to jak świetnie współgra z dynamiczną rozgrywką, można wycinać w pień wrogów w doskonałym dla oczu i ucha stylu. Gra podzielona jest na 5 aktów, a w każdym znajduje się kilkanaście misji, które trwają od 7 do 30 minut. Grę przechodzi się zatem w bardzo krótkim czasie, więc nie każdemu może się to spodobać – zwłaszcza, że do dyspozycji nie mamy trybu multiplayer, a jedynie kilkanaście powtarzających się dodatkowych wyzwań. Znaczących błędów nie uświadczyłem. Delikatnie przeszkadzał mi fakt niemożliwości zeskoczenia z wyżej położonego podestu na niższy (do tego służyły drabinki w wyznaczonych miejscach, co pachnie archaicznością). Do wad produkcji mógłbym zaliczyć powtarzalność przeciwników, ale w ogólnym rozrachunku (od 3 aktu) dochodzi sporo świeżynek, więc można to puścić w zapomnienie. Ostatnią kwestią gdzie kręciłem nosem, jest ukazywanie statystyk i punktacji niemal co chwilę w czasie rozgrywki, które skutecznie psują płynność gunplay’u, no ale cóż… taki urok japońskich gier. 

SEGA wydała odświeżone wersje gier Bayonetta i Vanquish. Można je kupić (w formie pudełkowej i cyfrowej) w ramach pakietu Bayonetta & Vanquish 10th Anniversary Bundle na PlayStation 4 i Xboxa One. Potężniejsze wersje konsol PS4 Pro i XOne X oferują rozdzielczość 4K i 60 kl/s.

Podsumowując, gra wywarła na mnie ogromne wrażenie. Dlatego żałuję, że marketing tytułu nie był okazały, przez co sprzedała się w małym nakładzie. Jest to tytuł o wielkim potencjale i na pewno jeden z tych niedocenionych. Niestety, mimo pozytywnych ocen na horyzoncie nie widać Vanquisha z cyferką 2, i nie zapowiada się aby kontynuacja od mistrzów ,,nawalanek” kiedykolwiek pojawiła się na sklepowych półkach. Pozycja nie odkrywa koła na nowo, jednak spodoba się graczom ceniącym pewien magnetyzm gier z dawnych lat, czy mechanikę wrzucającą na luz ,,człowieka demolki palącego szluga, kiedy to rakiety przelatują nad jego głową”. Jeżeli lubisz takie pozycje jak Metal Gear Rising: Revengeance, Gears of War, Transformers (High Moon Studios), a nawet Devil May Cry – to prawdopodobnie spodoba Ci się Vanquish. 

Tom

Tom

Akceptuje wszystkie platformy do grania. Ogrywam tylko produkcje powyżej 70 na opencritic. Gatunkowy rozstrzał oprócz jrpg'ów i symulatorów koparki. Recenzje to moje paliwo.

Może Cię również zainteresować: