Uncharted: The Lost Legacy

Share

Po czym poznać, że developer dojrzał i szuka czegoś nowego? Najłatwiej jest to zobaczyć po porzuceniu kury znoszącej złote jaja i rozpoczęcia procesu od nowa. Nie inaczej jest z Naughty Dog, serią Uncharted oraz jej ostatnim łabędzim śpiewem: The Lost Legacy.


Jakby się zastanowić to seria Uncharted choć nie jest z nami tak długo jak Zelda, Mario czy Sonic, tak w zaledwie dekadę dorobiła się sześciu odsłon (wliczając w to Golden Abyss od Sony Bend). Nic dziwnego więc, że ekipa musiała się w końcu pożegnać z serią w ten lub inny sposób, a jednocześnie zostawiła furtkę dla potencjalnie przyszłych ekip chcących wrócić do marki (z błogosławieństwem od Sony). Uncharted: The Lost Legacy żegna się więc z Nathanem i jego świtą, a do pierwszych skrzypiec zaprasza trochę zapomnianą Chloe Frazer oraz świeży narybek z czwartej odsłony, Nadine Ross. Obie Panie szukając nowej błyskotki do ukradnięcia i zarobienia trochę kapuchy… ekhm znaczy się odnalezienia i przekazania go Indyjskim władzom nie oczekując nic w zamian, szukają złamanego ciosu Ganesha. Tak więc w trakcie małej miejscowej wojny domowej nasze dzielne poszukiwaczki przygód trafiają do jakże egzotycznych Indii, gdzie w tym odcinku nad wyraz szybko mamy przyjemność poznać naszego głównego wroga (o tym później).

Trzeba przyznać, że w grach rzadko mamy możliwość obcowania z Indyjską kulturą. Po Lost Legacy jestem jeszcze bardziej przekonany, że twórcy trafili w dziesiątkę. Tymczasem po krótkim (i jakże przewidywalnym) prologu trafiamy do Ghatów zachodnich w południowo-zachodnich Indiach. Lokacje zapierają dech w piersiach i niejednokrotnie mimowolnie zbierałem szczękę z podłogi. Wiedząc, że fabuła kręci się wokół Hinduizmu oraz historii w której Ganesha stracił jeden ze swoich ciosów w żaden sposób nie przygotowuje gracza na to co zobaczy. Najbliżej podobny efekt „wow” wywołała na mnie pierwsza część i scena z Niemieckim U-Botem na wodospadzie w samym środku dżungli. Z tą różnicą, że dżungle w Lost Legacy są bardziej żywe niż kiedykolwiek, albowiem po raz pierwszy mamy do czynienia z dzikimi zwierzętami: flamingi, lemury, słonie, nietoperze, papugi, czym chata bogata (i na całe szczęście nie można zrobić im krzywdy).

To co ogólnie zostało niezmienne to oczywiście rozgrywka. Tytuł więc jest względnie liniowy, aczkolwiek twórcy za wzór wybrali sobie Madagaskar z Uncharted 4. W ten sposób otrzymujemy najmniejszą, a zarazem najbardziej otwartą część w serii. Z początku byłem do tego sceptyczny, ale „Niegrzeczne Psiaki” pomyślały i o tym, więc dają graczom to co najbardziej lubią. Jeżeli ktoś nie pała się do szukania znajdziek, tylko skupia się na fabule to śmiało może olać sikiem koszącym wszystkie sekrety i przeć do przodu. Jednak moim zdaniem taka osoba straci wiele, ponieważ to chyba jedyna odsłona w której naprawdę warto zboczyć z głównej drogi. Oprócz sztandarowych patentów rodem z U4 do dyspozycji otrzymujemy robienie fotek telefonem w pięknych punktach widokowych oraz zbieranie monet (a sama nagroda za zebranie wszystkich jedenastu okazuje się rzeczywiście przydatna). Kolejną małą, acz znaczącą zmianą jest wprowadzenie pistoletu z tłumikiem. Dzięki temu fani skradania się otrzymują idealny oręż w walce na odległość (coś czego brakuje w czwórce), niestety trzeba przyznać, że gra staje się bajecznie łatwa i choć tytuł zdecydowanie zachęca do takowego stylu gry to osoby lubujące się w pierwszej trylogii, w której kosimy przeciwników niczym Rambo jest tak samo efektywne jak czajenie się niczym „solidny wąż” w pomidorach (a na pewno bardziej efektowne). Reszta, to zaś stare dobre Uncharted. Liniowa pełna widowiskowych scen historia, pełnowymiarowe postacie (których nie sposób nie lubić), intuicyjne sterowanie, klimatyczna muzyka. Tak, to zdecydowanie kolejna odsłona w serii.

Technicznie tytuł korzysta z silnika poprzednika, a więc mamy tutaj do czynienia z crème de la crème PS4-rki. Na podstawowym modelu całość śmiga w 1080p/30 klatkach, zaś Prosiak podbija rozdziałkę do 1440p i oferuje odrobinę lepsze cienie. Lecz jest pewne ale. Choć Zaginione Dziedzictwo rzeczywiście prezentuje się świetnie, tak jednak ma swoje minusy. Powód? Zwyczajnie coś za coś. W LL skupiono się na otwartości świata i nieliniowej rozgrywce przy jeszcze większym poziomie detali otoczenia (co widać gołym okiem). Gdzie nie pójdziemy, to widzimy piękne połacie flory wypełnione szczyptą wyważonej egzotycznej fauny. Dodatkowo co chwilę można się natknąć na zbiorniki wodne, w których można pływać lub zanurkować. W zamian otrzymujemy odrobinę gorszą fizykę (już nie można wywołać zsuwającej się fali kamieni na skarpach), ubrania postaci nie brudzą się tak bardzo jak w poprzedniku, częściej widzimy pop-up, niedociągnięcia graficzne lub gorszej jakości tekstury. Cała reszta to szczyt rzemiosła tej generacji i widać, że Naughty Dog z każdą kolejną grą staje się coraz lepszy w tworzeniu filmowych produkcji. Co się tyczy udźwiękowienia, to za kompozycję ponownie odpowiada Henry Jackman, dzięki czemu nie powiela schematów i tytuł ma swoje własne brzmienie, które wpada w ucho. Do reszty również nie mogę się przyczepić. Jedyna łyżka dziegciu to brak trybu dźwiękowego w kompatybilnej appce do słuchawek Sony (4-rka i Kolekcja Drake’a takowe posiadały).

Mamy więc świetną grafikę, porządnego OSTa, gameplay jest znany i lubiany przez fanów. Jednak podczas gry pozostaje pewien niesmak. Moim osobistym problemem jest fabuła i ogólna prezentacja bohaterów w końcówce gry. Główne bohaterki mają własny charakter, świetnie prowadzone są dialogi między nimi i aż chce się dziewuchy poznać lepiej. Obie postacie nie próbują udawać Nate’a, Sama, Sully’ego czy panny Fisher. Historia rozwija się całkiem przyjemnie, aż tu nagle poznajemy tego złego – Asava. Z fabuły wynika, że będziemy mieli do czynienia z ciekawszym przeciwnikiem, niż był nim Rafe. Niestety jego powód do bycia tym złym jest kompletnie dwuwymiarowy i bez polotu. Przez większość czasu słyszymy jaki to jest godny rywal i nie należy go lekceważyć, ale gdy przychodzi co do czego, to widzimy już napisy końcowe, zaś potyczki z nim to bardzo niedopracowane QTE. Mało tego, ktoś wpadł na genialny pomysł, aby zrobić z jednej gościnnej postaci przysłowiowego klauna, który nie radzi sobie z podstawowymi czynnościami, zaś nasze sympatyczne poszukiwaczki skarbów stają się „Wonder Woman”. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby od początku tak kreowano tych bohaterów i gdyby tytuł pozostał dużym płatnym dodatkiem, jakim pierwotnie miał być. Tutaj troszeczkę wygląda to tak, jakby studio nie miało pomysłu na czwarty akt. Nie chcę zdradzać co dokładnie dzieje się pod koniec tytułu, ponieważ uważam, że to może być kwestia gustu, gdzie do mnie to zwyczajnie nie trafia, ale rozumiem już doskonale od jakiego tytułu brakuje ręki Bruce’a Straleya, a od kiedy Neil Druckmann przejął stery tego statku zapominając, że gameplay musi trzymać poziom do samego końca i żadnymi emocjonującymi wstawkami się tego nie zastąpi.

Tak czy siak, pomijając już samą końcówkę wątku bawiłem się naprawdę dobrze, zwłaszcza, że spokojnie można przejść tytuł w ciągu jednego weekendu. Mamy do dyspozycji świetną grafikę, ciekawą historię w rzadko poruszanej tematyce oraz wyjątkowe miejsce akcji. Osobiście szczerze polecam spróbowania swych sił chociażby dla widoków i zgłębienia Hinduskich klimatów.

Może Cię również zainteresować: