Tombi! 2

Pierwsza część Tombiego mimo naprawdę dobrej grywalności nie odniosła komercyjnego sukcesu. Nie stało się to jednak przeszkodą ku temu, by wydać kolejną część tego świetnego szpila. Nie pozostaje zatem nic innego jak po raz kolejny wcielić się w różowowłosego jaskiniowca, by wybić kolejny natłok świńskich ryjków.


Klan druidów Whoopee Camp ponownie obrał za cel stworzenia wyjątkowego tytułu, który mógłby podbić serca graczy, korzystając z nietuzinkowych pomysłów jakimi szczyciła się pierwsza część Tombiego. Zdecydowano się na kontynuację, która swoim poziomem dorówna ówczesnym standardom panującym na rynku.

Aby tego dokonać potrzebne było silne zaklęcie, które sprawi, że dotychczasowe dzieło podniesie wysoko już ustawioną poprzeczkę. Postanowiono przeszukać pradawne Góry, by zdobyć księgę zaklęć. Po miesiącach poszukiwań udało się zdobyć ową księgę i skorzystano z zawartego w niej zaklęcia kontynuacji…

I tak oto w 1999 r. (Japonia), a w 2000 r. (Reszta Świata) premierę swą miał Tombi!2 (Tomba!2): The Evil Swine Return.

Chciałbym napisać, że po pierwszym Tombim miałem pewne oczekiwania. Kto jednak czytał moją wcześniejszą recenzję, ten wie, że to z drugą odsłoną miałem styczność w pierwszej kolejności. Nie obyło się jednak, by po przejściu pierwszej części nie odświeżyć sobie kontynuacji i nie przybliżyć jej w kolejnej recenzji.

Słowo kontynuacja byłoby tutaj jednak nadużyciem, gdyż wydarzenia z poprzedniczki nie łączą się bezpośrednio z drugą częścią. Owszem, poza głównym bohaterem pojawia się wiele postaci poznanych już wcześniej, ale tutaj na spokojnie poznamy je na nowo, nic nie tracąc. Tak jak wspomniałem w poprzedniej recenzji, pierwsza część posiadała jedynie szczątkową fabułę. Powrót złych świń trochę to nadrabia, chociaż w dalszym ciągu nie możemy się spodziewać żadnych rewelacji.

Niestety, postawiono na sztampową klasykę, czyli ratowanie damy w opałach. Nasz różowowłosy protagonista ma dziewczynę (wow!) o imieniu Tabby, która zostaje porwana przez najgorszą, najgroźniejszą i najwredniejszą ze wszystkich złych świń. Tombi oczywiście nie odpuści i ruszy na ratunek ukochanej, przy okazji ponownie ratując odwiedzane światy od świńskich ryjów, które nimi zawładnęły, by na końcu rozprawić się z Najgorszym ze Świniaków. Podczas podróży nieustannie będzie nam towarzyszył przyjaciel Tombiego: Zippo, czyli śmieszny robaczek, przywodzący na myśl biedronkę, który rozmawia  z napotkanymi bohaterami. Tak, on rozmawia, gdyż nasz główny bohater poza bojowym powitaniem „HU!” nie potrafi wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Co ciekawe, gra wyraźnie sugeruje jednak, że wszystko co mówią napotkani bohaterowie jest dla niego zrozumiałe.

PIERWSZE WRAŻENIA

Nadal mamy do czynienia z grą w świecie 2.5D ( poruszamy się w prawo/lewo w określonych płaszczyznach), natomiast diametralnie zmienił się za to całkowity design. Pierwsza część, która była w stylu rysowanej mangi została ubrana w piękne modele w grafice 3D. Zarówno postacie, jak i całe poziomy dorównywały teraz panującym na rynku trendom graficznym. Z dzisiejszego punktu widzenia, z całą pewnością można stwierdzić, że gra zestarzała się z klasą i śmiało można w nią poszpilać, bez katowania oczu. Kiedy pierwszy raz podłączyłem świeżo zapakowanego PSX’a i odpaliłem załączonego Tombiego, oczy mało mi nie wyskoczyły z orbit. 

Ze zdumieniem podziwiałem szczegółowo dopracowane modele postaci (zarówno główne, jak i wszystkie poboczne). Świetnie zaprojektowane tła, które pozwalały na przejście na dalszy plan (oczywiście w wybranych miejscach) zachwycały oko. Najbardziej zaskakiwała mnie ilość miejsc, które na danej planszy można odwiedzić (domki rybackie, budynki, świątynie, itp.)

Muzyka towarzysząca to dla mnie prawdziwe mistrzostwo. Baśniowe, nastrojowe nuty, które za nami podążają, cieszą ucho w każdym z odwiedzanych światów. Najbardziej w pamięci zapadł mi jeden z głównych motywów muzycznych, który wielokrotnie pojawia się podczas rozmów z napotkanymi NPC’ami. Każdy z odwiedzonych światów ma tak skomponowany utwór, że nawet gdybyśmy zamknęli oczy, to bez większych problemów potrafilibyśmy sobie wyobrazić malowany krajobraz jaki chcą nam przedstawić twórcy.

Na duży plus zasługuje również voice acting, którego oczywiście zabrakło we wcześniejszej części. Ten jest naprawdę dobrze zrealizowany i aż chce się słuchać nagranych dialogów. Głos naszego przyjaciela Zippo, który będzie nam towarzyszył we wszystkich rozmowach jest miły i łagodny, także na dłuższą metę uszy nas boleć nie będą. Cała reszta pobocznych postaci również trzyma poziom, także taki wędkarz napotkany w wiosce naprawdę brzmi wiarygodnie. Nie ma zatem obaw, że co druga napotkana osoba będzie brzmieć jak trzeciorzędny raper spod blokowiska, który podłożył głos za paczkę fajek.

ZRÓŻNICOWANA ROZGRYWKA

Światy, które odwiedzimy są różnorodne i skrywają w sobie mnogość zadań jakie przyjdzie nam rozwiązać. Każda z odwiedzonych lokacji uraczy nas zupełnie innym designem, w związku z czym nie ma tutaj mowy o zmęczeniu materiału i wciskaniu czegoś na siłę. Miejscówki są klimatyczne i zachęcają do eksploracji i zajrzenia w każdy kąt. Chociaż nie są one zbyt wielkie, to zapewniam, że każda skrywa w sobie masę sekretów do odkrycia. Jak to w tego typu grach bywa, aby mieć możliwość przedostania się do kolejnej miejscówki musimy spełnić z góry narzucone zadania główne, jednak potem możemy (a wręcz musimy!) ponownie odwiedzać odkryte lokacje by móc wykonać powierzone nam później zadania (zarówno główne, jak i te poboczne). Tak więc, swoją przygodę ze świniobiciem zaczynamy w Wiosce Rybackiej, po czym odwiedzimy  Kopalnię, Zimowe Ranczo, Las Duchów, Cyrk oraz Wodną Świątynię. Prawie każde z odwiedzonych miejsc podzielone jest na 2-3 mniejsze lokacje, znajdujące się w obrębie danej mapy. Dwoma wyjątkami o których warto wspomnieć są: jedna z dwóch lokacji w Kopalni oraz Cyrkowe Miasteczko. Te dwa miejsca są nam dodatkowo ukazane z lotu ptaka, gdzie poruszamy się w dowolnym kierunku na płaskiej płaszczyźnie.

Jeśli chodzi o przeciwników, to każde miejsce ma do ubicia charakterystyczne dla siebie świniaki. I tak u rybaków mamy zwykłe prosiaki z widłami, w gorącej  kopalni takie, które plują ogniem, a wodna świątynia obfituje w pływające wieprzowiny. Poza świńskimi ryjkami są też inni przeciwnicy, ale ich design jest dla mnie zupełnie niezrozumiały i w sumie mało spójny z grą, ale rozumiem, że gra potrzebowała swego rodzaju urozmaicenia. 

Świniaki możemy ubijać różnymi broniami, jakie przyjdzie nam chować w ekwipunku. Te oprócz ogłuszania i likwidowania oponentów mają szereg różnych możliwości w zależności od typu. Ognisty młotek będzie roztapiał tafle lodu i przykryte śniegiem rzeczy, lodowy bumerang zaś ostudzi to co obejmuje ogień. Najciekawsze zastosowanie ma za to broń zwana Grapple, dzięki której możemy się chwytać  platform by dostać się na drugi koniec poziomu, zamkniętych ścian z wyżłobioną dziurą skrywającą skarb, czy nawet przeciwników.
Jeżeli już mowa o ubijaniu świniaków, to nie sposób również wspomnieć o możliwości zabijania ich za pomocą magii kostiumów, które zdobywamy po rozprawieniu się z Bossem każdego świata. Tak więc przywdziewając odpowiedni strój możemy zamrozić, spuścić na nich głaz itp. Pomijając już kwestię radzenia sobie z przeciwnikami, Tombi posiada również masę innych strojów, jak chociażby strój latającej wiewiórki, dzięki któremu można przemierzać spore odległości w powietrzu.

TOMBI QUESTAMI STOI!

Tak samo jak w pierwszej odsłonie, lwia część zagadek z którymi przyjdzie nam się zmierzyć jest nieobowiązkowa, jednak gra potrafi na tyle wciągnąć, że nie sposób jest odmówić sobie próby rozwiązania ich wszystkich. Do tego dochodzą jeszcze różne aktywności i wyzwania. Questy z głównej linii fabularnej dość precyzyjnie nakreślają nam jaką ścieżką mamy się udać i co dokładnie zrobić. Nie są według mnie tak przekombinowane jak w pierwszej części, gdyż nie miałem momentu by się zaciąć. 

Inną bajką są za to zadania poboczne. Te potrafią być dość zawiłe, a wskazówki nam podsuwane nie zawsze są jasne. Ja osobiście (mimo dobrych chęci) kilka musiałem sobie odpuścić, bo nie miałem bladego pojęcia jak się za nie zabrać. Jednym z ciekawszych wyzwań, wymagającym sporo refleksu, jest dowiezienie cementu z miejsca na miejsce w określonym czasie. Siadamy na wózek i pędzimy po torach, nabierając prędkości musimy odpowiednio manewrować na zakrętach i hamować, by nie wypaść z trasy. Zadanie jest jednym z głównych, ale ma kilka poziomów (czasów do pobicia). Już samo obowiązkowe dowiezienie wspomnianego cementu potrafi dać nieźle w kość, nie wspominając już o pobijaniu kolejnych czasów. Jest to jeden z elementów gry, nad którym spędziłem najwięcej czasu, ale satysfakcja uzyskania wszystkich wymaganych wyników jest nie do opisania.

Ukłonem dla grupy fanów pierwszej serii (a jednocześnie bolączką dla tych, którzy jej nie posiadali) jest dodanie do gry kilku zadań, których nie mamy możliwości ukończyć bez posiadania zapisu z pierwszej gry z serii. Otóż jest pewne miejsce, które sprawdza naszą kartę pamięci. Jeżeli posiadamy tam zapis z  poprzedniej części z wykonanymi zadaniami, które są ku temu potrzebne – dostaniemy dodatkowe questy do wykonania. Jeżeli ich nie posiadamy… mówi się trudno i nie jesteśmy w stanie odblokować 100% zadań.

Nieodłącznym elementem każdego questa jest zbieranie różnej maści rzeczy niezbędnych do wykonania danego zadania.  Sam inwentarz to mógłby być osobny temat na artykuł odnośnie tego, co można zebrać podczas gry. Tombi to jedna z tych gier, która wymaga od gracza czegoś więcej niż samego znalezienia przedmiotu by ukończyć zadanie. Gra oferuje nam szereg aktywności, które możemy wykonać z zebranymi przedmiotami. np.

  • złapane ryby można wywiesić na rozwijanej macie by po jakimś czasie, gdy do nich wrócimy, zebrać je upieczone od słońca.
  • zebrane ziemniaki możemy położyć pod hydrant z gorąco wodą by po chwili mieć je w postaci ugotowanej
  • znalezione mięso możemy poddać obróbce termicznej (dwukrotnej) w specjalnym piecu
  • gotowe “składniki” jak upieczone ryby możemy zanieść do kucharza, który przyrządzi nam posiłki przywracające punkty życia

WZOROWA KONTYNUACJA

Muszę przyznać, że założenia, które postawili sobie twórcy zostały wykonane perfekcyjnie, a przy tym nie naruszają głównych założeń gry, które to cechowały pierwszą odsłonę. Gra została graficznie przystosowana do obecnych standardów, pozostawiając przy tym mangowo-bajeczny klimat, który chłonie się z każdą kolejną minutą grania. Muzyka to oczywiście kwestia gustu, ale wydaje mi się, że OST kontynuacji znacznie lepiej wpada w ucho, przywodząc na myśl klimaty zaczerpnięte wprost z baśni. Krokiem naprzód na pewno jest voice acting, do którego naprawdę się przyłożono. Gra w głównej linii fabularnej posiada przystępniejsze zadania, które na spokojnie (lecz nie bez wysiłku) pozwolą ukończyć grę, zaś te poboczne porządnie dadzą w kość, a ich wykonanie da masę satysfakcji. 

Niestety gra stoi w miejscu jeżeli chodzi o fabułę. Ta chociaż jest bardziej nakreślona niż w poprzedniczce, to jednak mogłaby być bardziej rozbudowana. Nie jest to jednak rzecz na którą bym bardzo narzekał, gdyż nie jest to gatunek od którego wymaga się wielowątkowej rozbudowanej opowieści. Kończąc tą recenzję, zdecydowanie polecam ograć tytuł, nawet jeżeli nie ograło się pierwszej części. Gra jest lepsza niemal w każdym aspekcie, a plusem jest brak ścisłego powiązania między obiema grami, więc śmiało można zacząć przygodę od kontynuacji (chociaż polecam zapoznanie się z obiema częściami).

Avatar

Autor: Gomlin

Jak możesz udowodnić, że istniejemy? Może nie istniejemy...