Tokyo Mirage Sessions ♯FE

Idziesz ulicą, przed tobą porusza się pięknie kołysząc pośladkami niewinne stworzenie. Spoglądasz na nie jak w transie, kołyszą się jak fale wzburzonego oceanu, a Ty robisz się powoli zażenowany, że nie możesz odciągnąć wzroku. Nagle budzisz się po kilkudziesięciu kilometrach, dwa uderzające o siebie jędrne punkty na długich nogach uciekają do domu, zaś ty stoisz wybudzony z transu przed jakimś domostwem, pełen wstydu, że dałeś się wciągnąć w tak infantylną zagrywkę oraz tym, że osoba za którą szedłeś to zauważyła i pomyślała o Tobie same najgorsze rzeczy, wracasz więc zły na siebie, ale zarazem zadowolony z tych paru chwil błogości, które Cię spotkały, wiesz chociaż, że to już więcej się nie powtórzy i będziesz się pilnował. Takie jest właśnie Tokyo Mirage, przesłodzona pełna japońskich dziwactw pozycja, który wrzuca Cię w trans przechodzenia, aby na koniec puknąć Cię w głowę i powiedzieć, cholera jak Ci się to mogło podobać?


Tokyo Mirage Sessions ♯FE to crossover takich tytułów jak Shin Megami Tensei oraz Fire Emblem wydany na Wii U w 2015 roku w Japonii i w następnym roku w Europie oraz USA. Sama nazwa wskazuje już to połączenie, skrót FE to oczywiście Fire Emblemooo power up! zaś skrót TMS to czytane od tyłu SMT, czyli Shin Megaioooo Tenseioooo. Gra wstępnie powstawała jako Fire Emblem x Shin Megami Tensei dzięki kolaboracji takich studio jak Atlus oraz Intelligent System, aby ostatecznie zostać wydaną przez sam Atlus pod przemienionym już projektem w postaci Tokyo Mirage dla Nintendo. Na tym chyba starczy wam encyklopedycznych informacji.

W przypadku takich eksperymentów jak łączenie ze sobą dwóch poważnych na rynku marek z własną historią nigdy nie wiadomo, czy dostaniemy do rąk crapa bazującego na popularnych licencjach, czy też coś naprawdę solidnego, wybijającego się z tłumu. Kiedy mówimy o Tokyo Mirage, to wiedzcie, że mamy do czynienia z czymś unikatowym. Oczywiście wykorzystane mechaniki i stylistyka od razu zostaną wyłapane przez fanbojkę, którejś z dwóch robiących za bazę serii. Mimo wszystko twórcom udało się wrzucić nas w świat, wydawałoby się nie eksplorowany dotychczas w branży gier, świat tak oryginalny, że z samej czystej ciekawości śledzimy to, co zostaje nam wyświetlane na ekranie. Mowa o uniwersum Idolów/ek, tak drodzy przyjaciele, witajcie w świecie show biznesu! Zapewne śliniliście się w pewnym momencie życia do takich gwiazd jak Britney Spears i inne popowe gwiazdki amerykańskich lat 90′. Miałem nawet plakat tejże Pani w pokoju (powinienem chyba to wyznanie usunąć) za dzieciaka. Japonia, wielkie koncerny produkujące wręcz japońskie gwiazdy, to samo mamy aktualnie w Korei, oczywiście Południowej, Północna ma tylko jedną gwiazdę, która świeci najmocniej :). Piękne dziewczyny, piskliwe głosiki, krzyczące do Ciebie z ekranu telewizora, czy też monitora Yamete!.. przepraszam, jednak trochę odpłynąłem, oczywiście to nie ta sfera show biznesu. Wyginające się w coraz to nowszych i zadziwiających układach tanecznych. Tysiące napalonych stalkerów, dla których Pani z telewizora śpiewająca piosenki jest niczym bogini pokazująca zagubionej duszy drogę ku wybawieniu. Miliony reklam, programy telewizyjne i inne formy przekazu treści płynących z takich występów. Dzięki Tokyo Mirage zostaniemy właśnie tymi ubóstwianymi idolami, do których klękają narody. Poznamy branżę od środka, spojrzymy jak wiele trudów i poświęceń przynosi ten niekończący się bieg w samodoskonaleniu się i byciu kochanym przez miliony. A wszystko zaczyna się od jednego przedstawienia, na którym znika w dziwnych okolicznościach kilkuset ludzi, w tym show brała udział mała Tsubasa, która będzie jedną z głównych postaci całej gry. Oczywiście to tylko prolog, gra rozpoczyna się kiedy poznajemy już ją troszkę doroślejszą. Nasz główny bohater Itsuki Aoi spotyka się w centrum handlowym z Tsubasą na castingu, który miał jej pomóc wybić się oraz sprawdzić, czy w ogóle się nadaje do tak mocno opartej na talencie sfery sztuki jaką jest śpiew. Podczas castingu zaczynają się wyrabiać dziwne rzeczy, ludzie szaleją zaś prowadzący staje się jakimś ostrym porąbańcem. Mało tego wydarzenie zakłóca pojawiający się dziwny portal za sceną prowadzący do Idolasphere i co najgorsze nasza przyjaciółka Tsubasa zostaje tam uprowadzona. Kim byśmy byli nie próbując jej pomóc? Tak zaczyna się nasza przygoda, w której obudzimy swoją Performę i ruszymy w bój z złem w postaci Miraży (złe duchy/stworzenia pasożytujące na talencie jednostki). Po drodze spotykając tajną organizację walczących z tą negatywną energią Fortuna Entertaiment, którą prowadzi sexy milfik Maiko Shimazaki, oczywiście organizacja na co dzień jest agencją promującą idoli w show biznesie.

Prezes Fortuna Entertaiment – Maiko Shimazaki.

 

Performa to ukryta twórcza energia w człowieku. Obejmuje to wszelkiego rodzaju myśli i popędy związane ze sztukami kreatywnymi, takimi jak aktorstwo, śpiew, taniec lub inne czynności. Jednostki mają różne poziomy Performy, zależne od posiadanego talentu do sztuk pięknych. To źródło energii jest głęboko związane z zamieszkującą je Idolasphere i Mirages. Nagła utrata Performy prowadzi do rozpaczy i skrajnego letargu. Kilku ludzi zawiera tyle Performy, że mogą aktywnie oprzeć się Mirażom przed osuszeniem. Mogą użyć jej, aby oczyścić wrogie Miraże i związać się z nimi, nadając im połączoną moc zwaną Carnage Form, co pozwala im walczyć z tymi dziwnymi formami przeciwników.

W Fortuna Entertaiment poznamy całą naszą ekipę, sexy loszki i przystojniaków z telebimów, wielkie gwiazdy jak i wznoszące się dopiero ku niebiosom niedoszlifowane perełki. Mało tego jedna z nich będzie Vocaloidką, tak drodzy, tą wirtualną kobieciną, która nie wiem nawet kiedy zagarnęła serca młodym kitajcom i starszym Europejczykom HAHA. Co do wirtualnej gwiazdy to akurat świetna postać, którą wstyd się przyznać polubiłem. Odzwierciedlenie chyba w pełni japońskiego zwrotu Kawaii, czyli przesłodzona wyglądająca jak nastoletnia (pedofylstwo panie) gwiazda programów telewizyjnych dla dzieci – Mamori, która w razie czego wg uniwersum #FE ma ponad 1000 lat i jest smokiem (uff wybroniony w sądzie). Co ciekawe prowadzi zabawny kulinarny program, bo o sztuce gotowania w… mikrofalówce. Dobra koniec tego, bo skończę z jakimś pozwem, a jestem poważnym człowiekiem, który niedługo dobije do trzydziestki na karku i trzeba zacząć się szanować, tfu! Każda z postaci ma jakieś główne cele, które motywują ich do szlifowania swojego talentu oraz odkrywania tajemnicy związanej z Mirażami. Przyznam, że co niektóre są strasznie głupkowate, ale znajdziemy też kilka postaci z naprawdę wciągającymi historiami i celami w życiu. A no właśnie, czemu nie skupiam się na walce z Mirażami? Oczywiście to one są głównym daniem fabularnym i ich nasilające się ataki oraz to skąd pochodzą i jaki mają cel będą próbować rozwiązać nasi bohaterowie. Tylko, że nie jest już to tak interesujące, ot co, następny motyw z ratowaniem świata bla bla bla. To nie jest główny atrybut tego szpila, wierzcie. Świat eksplorujemy niczym w Personach, mamy kilka tam punktów na mapie Tokio i sobie latamy między nimi, raz pójdziemy na próbę naszego talentu, raz na ulicę wypełnioną sklepami gdzie zakupimy itemki itp. Świat jest mały, nie ma latania Bóg wie ile po jakichś potężnych mapach szukając sensu naszego istnienia. Gra jest liniowa, mimo podobieństw do Persony, nie ma tutaj podziału na dni/miesiące w kalendarzu. Parę ważnych punktów i obracanie się wokół nich. Szybki podział na zadania poboczne i fabularne. W fabularnych wlatujemy do lochu (dungeon) i robimy porządek na końcu rozprawiając się z bossem. Każdy z dungeon’ów bazuje na jakiejś zagadce, którą będziemy musieli rozwiązać zanim dostaniemy się do ostatniej komnaty z bossem. Zanim przejdę do mechaniki walki, powiem szczerze, że side questy warto robić, nie tylko dla możliwości zdobycia True Ending’u, ale również ze względu na apgrejd naszej drużyny w postaci coraz to nowszych performance’ów, łączeniu ataków w duet i odkrywaniu super ataków, które będą zadawały więcej obrażeń i co najważniejsze wyglądają po prostu cool. Warto inwestować w naszą drużynę ile się da. Często odwiedzać naszą vocaloidkę Tiki (Mamori), która odpowiada za apgrejd naszych zdolności, broni i odblokowywaniu poszczególnych umiejętności grupowych, bądź podniesieniu/zmianie naszego miraża. 

Tło naszego menu.

Każdy specjalny atak, czy to w duecie czy pojawiający się randomowo ma swoją cut scenkę, w większości jest to odpowiednik strefy show biznesu, w której siedzi nasz członek drużyny. Raz będzie to przyjemny dla oka układ taneczny, drugim razem nowa piosenka albo jeszcze lepiej jakaś scena aktorska! Są one wykonane genialnie, miło się to ogląda i cieszy oko niesamowicie. Ehh, teraz tak czytam, że zacząłem trochę z mechaniką walki od końca, więc pozwólcie, że zrobimy krok w tyłu. Walka rozgrywana jest na arenie, pośrodku mamy przeciwników, wokół niej naszych członków drużyny. Stylizowana jest na show, miałem poczucie uczestniczenia w jakimś programie telewizyjnym bądź teledysku. Ataki podzielone są na 2 grupy, pierwsza to zaciągnięta z Fire Emblem walka broniami, każda z broni ma swój własny typ uderzeń i co najważniejsze dzieli naszych bohaterów, np. na łucznika bądź szermierza. Typy broni są wyciągnięte oczywiście z Fire Emblem – Sword, Lance, Ave i Bow. Druga to oczywiście magia, tutaj mamy do czynienia z nomenklaturą wyciągniętą z Shin Megami Tensei, jak Fire, Ice, Death, Electric etc. Każdy z przeciwników ma słabość do którejś z broni bądź magii, co za tym idzie jesteśmy w stanie wrzucać tak zwane weak’i. Zabierają one więcej obrażeń i co najważniejsze, otwierają nam furtkę do combo w postaci Sesji. Każdy z weak’ów uruchamia taką sesję, w której wszyscy bohaterowie wybrani do walki (oraz w późniejszym momencie gry przy odpowiednim upgradzie drużyny również bohaterowie spoza aktywnego teamu) po kolei uruchamiają atak. Powstają tak sesje ataków, które zadają potężny dmg. Pamiętajcie, że przeciwnicy również mogą takie rzeczy robić, każda z naszych postaci dzięki nadanym atrybutom, ma również swoje słabości. Co ciekawe, najwięcej expa nie dostajemy za samo wygranie walki, czyli grind na mobkach. Trzeba jak najładniej to zrobić, a służą temu właśnie sesje, które mnożą nam exp zdobyty na koniec walki. W meandry mechaniki mógłbym wciągnąć was jeszcze bardziej, ale nie chce was zanudzić, to trzeba po prostu zobaczyć, istotne, że po pierwsze cały system walki jest przyjemny i daje nam możliwość robienia świetnych combosów, po pierwsze efektownych dla oka i efektywnych dla progresu. I co najważniejsze jest satysfakcjonujący. Odblokowywane zaś duo special ataki, czyli takie połączenie dwóch postaci, to coś niesamowitego. Odgrywają oni wtedy scenki, śpiewają razem piosenkę etc. Gra po prostu pięknie nagradza nas za każde dopakowanie naszego teamu, niżej możecie zobaczyć jedną z scenek, które odblokowują się przy dodaniu następnego duo ataku do drużyny. Oczywiście, aby to zrobić musimy dbać o relację między bohaterami, najprościej mówiąc – zaliczać side questy.  Najpierw obejrzyjcie sobie nagrodę w postaci intro jednego z ataków, niżej zaś jak to wygląda podczas już walki.

Gra jest kolorowa do bólu, cukierkowa, wrzucająca banan na twarzy od samego początku. Kolorowe menusy, pełno zieleni, po prostu gracz czuje się jak by oglądał jakieś show wyciągnięte z japońskiej telewizji. Tokyo Mirage oczywiście została wydana na poprzedniej konsoli Nintendo, więc jak sprawuje się samo granie i wykorzystanie Gamepada? Muszę przyznać, że wyśmienicie. Gamepad służy nam po pierwsze, jako telefon w którym mamy wiadomości od naszych bohaterów. Tiki napisze nam, że możemy do niej wpaść, bo mamy możliwość odblokowania czegoś nowego, Tsubasa i reszta bohaterów dopowiedzą co nie co o swoich uczuciach. Każda rozmowa jest w miarę cool, twórcy nie szli w jakieś dziwnie poetycko dialogi, ot rozmowa między nastolatkami z pełną ilością emotek itp. W dungeon’ach zaś służy nam dodatkowo jako mapa. Gra się dzięki temu o wiele przyjemniej i co najważniejsze wygodnie. Główne menu/hud bije takim dobrem, że człowiekowi od razu robi się lepiej na sercu i ma ochotę tam trochę posiedzieć, posprawdzać swój ekwipunek, eksperymentować nad możliwościami jakie daje gra. Warto wspomnieć o zastosowanej cenzurze w stosunku do wydań poza Japonią. #FE zostało ocenzurowane do bólu, stroje zakrywające krągłości, kilka wyciętych scen i sporo awantur w tej sprawie w internetach z strony fanów. Mi to muszę przyznać nie przeszkadzało, chociaż sam nie wiem dlaczego wydawca poszedł w tym kierunku. Oglądając porównania z japońskiej wersji, ciuszki bohaterów są po prostu mniejszej ilości :). Panie, to show biznes, tutaj okazywanie atrybutów swojego ciała to jeden z ważniejszych elementów! Mimo wszystko, jeżeli ktoś lubi oglądać roznegliżowane prawie że panienki to niestety w wersji przygotowanej na Europę i USA, tego nie będzie. Co jeszcze warto odnotować? Wstawki anime! Oj tak, pamiętacie czasy kiedy pierwszy raz zobaczyliście coś takiego na szaraku i mordka wam opadła z zachwytu? Tutaj miałem to samo, myślałem, że w dzisiejszych czasach już nie da się za bardzo zachwycić gracza samymi scenkami filmowymi, ale Tokyo Mirage udowodniło, że da się. Są po prostu piękne, magiczna kreska, rysowane z pietyzmem. Po prostu chciałoby się oglądać więcej i więcej. To naprawdę warto zobaczyć. Soundtrack samo przez się jest na bardzo wysokim poziomie, mamy mnóstwo utworów, odgrywanych przez naszych bohaterów, trudno o niedopieszczenie tej strony gry, kiedy poruszamy się w uniwersum show biznesu. 

Do czego zmierzam w tym tekście? A no, mimo, że standardowego Polaka/Europejczyka wstępnie, na pierwszy rzut oka nie czeka spoglądając na tę grę nic ciekawego, mało tego pewnie nawet zawstydza. Jakieś tam japońskie dziwactwa cholera dla anime zboczeńców, to warto zapoznać się z tym tytułem. Nie tylko ze względu na medialne uniwersum, które tak jak pisałem wyżej nie jest wyeksploatowane przez rzeszę wcześniejszych gier. To coś unikatowego ze względu na samą otoczkę. Na dodatek gra się w to wybornie, gameplay zachwyca, odpalanie co następnych sesji i młócenie przeciwnika do bólu daje sporo satysfakcji, a przy tym czeka na Ciebie wulkan kolorów, latających neonów i telebimów. Masz szansę zostać Idolem, nie spier… tego i bierz się do roboty! Chociaż do krzty japońskie (czasami nawet ja, który lubi takie klimaty, siedziałem zażenowany przed telewizorem, szczególnie w kwestii małej Tiki) gra się wybornie i wciągnie Cię ten świat do bólu. Jedyne, na co można ponarzekać to główna oś fabularna, ale multum interesujących side questów i upgrade naszej drużyny oraz nagrody czekające na Ciebie za to nadrabiają wszystko, co główna fabuła mogła zepsuć. Jest ona po prostu dla kogoś, kto gra w JRPG albo w ogóle sporo gra, strasznie trywialna i oczywista. Tokyo Mirage to jeden z najciekawszych jrpgów ostatnich lat i ścisły top gier na Wii U (no wiele ich nie było, niech wam będzie), który ukazuje nam od kuchni świat show biznesu, pełen poświęceń i ciężkiej pracy. Robi to oczywiście w wyidealizowany czasami sposób (popularne Ganbare i ciągle do przodu, nie poddawajcie się!), ale przez to napawa sporą dozą optymizmu podejmując przy tym poważne i czasami ciężkie do dyskusji kwestie. Jeżeli ktoś jeszcze ma Wii U i lubi jrpgi albo po prostu gry unikatowe, a przy tym nie ograł jeszcze tego szpila, to brać się do roboty! Dobra idę sobie odpalić jakiś cover Tsubasy, a wy róbta co chceta.

ndl

Autor: ndl

First time?