The Messenger

Share

“Don’t shoot the Messenger!” pisał Szekspir w jednym z swoich dzieł nawiązując do idei wyrażonej już przez Sofoklesa. Świat często jednak łamał tę zasadę w historii naszej cywilizacji (w szczególności kiedy posłaniec niósł nieciekawą nowinę), a w omawianym tytule będziemy świadkami wręcz polowania na posłannika z klanu Ninja. 


Uwaga! Achtung! – tekst zawiera można powiedzieć spoiler co do mechanik zawartych w grze i jednego twistu związanego z tym patentem. Fabularnie nie ma o co się obawiać.

The Messenger zostaje wydany w 2018 roku przez Devolver Digital, deweloperami jednak są panowie z Sabotage Studio. W pudle wydano grę dzięki Special Reserve Games oraz Limited Run Games w limitowanej (niestety), pięknej edycji na PS4 i Nintendo Switch. Ogrywana przeze mnie wersja prezentuje się tak:

Legenda w wiosce Ninja mówi o “Western Hero”, który przybędzie w chwili ataku sił zła w postaci demonów. Tenże ma przekazać zwój ostatniemu ocalałemu i naprowadzić go na ścieżkę zwycięstwa przeciwko maszkarom z innego świata. W tak niewygodnych czasach przyjdzie żyć naszemu bohaterowi, który jest nikim innym jak właśnie adeptem Ninja ćwiczącym swoje umiejętności w oczekiwaniu na dzień sądu głoszony w opowieści usłyszanej od mistrza wioski.

Jednak nasz bohater nie jest zwykłym usposobionym do boju, zmotywowanym, łaknącym zwycięstwa herosem z legend i baśń. Wręcz przeciwnie, to leń i obibok, który najchętniej to by poszedł w świat zachwycając się życiem, a nie siedział w zamkniętej dechami wiosce skupiając się non stop na wykańczającym treningu. Prawie by mu się to udało, ale dzień sądu nadszedł i ironia chciała, że jako jedyny ocalały dostał do rąk zwój, który należy zanieść na sam szczyt pobliskiej góry.

Tak rozpoczynamy naszą przygodę, chociaż nie do końca szczęśliwi z tej okazji. Naszym druhem pomagającym w podróży zostaje dziwny mnich, z schowaną twarzą w otchłani ciemności stworzonej przez okrycie w postaci szaty z głębokim kapturem. Czy to na pewno człowiek? Groźnie to brzmi, prawda?

Nie ma się czego jednak obawiać, po pierwszej wymianie zdań widzimy już, że The Messenger to po pierwsze jajcarski klimat, pełen czarnego humoru, świetnych dialogów i zabawnych momentów.

Wstępnie gra przypomina nam 8 bitowe klasyki jak np. Ninja Gaiden, graficznie również prezentuje się niczym dopieszczona wersja tejże serii idealnie wkomponowując się w klimat gier retro. Poruszamy się niczym w oldskulowym platformerze w prawo mijając następne lokacje i coraz to ciekawszych bossów, zatrzymując się w punktach z sejwem oraz możliwością wejścia do sklepu naszego mnicha, który ma dla nas drzewko umiejętności do rozbudowania oraz kilka jajcarskich opowiastek, wstępnie głębokich – ostatecznie sprowadzonych do poziomu absurdu, w humorystyczny sposób. Spróbujcie otworzyć szafę w sklepie, bądź posłuchać jednego z dialogów podczas grania między bohaterem a sklepikarzem, a zobaczycie o co mi dokładnie chodzi.

The Messenger nie pretenduje do mocnej historii, wręcz przeciwnie nabija się z całego kanonu klasyków, często nawiązując do nich nie tylko w formie zaskakujących i zabawnych twistów fabularnych, ale również w formie mechanik. Gra wraz z progresem ewoluuje, tak jak ewoluowała historia branży. Kiedy myślimy, że docieramy już do końca gry ta zaczyna nam się otwierać na nowo, nie tylko w formie fabularnej, ale również graficznej gdzie z 8 bitowca wlatujemy w 16 bit oraz gatunkowej, gdzie z platformera gra staje się metroidvanią (chociaż ten aspekt pozostawił u mnie niedosyt). Ten miszmasz gatunkowy wręcz nie daje nam odetchnąć, a patent z skokiem z 8 na 16 bitów i odwrotnie będzie jednym z ciekawszych tricków w grze, dzięki któremu dostaniemy się np. do nowych lokacji. Naprawdę działa to wyśmienicie.

Wraz z progresem oraz rozwijaniem naszych umiejętności, które zakupimy za tzw. Time Shards zbierane podczas naszej podróży będziemy mieli coraz silniejszą postać. Do tego dojdą nowe mechaniki dzięki uzbieranym przedmiotom podczas gry. I tak w pewnym momencie jesteśmy kwintesencją tego co potrafi prawdziwy Ninja. Odbijanie się w powietrzu od przeciwników, wspinanie się po ścianach, wykorzystywanie wiatru aby dostać się do wstępnie niedostępnej lokacji dla zwykłego śmiertelnika itd. Nasz arsenał umiejętności zrobi z nas prawdziwych mężczyzn, a wykorzystanie technik które oferuje nam gra pozwoli w pełni poczuć moc zmagań naszego bohatera. Co za tym idzie, stopniowo powiększając nam poziom przeszkód, które musimy pokonać wykorzystując paletę nauczonych technik. Ginąć będziemy często i gęsto, a przy każdym powrocie do żywych dostajemy duszka bankowca, który skrupulatnie liczy nam ilość zgonów, ironicznie dowala nam tekstem na temat tego jak jesteśmy beznadziejni oraz przez pewien czas zabiera nam wszystkie zdobyte Time Shardy uzyskane po reinkarnacji/powrocie do gry. Oprócz napotkanych Time Shards oraz butelek z życiem będziemy mieli po lokacjach pochowane zielone emblemy, których jest 45. Przy zebraniu wszystkich czeka na was nagroda, jednak musicie wiedzieć, że to nie będzie spacerek i trzeba się trochę napocić, aby przejść niebezpieczeństwa porozrzucane w formie pułapek bądź zręcznościowych pomysłów przez twórców w lokacjach z emblemami (motyw z ptakami, czyli przedostatni emblem to mi trochę włosów wyrwał i myślałem nawet przez chwilę, że to awykonalne).

Naszym największym trudem będą szefkowie oraz sama konstrukcja poziomów, które czasami wręcz do maksimum wykorzystują mechanikę gry i nasze umiejętności zręcznościowe. Przez to na przykład napotykane mobki mają za zadanie co najwyżej zawadzać. Rodzajów standardowych przeciwników jest garstka i tak jak cała gra nawiązują do klasyków gatunku (vide nietoperki wyciągnięte niczym z Castlevanii). Nie oni są problemem, a otoczenie i to warto mieć na uwadze podchodząc do tego tytułu.

Następnie żonglowanie gatunkami podczas grania niesie za sobą brak większej rozbudowy któregoś z nich. Dlatego też, motyw z metroidvanią nie do końca mnie zachwycił (i był co najwyżej solidny). Nie ma się czego jednak obawiać, ponieważ jako całość nie daje nam poczucia dyskomfortu, bądź okazji do narzekania (za dużo vanii chyba ostatnio ogrywałem i zrobiłem się marudny). Prawdopodobnie przez to, że nie ma na to czasu i gra nie zaczyna męczyć narzuconym pomysłem/zmianą gatunku/zmianą stylistyki.

Historia wydaje się wstępnie głupiutka, bazująca na wyrobionych już toposach w branży przez klasykę i jakby oddająca trochę hołd lat 80′ i 90′ poprzedniego wieku. Z czasem jednak odniesiecie wrażenie, że to wszystko świetnie się łączy w całość i to co przyjdzie wam zobaczyć wraz z progresem gry oraz zakończeniem idealnie współgra z otoczką jajcarstwa jaką oferuje nam narracja. Myśl typu “kurde ale to fajnie wymyślili” przelatywała mi przez głowę nie raz podczas grania i zapewne u was będzie podobnie.

Motyw w stylu shmup’a mną pozamiatał!

Muzyka to podpadające często pod retrowave rytmy, przypominające klasyczne tytuły z 8 bądź 16 bitów. Chociaż muszę przyznać, że oprócz kilku kozackich nut cały ost nie za bardzo zapadł mi w pamięć. Graficznie pixelartowa otoczka przypominająca najlepsze klasyki ery 2D z pięknymi momentami oraz lokacjami i co najważniejsze klimatycznymi szefkami! Właśnie, bossowie! Po pierwsze puenta większości z nich będzie podana w humorystyczny na swój “messengerowski” sposób. Po drugie, potrafią być naprawdę wymagający! Raz będzie to walka fejs to fejs, innym razem wyczekiwanie na możliwość ataku, poświęcając dłuższą chwilę na zręcznościowe wymijanie przeszkody w postaci sekwencji uderzeń wykonywanych przez szefka. Na pewno walka z każdym z nich to swojego rodzaju wydarzenie, a to uwielbiam najbardziej w przypadku bossów.

W poprzednim roku dostaliśmy darmowe DLC do gry o tytule Picnic Panic. Dostęp do tego dodatku uzyskujemy z poziomu gry, dokładnie z tawerny naszego mnicha po uprzednim ściągnięciu go z sklepu (eshoop, psn itd.). To krótka, z podkręconym poziomem trudności przygoda, która jest tak intensywna i naładowana zawartością, że szczena opada! Kiedy myślałem już, że gra nie jest w stanie mnie niczym zaskoczyć i zapewne będę miał do czynienia z tym samym co podstawka dostałem ostrego plaskacza w mordę od twórców, mówiącym “więcej wiary”. Znowu uraczymy zabawy gatunkami, przejedziemy się na tratwie przypominającej wyścigi w Eliminator Boat Duel, w którego zagrywałem się jak szalony za młodu na Pegazusie. Ostatecznie wrzucając nas nawet w świat Punch – Out, ten moment zapewne zrobi na was wielkie WOW i będziecie tak jak ja zachwyceni tym, co się dzieje właśnie na ekranie! Tak jak w podstawce mieliśmy do uzbierania zielone emblemy, tutaj będzie trzeba uzbierać części maski, która da nam trochę dodatkowych możliwości zabawy w New Game+. Takich DLC powinno być jak najwięcej i jeszcze mocniej podbija to ocenę oraz kunszt tytułu od ludzi z Sabotage Studio. Sztos!

Urozmaicenie rozgrywki przez dodanie multum patentów w mechanice i estetyce daje nam uczucie świeżości od początku do końca, byłem zachwycony coraz to lepszymi pomysłami zaaplikowanymi temu tytułowi za pomocą nostalgicznych trików. To największy wydaje mi się plus tej gry – pomysłowość w wykorzystaniu klasyki. Indyki mają to do siebie, że muszą bazować na kreatywności w przedstawieniu mechanik oraz narracji, aby zachęcić potencjalnego odbiorcę do poświęcenia im czasu z oczywistych względów. The Messenger bazuje nie tyle na wprowadzaniu czegoś nowego w branży, co na pomysłowym wykorzystaniu znanych już nostalgicznych patentów oraz gatunków w historii gier. Robi to doskonale, często nabijając się z siebie i źródła jakim były największe klasyki 2D wykorzystując przy tym naprawdę inteligentny humor. Niecałe 16 h zajęło mi wbicie 100 % razem z DLC i nie będę oryginalny w tym momencie pisząc, że było warto. The Messenger to wspaniały indyk i must play!

 

ndl

ndl

First time?

Może Cię również zainteresować: