The Legend of Zelda: Majora’s Mask

Share

Przyznam, że ciężko było mi się zabrać za tekst o tym tytule. W jaki sposób oddać wszystkie smaczki, emocje towarzyszące tej części i co najważniejsze klimat, który pochłonął mnie w pewnym momencie całkowicie. Zapewne w stanie nie jestem oddać tego w słowie pisanym, ale przynajmniej się postaram. Załóżmy więc maski, karnawał się zbliża.


Na początek wydanie ogrywane przeze mnie, w PAL wersji na GC, która była w składance: 

 

 

Witajcie, jestem Jim i należę do Tajnego Stowarzyszenia Sprawiedliwości (Bombers Secret Society of Justice), nie przejmujcie się to tylko tak groźnie brzmi. Tak naprawdę razem z członkami tego zgrupowania staramy się pomagać ludziom w naszej kochanej mieścinie położonej w świecie Termina. Zbliża się karnawał, dokładnie za trzy dni przeżyjemy wspaniałe chwile ciesząc się życiem i dziękując czterem bogom za pokój w naszym królestwie. Przynajmniej tak mi się wydaje, ponieważ od kilku dni groźnie wyglądający księżyc przyglądający się swoimi wielkimi oczami królestwu cały czas zbliża się do ziemi – jakby powoli upadając, aby nas wszystkich zabrać ze sobą. Oczywiście jako lider tajnego stowarzyszenia z kryjówką prowadzącą do obserwatorium, próbuję coś w tej sprawie zaradzić, ale zdania ogólnie są podzielone. Jedni twierdzą, że nic złego się nie może stać, jak to księżyc spadający w centrum miasta? Drudzy jednak coraz bardziej wpadają w panikę i boję się, że karnawał w tym roku się nie odbędzie…

Majora’s Mask rozpoczyna się kilka miesięcy po wydarzeniach z Ocariny i nasz Link wyrusza dzielnie w poszukiwaniu swojej przyjaciółki i nawigatorki z pierwszej części o wdzięcznym imieniu Navi. Niestety podczas podróży Ocarina zostaje skradziona przez dziwnego drewniaka z maską, wpadamy w pogoń za psotnikiem i kończymy marnie, bo zostajemy przemienieni w drewnianą kreaturę z lasu nazywaną w uniwersum gry – Deku Link. Na dodatek podążając dalej, trafiamy do miasta położonego w samym centrum świata Terminy (która jest alternatywnym światem Hyrule) gdzie przyjdzie nam poznać sprzedawcę masek, przerażającego typka informującego nas, że jakiś złodziej ukradł mu ukochaną maskę i musi ją odzyskać. W zamian za to nauczy naszego bohatera, jak przywrócić jego normalny wygląd. Pierwsze trzy dni to prolog i Link jeszcze nie wie, że właśnie przekroczył próg cykliczności, która skończy się dopiero przy pokonaniu naszego psotnika i zapobiegnięciu upadku księżyca na ziemię. Czas ucieka nieubłaganie, a mamy na to tylko trzy dni.

 

 

Trzy dni, które dzięki Ocarinie będziemy w stanie powtarzać w nieskończoność. Tak postaramy się rozwikłać zagadkę maski, którą pragnie nasz przerażający sprzedawca, tak też spróbujemy zapobiec nieuchronnej wydawałoby się zagładzie. Jest na to jednak sposób, a są nimi czterej bogowie, których trzeba sprowadzić do miasta aby zatrzymali księżyc. Wyruszamy więc w cztery strony świata powtarzając nasz cykl do bólu, aż uda nam się ich wszystkich uwolnić.

Tak mniej więcej zaczyna się historia i taki jest cel podróży Linka w tej części, nie uraczymy tutaj Zeldy –  za to magiczny, przerażający, pełen abstrakcji i dramaturgii świat, przypominający mi często o filmach Burtona. I to co siadło mi najbardziej to właśnie uniwersum gry. Świat pełen czarnego humoru, przybierania masek i czterech bogów w postaci tytanów. Mitologia gry jest na tyle rozbudowana, że każdy smaczek, dodatkowy content w postaci misji pobocznych tworzy niesamowity klimat. Ale o tym za chwilę.

Majora wychodzi 2 lata po legendarnej Ocarinie, bazuje w sumie na tym samym silniku gry, ale jest w pełni 3D. Prowadziło to do konieczności posiadania Expansion Paka na Nintendo 64. Expansion Pak to dodatkowa pamięć RAM wciskana w przednie wejście konsolki. Ja ogrywałem grę na GameCube, w wersji którą możecie obejrzeć z zdjęć na początku tekstu. Konsekwencją tego jest wiele podobieństw do poprzedniczki, spotkamy postacie z Ocariny (uśmiałem się widząc dwie wiedźmy, które były bossami w Ocarinie), będziemy korzystać z tych samych rzeczy ekwipunku jak Hookshot, Ocarina, łuk, Master Sword, tarcza itd. Mechanika gry pozostaje w tym wypadku niezmienna. Jednak pojawia się tutaj nowość, są nimi zakorzenione w mitologii gry jako symbole pewnych cech człowieczeństwa, emocji, czy wierzeń – maski. Link będzie mógł przybierać dzięki założeniu takowej na przykład nową postać. Tak więc podstawowe maski, które są obowiązkowe w grze zamieniają nas w jedną z czterech ras jak Goron, Deku itd. umożliwiając dotarcie do wymaganych dungeonów w fabule oraz dają nam interesujące możliwości jak skakanie po liściach w formie Deku, turlanie się w zatrważającym tempie jako Goron, czy pływanie pod wodą w formie Zora. Co jest świetne, każda z podstawowych masek daje nam również inne instrumenty, na których będziemy odgrywać znane już z pierwszej części (ale nie wszystkie) utwory. Tak też jako postać Zora będziemy grali na gitarze, jako Goron na bębenkach, jako zwykły Link na Ocarynie. Motyw ten zostanie dogłębnie i logicznie wykorzystany w niektórych miejscach fabularnych jak i misjach pobocznych. Pierwsze Zeldy 3d stoją muzyką oraz jej wykorzystaniem podczas gry i to jest piękne w tych częściach.

 

 

Dodatkowe maski, których jest 21 uzyskamy zagłębiając się w uniwersum gry i nie lecąc na przypale do napisów końcowych. Niektóre są dosyć proste w zyskaniu, ale potrafią też być takie na które potrzeba aż trzydniowego questa i skupienia się wyłącznie na nim, najlepiej porzucając wątki fabularne. Mowa tutaj o Anju & Kafei quest, po którym dopiero zapaliła mi się żarówka z tyłu głowy i uświadomiłem sobie z jak wielkim tytułem w historii gierek mam do czynienia. Pobieżnie, jest to quest w którym próbujemy pomóc młodej parze stanąć przed kobiercem. Niestety zniknął pan młody trzy dni przed samą ceremonią ślubu! Postaramy się tę zagadkę oczywiście rozwiązać i nie będę tym co mają zamiar kiedyś ograć tę część niszczył wrażeń więc następne zdania do końca akapitu możecie odpuścić. UWAGA SPOILER: Okazuje się, że nasz pan młody został przemieniony w dziecko i tak przez trzy dni próbujemy najpierw się z nim skontaktować w świetny sposób wykorzystując pocztę i listonosza, następnie po skontaktowaniu się pomóc mu przywrócić oryginalną formę. Niestety będzie to możliwe tak naprawdę dopiero po pokonaniu głównego złego, więc quest kończy się wstępnie tak, że w ostatnich minutach trzeciego dnia tuż przed samą zagładą młodzi w końcu spotykają się w pokoju i tuż przed samą tragedią biorą ślub. I teraz wyobraźcie sobie jak pięknie to wszystko współgra, w ostatnich pięciu minutach trzeciego dnia zawsze odpala się ten sam utwór przewodni i zaczyna odliczanie na dole ekranu. Utwór tak dobry, że często czekałem do ostatniego dnia i do odpalenia odliczania aby posłuchać go przez 3 – 4 minuty i cofać ponownie czas Okaryną. W tej pełnej dramaturgii chwili stajemy się świadkami ostatniego połączenia młodych w odpowiednich maskach i żegnamy się z nimi zostawiając ich w tej linii czasowej na śmierć w objęciach. Coś niesamowitego! Oczywiście cały quest kończy się podarowaniem nam opcjonalnej maski, dzięki której zyskamy kawałek serca na przykład. Ta historia pozamiatała mną podłogę i chociaż to najdłuższy i najbardziej skomplikowany quest w grze, to warto to zobaczyć na własne oczy i poczuć tę magię. Jeszcze te uderzające dzwony w utworze ostatnich pięciu minut gry!!!! Co ciekawe całe zadanie można rozegrać jeszcze inaczej, aby zdobyć drugą maskę w tym przypadku, ale to już zapewne poznaliście bądź poznacie sami podczas grania. Do odsłuchania tego wprawiającego w stan najwyższych lotów utworu zapraszam niżej. Koji Kondo chyba miał wizję życia podczas komponowania. Jeżeli kiedyś miałoby dojść do apokalipsy, to będzie nam przygrywał w ostatnich chwilach, informacja potwierdzona przez Nintendo. KONIEC SPOILERA.

Opcjonalne maski pomogą nam w wielu przypadkach ułatwiając grę w postępie fabularnym, przy tym zadania w celu ich zdobycia są niesamowicie ciekawe i poszerzają nam wiedzę na temat świata. Świata, który kryje przed nami tony miodu i naprawdę zabierając się za Majora’s Mask spróbujcie zdobyć je wszystkie. Nagroda jest wielka, bo oprócz świetnych, niezapomnianych chwil z tym tytułem zyskacie na końcu ostatnią maskę przemieniającą nas wręcz w superbohatera i ta forma Linka to chyba najlepsza rzecz jaka spotkała całą serię. Niezapomniany moment. A dodatkowe questy są przecudowne, tylko tutaj uratujecie krowę przed najazdem kosmitów na farmę!!!

Po powtarzaniu cyklu trzech dni aż do samego końca gry w końcu zaczniemy sobie uświadamiać i zauważać życie w mieście. Pamiętacie motyw z Shenmue, kiedy każdy z mieszkańców miał przypisaną rolę i plan dnia? Tutaj mamy dosłownie to samo. Każda z postaci pojawia się w odpowiednich miejscach o danej porze dnia, rozpoczynając cały cykl na nowo. I tak jak w “Dniu Świstaka” w końcu do tego przywykniemy. W połowie gry zacząłem latać np. za listonoszem i innymi postaciami w mieście poznając ich całą podróż przez ostatnie trzy dni przed apokalipsą. Pierwszego dnia zauważymy na przykład małego chłopca w masce, który z rana udaje się do skrzynki pocztowej, aby wysłać list do ukochanej. Chwilę później stojąc tam zauważymy listonosza odbierającego ten list i biegnącego przekazać go ukochanej młodego. To miasto żyje i w końcu po niekończącym cyklu powtarzania się tych samych dni będziemy w pełni świadomi gdzie i o której jest dana postać w danym momencie. To implikuje również podział na dzień i noc oraz to, że do niektórych miejsc możemy dostać się wyłącznie w nocy bądź za dnia.

Przez motyw z powtarzaniem trzech ostatnich dni w nieskończoność Majora’s Mask przez pierwsze godziny staje się niezwykle trudna w odbiorze i wydaje się bardzo skomplikowaną grą. I taką w sumie jest. Dopiero gdzieś po 10 – 15 godzinach gry zacząłem poruszać się swobodnie po mapie, wiedząc co i jak działa. Wyobraźcie sobie jak różną i zarazem podobną jest w tej sytuacji Majora’s Mask w porównaniu do Ocarina of Time. Pierwsze wrażenia pozwalają nam myśleć, że to znowu to samo i poczuć komfortowo, ale nagle przychodzi odliczanie trzech dni i zaczyna się panika. Boże, przecież w Ocarinie nie było czegoś takiego! A jak coś pominę?! Czy wszystko dobrze zrobiłem!? To pierwsze myśli jakie przyszły do głowy podczas pierwszego odliczania i tak zwanego prologu. Z czasem nauczymy się spowalniania czasu, przyśpieszania oraz oswoimy się z całą nomenklaturą mechanik rządzących tytułem. Jednak wymaga to od nas zaangażowania i nic łatwo w tej kwestii nie przyjdzie, a to w dzisiejszych czasach potrafi być niestety barierą nie do przebicia wśród graczy. A szkoda, bo ta presja czasu oraz założenie nam kajdanek pośpiechu są wyłącznie iluzoryczne i tak naprawdę po pierwszych prologowych dniach oraz większym zapoznaniu się z uniwersum zaczynamy łamać barierę, przez co większość rzeczy staje się łatwa oraz przyjemna.

Koji Kondo od lat pracuje z Nintendo i komponował muzykę do takich serii jak Mario, Zelda czy Star Fox. Legenda w branży, a jego pierwszym tytułem przy którym pracował był Punch-Out!! z 1983 roku. W Majora’s Mask odnajdziemy bohatera stworzonego na jego podobiznę. Jest nim sprzedawca map, który bardzo chciał zostać wróżką i po całym świecie lata przyczepiony do balonu w tym przebraniu. Co ciekawe w grze spotkamy ojca Tingle’a, który nie jest dumny z syna w tej kwestii i można się nieźle uśmiać w tym przypadku.

 

 

Wersja na GC potrafiła ładnie w niektórych momentach przyciąć, wygląda prawdopodobnie lepiej niż na N64, ale to dalej ta sama gra bez większych zmian. Rimejk na 3dsie to już inna bajka i doszło tam nawet do zmian patentów na bossów oraz ułożenia dungeonów. Same lochy w Majorze są dopieszczone maksymalnie, oczywiście w pełni bazując na logice. Znajdziemy również w grze wiele odniesień do Ocariny jak zbieranie emblematów za zabicie pająka, tylko że w o wiele mniejszej skali niż miało to miejsce w poprzedniczce. Co ciekawe każdy z bohaterów, których maski przybierzemy w fabule odchodzi do drugiego świata, więc tak naprawdę nasz Link biegnie do celu po trupach. Ostatecznie jednak nie ma co się martwić i wszystko damy radę naprawić :). Finalnie możecie nabrać również nieprzyjemnego wrażenia bycia obserwowanym, wystarczy spojrzeć w górę podczas gry aby zanotować, że ciągle przygląda się naszym poczynaniom Księżyc. Wlepiając swoje wścibskie oczodoły i przerażający uśmiech. Wydarzy się też tak, że nie zdążymy zrobić wszystkiego po ukończeniu jakiegoś dungeonu, np. nie zbierzemy wszystkich serc poukrywanych po pokonaniu bossa w lochu, jeżeli nie wyrobimy się w czasie to będzie trzeba pokonać go jeszcze raz, aby odblokować kontent “polochowy” gdzie często dochodzi do zmiany przyległej do lochu krainy. Ułatwieniem jest jednak brak potrzeby ponownego przechodzenia całej lokacji i dostajemy wtedy teleport zaraz do bossa. W lochach czekają na nas oprócz klasycznych zagadek – poukrywane po kątach wróżki. Zbieranie ich (zawsze jest ich w lochu 15) i oddawanie w odpowiednim miejscu (motyw z Ocariny, gdzie przy odnalezieniu fontanny z wróżkami mogliśmy zostać dopakowani) przyniesie nam dodatkowe umiejętności, ostatecznie nawet przekozacki miecz! Zarządzanie więc czasem i zdroworozsądkowe podejście oraz plan działań jest wręcz wymagany podczas szpilania.  Wiele rzeczy na żywca wyciągnięto z Ocariny, więc nie ma sensu powtarzać tego co napisał już dla nas Valoo w tekście o Ocarina of Time, często są to co najwyżej aranżacje poprzednich pomysłów zaimplementowane na nowo.

 

 

O cholera, to już ostatni dzień, a ja tutaj piszę jakieś emocjonalne brednie na temat gierki! Spokojnie, w razie czego zagram na Okarynie i cofniemy czas do początku tekstu. W Majorze spędziłem bite 50 ponad godzin, masterując ją w zupełności, zdobywając wszystkie serca, lokując rupi u bankowca w postaci 7 tysięcy, odbębniłem wszystkie misje poboczne delektując się dla mnie jednym z najlepszych światów jakie miałem okazję sprawdzić, zdobywając przy tym wszystkie maski i w pełni myślę rozumiejąc założenia gry. Majora’s Mask to bliźniacza siostra Ocarina of Time, ale ta introwertyczna, na dodatek z ciemną stroną. Te dwie gry są właśnie jak siostry, jedna myśli o podróżach, epickiej walce dobra ze złem i ratowaniu świata, druga już nie widzi go w biało czarnych barwach często bezpardonowo uderzając w najgłębsze myśli naszej cywilizacji i zachowań jednostki jak i tłumu. To ta smutniejsza połówka, która musiała sobie poradzić z popularnością “lepszej siostry”. Robiąc to w dziwaczny, ciężki na początku do przetrawienia i zrozumienia dla odbiorcy sposób. Jednakże po zapaleniu się odpowiedniej lampki w umyśle to właśnie ta ciemniejsza strona staje się wybitną. Czy można pokazać dramat i horror jednostki bez rzucania hektolitrami krwi? Tak i Majora’s Mask robi to doskonale.

 

 

ndl

ndl

First time?

Może Cię również zainteresować: