Tańczący z gierkami #2019

Share

Znowu te niepotrzebne podsumowania, jakby kogokolwiek obchodziło co się wyrabiało przez cały rok pomyślał następny obywatel tego skrawka ziemi z niebezpodstawną awersją. Dobrze myślisz przyjacielu, ale dzisiaj będziemy tańczyć, tańczyć z gierkami cytując jednego klasyka na kanale YouTube. Zapraszam, trochę mi to zajęło, ale długo zabierałem się za ogarnięcie półek aby przy okazji nastrzelać trochę fotek. Japońscy naukowcy już dawno udowodnili, że nic nie przynosi takiego ukojenia dla zbłąkanej duszy, jak pięknie wydany plastik z gierką. 


Nie będę rozpisywał się na temat ogranych gier osobno, było ich 66. Ajjjj jeszcze jedna szóstka i byłoby bingo. Od molochów, gdzie reprezentują je w większości JRPG po szybkie strzały, jak shmupy i gry arcade. Nie zwykłem liczyć godzin i lat, więc niestety chyba na tym statystyka się kończy w tym tekście, a i bardzo dobrze bo to nie wykład z królowej nauk. 

1 czerwca wystartowaliśmy z projektem CP, z założeniem o undergroundowym klimacie, gdzie radość i frajda z grania oraz dzielenia się swoimi wypocinami z odbiorcą będą w jakiś sposób zachęcały go do gry, przywracały wspomnienia z szpila, który ograł x lat temu, czy pozwolą uzyskać ciekawe informacje na temat danego tytułu. Nie ukrywam, że od początku zakładaliśmy (w sumie to zaszantażowałem ekipę, że jak zobaczę kategorię niekonsolową, to będę strzelał) stworzyć miejsce, w którym będzie można znaleźć interesujące (mam nadzieję) teksty na temat konsolowego grania. Wydaje się dzisiaj, że to przeżytek i może to prawda, ale kto nam zabroni marzyć, materiału z samego konsolowego świata mamy na tysiąc lat jak nie więcej, więc tylko zakasać rękawy! Z drugiej strony, nie chodzi o jakąś z góry założoną wojenkę z platformą PC, po prostu chcieliśmy skupić się wyłącznie na tym co uwielbiamy, a jest tym giercowanie na tych małych, zgrabnych niczym pośladki Samus konsoletach! Połowa ponad gier, w które zagrywaliśmy się z dziewczyną (tak, ona też szpila jak szalona, patologia) została w jakiś tam sposób opisana przeze mnie i opublikowana na stronie, więc nie ma sensu abym jeszcze raz nad tym dumał i tworzył następne wiekopomne epitety przywołujące na myśl największe monologi w historii cywilizacji (tak duński królewiczu, do Ciebie biję).

Rok rozpocząłem od bomby na PS4 jaką był Dragon Quest XI, staro szkolny, trzymający się twardo swoich założeń jrpg, którego raczej nikomu nie trzeba przedstawiać. Świetne postacie, klasyczna turówka z poszerzającym fabularnie true endingiem, który może nie jest czymś odkrywczym w dzisiejszych czasach, ale na pewno dalej potrafi zagrać na emocjach. Następnie chowałem się za ścianami i nie, nie grałem w Girsy, a w Last Story na Wii, które okrzyknięto jedną z “świętej trójcy” na tę zacną konsolkę (obok Xenoblade Chronicles i Pandora’s Tower). Ciekawa mechanika z bardzo przewidywalną historią, która wręcz pozostawiła spory niedosyt i gdyby to jeszcze zagrało jak powinno byłoby blisko ideału. Po takich molochach przyszedł czas na odpoczynek, poleciał więc shmupik wydany po “śmierci” konsoli na Dreamcasta, pod tytułem Sturmwind, graficznie to bomba i bałem się, że wybuchnie mi mój kochany el makarone. Reszta, no cóż po prostu jest tak jak powinno. Upewniłem się przy tym, że gry nieważne jakie by nie były, wydawane nieoficjalnie po śmierci konsoli nie robią na mnie jakiegokolwiek wrażenia i zupełnie to nie mój klimat. Było strzelane to trzeba pomachać pięścią, a tutaj najlepiej sprawują się bit em apki! Kocham ten gatunek mimo swoich ułomności i powtarzalności w wielu aspektach. Na ruszt wleciały Final Fight i Warriors of Fate, dzięki składance Capcomu wydanej na Pstryku. Zakupiłem nawet pod nią arkejd sticka. Szkoda, że Capcom dał ciała z graniem online, przez co z Janą nie daliśmy rady komfortowo oklepać kilku cwaniaków. Fun fakt, na początku roku przyjechał na ferie zimowe mój młodszy brat, który jest raczej z pokolenia Minecraftowego, chłopak myślał że sobie pociśnie w spokoju od matuli i ojca w giereczki onlajn, a tutaj dostał arkejd sticka w łapę i odpalamy gierki z lat 80 – 90 ubiegłego stulecia! Po dwóch dniach chciał uciekać i musiałem dopuścić chłopaka do internetów :).

W końcu premiera rimejku Resident Evil 2, który potrafił nadać dozę grozy, czego brakowało oryginałowi. No i na tym koniec, bo Capcom spaprał scenariusze i poszedł trochę na łatwiznę. Mimo wszystko było jaranko, chociaż twardo walczę na discordzie z ekipą, że Kamiya zapoczątkował strzelankowe Residenty zamiast opresyjnego surwiwalu, co widać już jasno w późniejszej ewolucji serii i pogubieniu się w sumie w kanonie. Po rimejku Residenta przyszedł czas na chwilę arkejdowego odlotu, a były nim wydane w pudle 3 części Psikyo Collection z wszystkimi shmupami od chłopaków Nakamury. Latałem maszynami bojowymi w Strikers, na miotle w Gunbird, czy śmigłowcem w Zero Gunner, naprawdę kawał świetnego materiału wydanego na Switcha, z całą prawie groteką tego zapomnianego już dewelopera. Za namową dziewczyny ruszyliśmy w świat Kingdom Hearts, niech Bóg ma w was opiece, nigdy nie próbujcie takich rzeczy. Śniły mi się myszki Miki, do kolegi w pracy odezwałem się per Donald, ale udało się ograć wszystkie części wydane w kolekcji na PS4 oraz najnowszą część, która miała wiele wyjaśnić, a otworzyła jeszcze bardziej to bezlitosne dla odbiorcy uniwersum.

Po tak wyczerpującym maratonie, chwilę relaksu przyniósł piękny stylistycznie shmup pod tytułem Shikhondo od Koreańczyków umiejscowiony w świecie azjatyckich demonów i złych bóstw. W końcu przyszedł czas na Mini Snesa, na ruszt poleciały takie klasyki jak Link to the Past, który wciągnął mnie w momencie, kiedy wlatujemy do alternatywnego świata, stajemy na piramidzie i odpala się jeden z utworów przewodnich tej części, coś niesamowitego! Idąc za ciosem po ukończeniu odpaliłem zaraz Super Mario World, piękny szpil i chociaż bez rewolucji, to zamki z duchami zapamiętam chyba już na wieki! Po dłuższym posiedzeniu przy małym Snesie, pozwoliłem pokazać się Czarnulce i w napędzie PS2 wleciało Shadow of Memories, sporo osób krzyczało przy tym tytule “Panie! To już niegrywalne!”, kłócić się nie będę, ale… Ma naprawdę unikatowe i ciężkie przez to w odbiorze po latach patenty, multum zakończeń i ciekawie rozwiązane spojrzenie na alternatywne linie czasowe oraz efekty przy zmianie naszych czynów. Jakoś w czasie ukończenia Shadow of Memories, Capcom rzuca następną bombą i szybko przewracam nogami w celu dotarcia do lokalnego sklepu po swoją kopię Devil May Cry 5, po zrozumieniu jak głęboki jest system w nowej części mojej ulubionej serii slasherów, postanowiłem że go zmasteruję… no i walczę w tym wypadku dalej :), więc mam nadzieję, że w końcu wlecą wszystkie S na każdym poziomie trudności. Gra, która otwiera się dopiero po kilku przejściach i odblokowaniu wszystkich combosów, to co robią mistrzowie na YT w kwestii miodnych akcji i jak bawią się mechaniką gry to jest po prostu coś niesamowitego. Dla mnie jedna z gier roku. Chociaż V staje się po kilku przejściach niezwykle irytujący i skierowany jest raczej do niedzielnego gracza, tak jak automatyczne combosy… kto to wymyślił?!

W końcu przyszedł czas na bit em ap z krwi i kości, ale w 3D i tutaj padło na sztos pt. Zombie Revenge polecanego przez Janę. Niezwykle trudny i bezlitosny, ale jak pięknie oddający ducha konsolowego grania! Coś niesamowitego i śmiało będę wymieniać go wśród najlepszych gier wydanych na ostatnią konsolę Segi. Oczywiście jest to port z automatów. Zaraz po ograniu zemsty zombie rzuciłem się na następną bitkę Capcomu, tym razem padło na Battle Circuit, który jest przemiodnym szpilem z chyba najlepiej rozbudowaną mechaniką w bitkach chodzonych od Capcomu.  Długo nie było jrpga, co nie? No to proszę, nie samym obijaniem ludzkich facjat człowiek żyje, więc postanowiłem sprawdzić jak się sprawy mają w show biznesie, odpalając Tokyo Mirage na Wii U. Bardzo ciekawy tytuł estetycznie, muzykalnie (w szczególności) z udanym połączeniem serii Shin Megami Tensei i Fire Emblem. Jak to zwykle bywa, zostałem dłużej jeszcze przy tej konsolce i od razu wleciał Project Zero V: Maiden of Black Water, która nie jest taka zła jak wróbelki ćwierkają i śmiało można się przy niej dobrze bawić, chociaż nie jest to ta sama półka co poprzedniczki, to dla takiego fan boja serii jak ja potrafiła w kilku miejscach ukontentować.

Jakoś w połowie roku ruszyłem z dziewczyną do Krakowa w celu pogrania na automatach w tamtejszym “muzeum” arcade. Ograliśmy tam legendarną bitkę od Capcomu pt. Cadillacs & Dinosaurs oraz Die Hard Arcade i Jurassic Park arcade. Resztę automatów jedynie liznąłem i niestety nie było już czasu poświęcić im więcej atencji. Jak to bywa po grach arkejd ruszyłem z następnym jrpgiem i to jeden z najlepszych momentów growych w tym roku, bo padło na Shadow Hearts (dzięks za nakręcenie na ten tytuł Dajz), które jest na tyle klimatyczne i potężnie dobre, że zaraz polecieliśmy z dziewczyną (najpierw zaopatrując się w kopię gry) z bezpośrednią kontynuacją. Po takich sztosach wleciało Okami, czyli Zelda bez Linka, a z Bóstwem w skórze wilka! Na dodatek możemy skakać! Piękny szpil i mimo tych “chmerów bajerów” co tam przeszkadzają tak bardzo społeczności graczy, że nie dawali sobie rady z prologiem bo za długi i bolały ich uszy, warto poznać ten świat. Kamiya, coś ty wyrabiał w gierkowni w najlepszych latach to ja nie mam pytań.

 

Po Okami, przyszedł czas na Nintendo. Genialnie przedstawiający samotność i apokalipsę tytuł w stylistyce anime pod tytułem Fragile Dreams na Wii, następnie premiera Fire Emblem: Three Houses i Astral Chain. Oj wtedy było gorąco na linii Nintendo i już człowiek nie wiedział za co się łapać. W końcu musiałem chwilę odpocząć od konsol asów z Kioto i rzuciłem się na Glass Rose, na który nakręcił mnie Ciwas i chwała mu za to, bo tak niecodziennego point ‘n clicka z oryginalnym systemem “tekstówek” jeszcze nie widziałem, na dodatek wszystko w sosie kryminału i poszukiwania mordercy w wielkim domostwie! Uwielbiam takie klimaty. Nadszedł dzień, kiedy w końcu do Katowic zawitał Saturn, postanowiłem kupić tę konsolę w regionie ntsc – j, ze względu na większy potencjał tytułów oraz o wiele niższe ceny w porównaniu do wydań europejskich bądź amerykańskich. Pierwsza gra do konsoli to Burning Rangers i nie dało rady czekać dłużej, żeby odpalić nowy sprzęt i przejść szpila. Jedna z ostatnich gier na Saturna, na dodatek od twórców Sonica, więc jest szybko, jest dynamicznie i głód nowej konsoli został na chwilę zaspokojony. Tuż po niej wleciałem na jedną z fajniejszych bitek chodzonych w ostatnich latach, uroczą River City Girls, z jedną z najlepszych ścieżek audio w tym gatunku. Po ograniu tego bit em apa, przyszedł czas na marzenia, czyli jedyny w swoim rodzaju Dreamcast! Padło na Jet Set Radio, które tak mną pozamiatało, że wsiąknąłem na dobre i obudziłem się kilkadziesiąt godzin później, ależ to było dobre! Już miałem odpalać następną grę na tę konsolę, ale w tym czasie jakoś wyszło na nowe konsole AI: The Somnium Files, udało się dosyć szybko znaleźć fajną ofertę i wleciała ta dziwaczna, pełna twistów i przy tym na wskroś japońska nowelka. Głód na ten gatunek został zaspokojony, a ja ponownie ukontentowany. Po niej przyszedł czas na bibliotekę od Toaplan, wleciały takie arkejdówki jak Batsugun, Hellfire, Zero Wing, Tiger Heli i OutZone. Po takim maratonie wleciała następna premiera tego roku, Death Stranding od Kojimbo, po którym śmiało na przyszłość mogę zakładać, że znajdę w razie czego pracę jako kurier, bo szkolenie mam już dzięki grze ukończone. Tuż po niej wpada następna premiera, czyli następna część mojej ukochanej gry pod tytułem Shenmue. Shenmue 3 dało sporo radości i nawet byłem blisko uzbierania wszystkich kwiatków na polankach, co wstępnie wydaje się prawie, że niemożliwe. Utwierdziłem się w przekonaniu, że naprawdę mam słabość do tej serii i jest to jeden z najlepszych tytułów w tym roku, ajjjjjjjjj i ta końcówka, coś pięknego!

Po gierkowaniu na nowych konsolach wracam do Mini Snesa, aby dokończyć napoczęty już Earthbound, przegenialny szpil z wyobraźnią, który zasługuje na kult, jaki wokół niego się przez lata wykreował. Po ukończeniu wpadła szybka partia w Pretty Soldier Sailor Moon, czyli jednej z najlepszych gier w uniwersum Czarodziejek z Księżyca, chociaż fanem nie jestem to zainteresowała mnie informacja, że jest to bitka chodzona. Gdzieś w tym czasie wymasterowałem Crazy Taxi na ukochanym Makaronie i mimo, że miałem okazję pograć na oryginalnym automacie, dalej wolę wersję jedyną prawilną czyli na Dreamcasta. Kenji Kanno to bóg! Końcówka roku to wrzucenie jeszcze większego biegu, dzięki składance na pstryku wchłaniałem świat wampirów i koksów, ogrywając każdą z platformowych Castlevanii, rozpoczynając od klasycznej trylogii i kończąc na wydaniu Chronicles na PSX, gdzie mamy ostatnią dopicowaną platformową Zamkownię w serii. Potem mini maratonek z Resident Evil, najpierw wpadła zaległość do ogrania w postaci Resident Evil 0 i gra od razu wlatuje do mojej topki resów, bo jako jedyna po pierwszej części przez założenia utrudniające grę (brak skrzyń, wymiana przedmiotów między dwoma postaciami) potrafiła wzbudzić podczas eksploracji ten opresyjny klimat z ukochanej jedyneczki. Potem idąc za ciosem odświeżyłem sobie Resident Evil 3: Nemesis, udało po latach odkryć się coś nowego, czego nie widziałem katując pirata na szaraku za dzieciaka. Wersja na GC to najlepszy możliwy RE3 i cieszę się, że udało się go ściągnąć z UK! Rok dosłownie skończyłem masterując drugą grę na Segę Saturn, czyli Last Bronx od Segi oraz zachwycając się miodnością celowniczka gry z N64, pod tytułem Sin & Punishment od Treasure, jakież to było dobre!

Większość gier ogrywanych udało się w jakiś sposób opisać na stronie, reszta trafi zapewne niebawem jak czas pozwoli. Więc materiału mam sporo i to napawa optymizmem. Oprócz konsekwentnego zbierania gierek udało się też w ferworze walki poszerzyć tantiemy okołogrowe, jak kilka ciekawych książek, których materiał znajdzie się również w najbliższych tygodniach na stronie oraz powiększyć kolekcję winyli z ostkami z gier. No to by było na tyle, jak widać gierki stały się trochę częścią życia, jedni w wolnym czasie oglądają seriale na Netflix, drudzy odpalają telewizję, ja cały czas staram się poświęcać czas na poznawanie meandrów konsolowego gamingu i mam nadzieję, że rok 2020 będzie jeszcze lepszy w tym sensie! Plany na ten rok? Ogrywać sztosy dalej, zachwycać się tym hobby jak poyebany i poszerzyć rodzinkę konsol o Nintendo 64, nowe GBA SP (które jest już w sumie w drodze) i Xboxa Classic. Dokooptowywać następne gierki na wybrane platformy i co najważniejsze walczyć po nocach z tekstami na Crossa. Trzymajcie się!

Foty wyszły jakie wyszły, nie mam do tego głowy :). W razie czego zapraszam na profil w vgcollect.

 

ndl

ndl

First time?

Może Cię również zainteresować: