Tales of Arise | Recenzja | Cross-Play
Home KonsolePS4 Tales of Arise

Tales of Arise

Kerrou

Jako ogromny fan marki Tales of, czekałem na premierę Arise niesamowicie, martwiąc się jednak długimi brakami informacji. Czy ta zapowiedziana w 2019 roku i wychodząca dopiero teraz gra, okazała się rzeczywiście tak ogromnym krokiem naprzód dla serii, na jaki pierwotnie się zapowiadała?


Pierwszy zwiastun Tales of Arise (zaprezentowany nam w trakcie prezentacji Microsoftu na E3 2019) nie mówił wiele. Tak jak „wycieknięte” wcześniej screeny, robił on wrażenie niesamowitą — jak na standardy marki — oprawą wizualną. W końcu zdecydowano się porzucić przestarzały silnik, napędzający ostatnie odsłony serii, decydując się na przesiadkę na Unreal Engine 4. Mieliśmy dostać płynne przejścia do starć, większe lokacje, bardziej realistyczną grafikę i unowocześniony, przyjemniejszy system walki.

O fabule siłą rzeczy nie można było wtedy za wiele powiedzieć. Dwie planety, Dahna oraz Rena, z których mieszkańcy tej drugiej wykorzystują niewolniczo tych pierwszych, a we wszystko to zamieszana jest dwójka głównych bohaterów, czyli Alphen i Shionne. Założenie mnie porwało, tym bardziej że to dalej Talesy, a jakość historii w tych grach to istna sinusoida. Po dwóch niesamowicie dłużących się latach oczekiwania, w końcu 10 września przyszło mi położyć łapy na Arise, a kilka dni temu — po niecałych 57 godzinach — ujrzałem napisy końcowe. To jak, dostaliśmy w końcu ten zasłużony „upgrade”, czy to dalej stare — ale wciąż dobre — Talesy?


Tales of Arise | Recenzja | Cross-Play


Jak już wspomniałem w poprzednim akapicie, fabuła najnowszej odsłony Talesów orbituje wokół dwóch planet. I tak oto ludzie na Renie są o wiele bardziej rozwinięci technologicznie, wykorzystując mieszkańców Dahny jako tanią siłę roboczą. Nie ma co ukrywać – Dahnanie są po prostu niewolnikami Renan. Jedną z takich osób jest bohater, w którego przyjdzie nam się na samym początku wcielić. Alphen (przez kilka pierwszych godzin gry znany jako Iron Mask, z powodu charakterystycznej maski, która zakrywa całą jego twarz), poza dosyć specyficznym nakryciem głowy cechuje się jeszcze jedną rzeczą, mianowicie nie czuje on bólu. Wszystko może go zranić, może też umrzeć, ale jak sam wspomina, gdyby nie pomoc współwięźniów, dawno wykrwawiłby się w jakimś rowie.

W wyniku zbiegu okoliczności, w kilku pierwszych minutach gry ratuje on z pociągu pochodzącą z Reny Shionne i dołącza do ruchu oporu. Jak jego cechuje brak możliwości odczuwania bólu, tak Shionne rani każdego, kto tylko jej dotknie. Ukrywa ona także inną tajemnicę — posiada zaklęty w sobie rdzeń, który umożliwia jej zmaterializowanie się potężnego ognistego miecza. Nikt jednak poza Alphenem nie jest w stanie z niego korzystać, oboje łączą więc siły i wyruszają w celu zdetronizowania pięciu rządzących Dahną renańskich Lordów.



Chciałbym w tym miejscu zacząć zachwalać fabułę Tales of Arise, ale zwyczajnie nie jestem w stanie. Początki zapowiadały się dość sztampowo i to absolutnie mi nie przeszkadzało. Akcja i tak ruszyła z kopyta o wiele szybciej niż w wielu innych odsłonach, czy też przedstawicielach gatunku. Od samego początku coś się tutaj dzieje, ku czemuś dążymy, wiemy co i jak chcemy osiągnąć. Gdyby na tym próbować podbudować całość, mogłoby być naprawdę dobrze, Talesy w końcu lubią zaskakiwać graczy z czasem.

No cóż… nie tym razem. Fabuła to sztampa na sztampie, a im dalej w las, tym gorzej. Plot-twisty są albo cholernie przewidywalne (jak chociażby wątek Zaphyra i Lawa), albo tak wymuszone i nudne, że aż momentami chwytałem się za głowę. Jest tutaj taki moment, kiedy można by pomyśleć, że gra się skończy, każdy jednak, kto zagrał w życiu w więcej niż jednego jRPG (a jak były nim jakieś Talesy, to już w ogóle), z marszu domyśli się, że nie może być tak prosto. No i racja, nie jest, a startując od tego momentu fabuła gry wywala się na, za przeproszeniem, swój głupi ryj i już nie wstaje aż do samego końca, a kulminacja jeszcze dodatkowo przeciąga leżącą na łopatkach historię po betonie. Serio, kto coś takiego zatwierdził, zaklepał, dopuścił? Z dosyć prostej — ale całkiem sympatycznej — opowieści, która poruszała ciekawe i momentami całkiem poważne (aczkolwiek dalekie od oryginalnych) tematy, skręcono w stronę… no nie chcę mówić jaką, sami zobaczycie. Miałem jednak bardzo złe skojarzenia z Final Fantasy XIII (także pod względem wizualnym), a ten, kto mnie zna, dobrze wie, że absolutnie nienawidzę trzynastki.

Może więc całość ratuje ekipa świetnie napisanych bohaterów? A gdzie tam! Może wydziwiam, narzekam, przesadzam. Kiedy jednak pomyślę o ekipie — żeby nie szukać daleko — z Berserii, to aż ręce załamuję. Tam dało się polubić — czy chociażby zrozumieć — praktycznie każdego, a tutaj? Nic, Panie i Panowie, nic. Alphen zalatuje typowym bohaterem shonen-anime, a Shionne to najzwyczajniejsza w świecie tsundere. Do tego dostaniemy lekko nierozgarniętego arystokratę, grupowego śmieszka, matkującą im wszystkim panienkę i wkurzonego na pół świata dzieciaka, któremu inni będą próbowali przemówić do rozumu. Każdy z nich ma jakiś swój wątek i w teorii powinni mnie jakoś obchodzić, ale miałem wywalone na absolutnie każdego. Ktoś by zginął? Absolutnie by to nie obeszło. Nie ucieszyło w przypadku antagonistów, ani też nie ucieszyło w kwestii sojuszników. Gra też zdecydowanie przesadza z ilością skitów (charakterystyczne dla serii rozmowy pomiędzy postaciami, odpalane przyciskiem w trakcie eksploracji). Jest ich dużo, są długaśne, często odpalane seriami pod rząd i zazwyczaj ani nie wnoszą niczego ciekawego, ani nie są przesadnie zabawne. Niedawno — już po Arise — odpaliłem sobie po raz pierwszy Tales of Xillia. I wiecie co? Tam działa to o niebo lepiej.



Twórcy widać uznali, że skoro mają budżet to, zamiast zatrudnić zdolnych scenarzystów, przykują uwagę nowych graczy w inny sposób. Większość kasy poszła więc chyba (i jeżeli było inaczej, to srogo za coś tutaj przepłacono) w oprawę produkcji i zdecydowanie to widać. Mamy do czynienia ze zdecydowanie najładniejszą odsłoną serii. Zarówno modele głównych bohaterów, jak i postaci pobocznych są dopracowane, miejscówki zapierają dech w piersiach, a całość wygląda nie tyle mangowo, co ma taki lekki „olejny” sznyt. Lokacje dalej są w większości liniowe (oczywiście kilka otwartych terenów się znajdzie, ale to nie eksploracja rodem z Xenoblade czy Zeldy), ale na to nie zamierzam przesadnie narzekać. Taki już urok gatunku i tak szczerze, to właśnie w nim lubię. Szkoda tylko, że nieco skuteczniej nie buduje się tutaj iluzji żyjącego świata, bo NPC w większości stoją jak kołki, a miasta — choć prześliczne — przypominają raczej misternie wykonane makiety, a nie wypełnione ludźmi miejsca.

Szkoda tylko, że już cała reszta to stare, „dobre” Tales of. Ekranów wczytywania przy przechodzeniu z lokacji do lokacji (lub do konkretnych budynków) dalej naoglądamy się sporo, tak samo, jak specjalnie wydzielonych aren, zamiast płynnego przejścia do starć. I o ile podzielenie większych miejscówek na mniejsze segmenty jeszcze rozumiem (nawet pomimo większego budżetu, te gry to dalej nisza i coś kosztem wyglądu musiało iść do kosza), tak osobne areny do walk? Serio? Przecież to sprawa, jaką spokojnie uciągnęłoby PS4, a o PS5 (na jakim ogrywałem Arise) nawet nie mówię. Ni no Kuni 2 dało radę sprezentować nam płynne przejścia do walk (nawet na Switchu!) i ja mam uwierzyć, że ich brak tutaj, to coś więcej, niż czyste lenistwo twórców? Nie ma szans. Średnio obchodzi mnie przy tym wszystkim fakt, że czasy wczytywania są błyskawiczne, kiedy nie powinno być ich tutaj wcale. Takie rozwiązania jestem w stanie wziąć na klatę w Xilli z PS3 i Abyss z PS2, ale nie w next-genowej odsłonie.



Sama walka zresztą też uległa sporym modyfikacjom, ale to tak na dobrą sprawę głównie pozory. Wszystko toczy się w czasie rzeczywistym, a w danym starciu może uczestniczyć do czterech bohaterów na raz. Początkowo zapowiadało się fajnie, a całość miała posmak bardzo prostego slashera. Teraz o wiele bardziej, niż na zbijaniu paska wroga, musimy skupiać się na próbach jego oszołomienia, a dopiero wtedy wklepiemy mu jakieś sensowne obrażenia. Całość to taki miks poprzednich Talesów, Final Fantasy VII/XIII i (mówię to, znając tylko część jedynki) gier z Raidou Kuzunohą z cyklu Shin Megami Tensei. Ciężko było mi się przyzwyczaić do atakowania triggerami (a nie standardowymi przyciskami na padzie) i miałem — może właśnie przez to — wrażenie, że starcia nieco straciły na dynamice. Kamera przykleiła się do pleców postaci (czego kosztem jest utrata multiplayera), co niekoniecznie w tym przypadku pomogło. Początkowo tego nie czuć, ale kiedy już zbierzemy całą drużynę, starcia stają się niesamowicie chaotyczne i momentami nie wiadomo co, gdzie i jak, a kamera szaleje. Że było tak też wcześniej? No jasne, że tak, ale tutaj zwyczajnie bardziej to odczułem. Żeby nie być gołosłownym, odniosę się znowu do odpalonej niedawno Xilli, gdzie nawet przy pełnym obłożeniu ekipy nie towarzyszyły mi takie odczucia. Nawet starcia z szeregowymi wrogami są momentami nieco za długie, a pod koniec gry miałem ochotę z tego powodu wręcz pogryźć pada, a miałem mocno podlevelowane postacie i całość nie stanowiła wyzwania, a po prostu nużyła.

Szczytem były tutaj jedyne nieco bardziej wymagające momenty, czyli walki z bossami (w szczególności Lordami). W większości piekielnie widowiskowe i długie, ale nie do końca ze względów, jakich bym sobie życzył. Nawalono im po prostu zdecydowanie za dużo zdrowia, przez co nasze batalie ciągną się, i ciągną, i ciągną, i ciągną… strasznie. Sami szefowie nie mają do zaoferowania aż tak dużo i po chwili ogarniemy ich ataki, licząc tylko na to, że nasi towarzysze za szybko nie padną. Tak zamierzacie budować poziom trudności, Panie i Panowie z Bandai Namco? No to ja podziękuję. Tym bardziej że, jak już wspomniałem, starcia z szeregowcami są banalnie proste, ale przy tym cholernie się dłużą.

Wzorem większości poprzedników, każdym bohaterem gra się nieco inaczej. Alphen jest takim typowym „jack-of-all-trades”, Shionne szyje kulami z dystansu, Rinwell jest magiem, Law to tzw. szklana armata (bije mocno, pada szybko) i walczy się nim jak w prostej bijatyce. Kisara tankuje, a zamiast uników korzysta z tarczy, Dohalim z kolei zarówno przywali, jak i podleczy. Każdy z nich ma także charakterystyczny dla siebie atak specjalny, który jest skuteczny na konkretny typ wroga. I tak Alphen oszołomi swoim każdego (dając chwilę czasu na wklepanie mu poważniejszych obrażeń), Rinwell przerwie rzucanie czyichś zaklęć, Kisara zablokuje szarżę itp. Ogółem kombinowania nieco jest, ale w większości walk i tak będziecie spamić wszystkim jak leci, byle szybciej, byle mocniej. Z kilkoma wyjątkami, naprawdę nie trzeba tutaj przesadnie myśleć. Kilku Lordów co prawda zalazło mi za skórę, ale zginąłem dosłownie… chyba raz? Głównie dlatego, że trafiłem na wroga, który miał dużo większy poziom ode mnie i po prostu zanihilował moją drużynę. Kiedy levele jakiś czas później się wyrównały, padł bez problemu.

Nie mam wiele do zarzucenia warstwie technicznej, ale o tym już wspominałem wcześniej. Grałem w trybie jakości na PS5 i całość wygląda super, brzmi bardzo dobrze (aczkolwiek muzycznie to na pewno nie będzie moja topka serii) i jeżeli jesteście osobami, dla których w grach najważniejsza jest grafika (to nie jest zarzut czy ironia, a więc proszę się nie obrażać), Tales of Arise na pewno się Wam spodoba. Występuje co prawda drobny problem z doczytywaniem dalszych tekstur czy obiektów (unrealowy standard), ale to nic, na co zwracałoby się dużą uwagę. Zazwyczaj też gra trzyma betonowe 60 klatek, aczkolwiek zdarzają się lokacje (głównie metropolie), gdzie da się zauważyć drobne spadki.


Tales of Arise | Recenzja | Cross-Play


Podsumowując… zawiodłem się. Bardzo. Nie na taką grę czekałem od dwóch lat. Jest co prawda ładnie, a Bandai Namco sypnęło kasą na budżet (co widać w wynikach sprzedaży), ale jeżeli seria ma iść dalej w tym kierunku, to ja nie wiem, czy chcę w kolejne części grać. Wygląd to nie wszystko, a pod praktycznie każdym innym względem są to dla mnie najgorsze Talesy w jakie grałem. Tak, gorsze nawet od Zestirii, do której niechęć podkreślam każdemu, kto tylko zapyta. Nie nazwę Arise kupsztalem i absolutnym niewypałem, bo w końcu spędziłem w tej grze prawie 60 godzin, ale nie mam ochoty nigdy do niej wracać i nie poleciłbym jej z czystym sumieniem nikomu poza największymi fanami marki. Dla mnie: zawód roku. Z tego, co jednak widzę, jestem w swojej opinii raczej odosobniony, a więc jeżeli chcecie, grajcie, próbujcie. Ja w tym czasie wrócę do ogrywania Xilli, która pomimo brzydoty, niewielkich lokacji i mniejszego poziomu złożoności, ma to, czego zawsze w jRPG szukam – intrygującą fabułę i ciekawe postacie. Do następnego razu.

Recenzja Tales of Arise

Polecamy również:

Nynek to koci pupil Cross-Play. Stronka korzysta z whiskasa, czy nakarmisz Nynka? Nakarm Nynka Przeczytaj więcej o polityce prywatności