Sword of the Berserk: Guts’ Rage

Share

Każdy chodzący po świecie miłośnik japońskiego rysownictwa, czytający mangi bądź oglądający anime będąc oczywiście w miarę świadom tego co robi, dokształcając się prędzej czy później w tym kierunku zapewne zahaczył o Berserka. Jedna z najlepiej sprzedających się mang w historii autorstwa Kentaro Miury w gatunku dark fantasy opowiadająca o przygodach niejakiego Gutsa, skierowana do dorosłych odbiorców ze względu na zawartość bezpardonowych, brutalnych scen. Doczekała się również anime na jej podstawie, filmów oraz co najciekawsze dla nas – gier.


Dzisiaj weźmiemy na warsztat ekskluzywnie wydanego na Dreamcasta szpila pod tytułem Sword of Berserk: Guts’ Rage pod sam koniec 1999 roku w Japonii i kilka miesięcy później w Stanach Zjednoczonych (marzec 2000 r.) oraz Europie (maj 2000 r.) przez Yuke’s (znani z gier spod szyldu WWE). Wydanie europejskie tej produkcji prezentuje się tak:

 

 

Dla tych, którzy nie śledzą historii Gutsa i Casci i nie za bardzo wiedzą o co chodzi twórcy przygotowali kilka notek dostępnych w tytułowym menu oraz krótki zryw historii i skrót fabularny w samej instrukcji. Tak naprawdę gra bazuje na licencji, więc raczej była w głównej mierze skierowana do miłośników tego popularnego uniwersum, ale też bardzo dobrze, że zadbano o nowicjuszy w tym kręgu i mają okazję zapoznać się z przygodami bohaterów przed samą rozgrywką. Jest to dosyć ważne, ponieważ gra nie będzie bawiła się z nami w tłumaczenie meandrów tego uniwersum, sporo rzeczy jak i stan aktualnego świata oraz kondycja bohaterów podczas grania bez zapoznania się z chociażby instrukcją i materiałami w grze staną się bezsensowne i ciężkie do przetrawienia. Najlepszym przykładem będzie zachowanie Casci, która wygląda jak obłąkana przez całą linie fabularną i zapewne zgłupiałbym oglądając jej poczynania podczas gry, nie znając jej historii. To samo jest z znakiem na ciele Gutsa, jego wielkim mieczem oraz samym wpadnięciem w stan Berserka. Jednak jeżeli nie mamy w ogóle chęci na zapoznanie się z tym uniwersum, nawet te ogólnikowe poprzez przeczytanie ściąg w menu czy w instrukcji nic też się za bardzo nie stanie. Sword of Berserk mimo, że chce bardzo przypominać grę fabularną, to jest tak naprawdę arkejdową młócką w stylu przyszłych slasherów jak Devil May Cry, będąc jednocześnie jeszcze jedną nogą w gatunku z którego slashery się wywodzą, czyli beat’em upów.

 

Krew leje się gęsto.

 

Do tego jednak wrócimy później, dokładnie historia opowiada o wątku z Mandragorą, chorobą/wirusem nawiedzającą ziemie do których podczas swojej długiej podróży trafili nasi bohaterowie. Zarażeni ludzie zamieniają się w bestie zabijając w szale nawet ukochane osoby, transformując się w przedziwne pokrętne stwory. Po spotkaniu Pana tych ziem, Guts godzi się pomóc tej społeczności owładnięty obietnicą przywrócenia Casci do pełnego zdrowia psychicznego (obiecano mu, że pokonanie źródła tego szaleństwa będzie w stanie wyleczyć również naszą towarzyszkę i ukochaną Gutsa). Razem z naszym towarzyszem przypominającym wróżkę – Puckiem wyruszamy w celu pokonania zła odpowiadającego za zarazę…

Historia jest ok. W większości opowiadają ją filmiki, które nie kłamiąc zajmują tak naprawdę większą część samej zawartości gry. Na tyle, że po ponownym podejściu do przejścia tej produkcji po skipowaniu każdej z scenek gra zamyka się w ponad godzinkę. I nie ma w tym nic wg mnie szokującego, jeżeli weźmiemy pod uwagę w jakim duchu została stworzona.

 

Casca, Guts i Puck!

 

Jak wspomniałem już w tekście, Sword of Berserk jedną nogą stoi w gatunku beat’em upów. Mało tego, wydaje mi się że mimo posiadania ogromnego miecza narzucającego nam na myśl przyszłe gry w stylu Devil May Cry, to jednak ma w sobie sporo z ducha wyciągniętego wprost z gatunku bitek chodzonych. Od samego początku podobieństwa do takich gier jak Zombie Revenge, czy Die Hard Arcade wręcz wskakują do głowy same. Feeling grania, podział na kilka podstawowych ataków, dynamika, praca kamery, nawet możliwość uderzenia oswobadzającego, które tak jak w klasycznych bitkach zabiera nam kapkę HP w zamian – to wszystko ma tutaj rację bytu. Po pierwszym skończeniu szpila nawet zacząłem przeczesywać internety w celu sprawdzenia, czy gra nie jest czasem portem z automatu albo równolegle nie pojawiła się w tym segmencie elektronicznej rozrywki, niestety nie (bądź stety?) i jest pełnym ekskluzywnym tytułem na Makarona. To, co jednak wyróżnia Sword of Berserk w bardzo sugestywny sposób w porównaniu do klasycznych bitek chodzonych w 3D, to postawienie w większości siły rozgrywki na ciachanie naszym potężnym mieczem i krwawe obrazy dekapitacji napotkanych przeciwników. Przez co bardzo ładnie nakreśla nam ten szpil tę ewolucję gatunków i to w jaki sposób dochodziło do przejścia z beat’em upów w stronę typowego slashera (czy też hack’n slash jak kto woli), którego apogeum dostaniemy w postaci takiego przedstawiciela jak Devil May Cry.

Guts nosi ze sobą jednak niespotykany, wielki miecz który nazywany jest w świecie mangi ‘Dragon Slayerem’ i tutaj twórcy utrudnili nam trochę rozgrywkę. Wrzucając nas często w bardzo wąskie korytarze gdzie nie jesteśmy w stanie wykonywać combo, a nawet dobrze się nim posłużyć. Wielkość naszego oręża często ogranicza nasze działania. Na ratunek w tej sytuacji przychodzi walka pięściami, używanie dodatkowych broni w postaci bomb, strzałów z automatycznego działka przyczepionego do naszej ręki oraz rzucania nożami. Oprócz tego walcząc ładujemy dodatkowy pasek odpowiadający za tryb Berserk, w tym trybie nie tracimy HP, i nie ma dla nas już ograniczeń w postaci ścian, bądź przedmiotów. Ciachamy aż miło nie krępując się otoczeniem, często ten tryb będzie nam ratował tyłek, a w przypadku bossów wręcz będzie nieodzowną częścią pojedynku.

 

No i po robocie!

 

A szefkowie to czyste arkejdowe dobro! Są wielcy i nieskazitelnie potworni w swojej istocie. Aż chce się łapać za nasz potężny oręż i ciachać do ostatniego kawałka. Przy tym potrafią być wymagający, szczególnie jeden znany zapewne dobrze fanom serii demon z wyłamanym rogiem o imieniu Zodd. Na hardzie trochę musiałem się napocić podczas walki z nim. Niektórzy potrafią nawet wymagać od nas przyjęcia odpowiedniej strategii bądź ataków w odpowiednie witalne punkty. Na czas potyczki z szefkiem warto mieć przy sobie zapas pocisków w naszym działku przyczepionym do ręki, zadaje on największe obrażenia i jest niezwykle cenny podczas klepania bossa (ich licznik jest ograniczony i zależny od poziomu trudności na którym gramy, maksymalnie w przypadku hard to 4, w przypadku easy to 2).  A punkty zapisu są wyłącznie między rozdziałami, więc należy wręcz odpowiednio dysponować danym nam arsenałem. Po drodze możemy znaleźć w beczkach bądź innych przedmiotach, które można zniszczyć za pomocą Dragon Slayera dodatkowe życia oraz amunicję chociażby do działka, ale też nie jest tego na tyle dużo, żeby opierać na tym całe nasze podejście do danej misji. Niczym w Zombie Revenge, takie ułatwienia to jednak rzadkość. Na samym końcu czeka nas niesamowity boss rush i wyróżniający się w porównaniu do reszty gry motyw z ucieczką, która ma charakter czysto zręcznościowy i potrafi wyciągnąć z nas ostatnie poty.

 

Nie ma litości dla tych gości.

 

Oprócz samej walki, będziemy mieli do dyspozycji momenty QTE, które dadzą nam możliwość poznania każdej z alternatywnych dróg danego poziomu. Od tego czy uda nam się w odpowiednim momencie kliknąć dany przycisk będzie zależała wybrana ścieżka, którą podąży nasz Guts. Takich momentów jest dosyć dużo, więc warto podejść do niej po ukończeniu jeszcze raz aby zobaczyć inne alternatywne ścieżki i lokacje, mimo że nie wpływają na zakończenie poziomów jak i całej gry. Po przejściu szpila, ten zachęca nas do ogrania go ponownie na różnych poziomach trudności (do dyspozycji klasyczne trzy) dzięki czemu będziemy mogli odblokowywać dodatkowy content w postaci artów jak i szkiców z produkcji, trybu Time Attack (czyli młócki na jednej z aren w ograniczonym czasie) oraz mini gierki, w której głównym bohaterem jest nasz mieszkający w Gutsa torbie Puck! Naprawdę warto podejść ponownie do Berserka i wymasterować go odblokowując wszystkie dodatkowe tryby. Całość zajęła mi niecałe 10 h, więc śmiało można rzucić się w kompletowanie tytułu z każdej strony.

Graficznie to typowy arkejdowy bit em ap w 3D tamtych lat, to samo tyczy się dynamiki rozgrywki oraz architektury poziomów przez co cały czas odnosi się wrażenie jakbyśmy grali w port wyciągnięty z automatu. Za muzykę odpowiada Susumu Hirasawa, czyli człowiek orkiestra komponujący na poczet serii anime Berserk. Są klasyczne utwory jak majestatyczna, ikoniczna  wręcz ‘Indra’ oraz kilka nowych nadających odpowiedniego klimatu w stosunku do tego co dzieje się na ekranie. A że w większości będzie to ostra młócka, to mamy mroczne, energetyczne utwory budujące atmosferę niekończącej się dekapitacji kończyn i ubijania demonów. Muszę przyznać, że Hirasawa dał jak zawsze radę i pięknie się to komponuje jako całość.

 

 

Sword of Berserk: Guts’ Rage to arkejdowe szaleństwo w pełni oddające klimat i ducha gier ostatniej konsoli Segi. Hordy przeciwników czekają na dekapitacje, hektolitry krwi na ujście w rynsztokach miasta. Gra zadowoli wydaje mi się tak samo fanów uniwersum jak i miłośników klimatu Dreamcasta, nie starając się być przy tym niczym ponadto (chociaż filmiki fabularne wskazują mylnie jakby próbował jednak być czymś więcej, na dodatek mogą wydawać się przydługie i niezbyt wciągające, ale zawsze możemy je skipnąć), co w tym przypadku zaowocowało naprawdę świetną zabawą. Do tego bardzo dobrze oddaje ewolucję gatunku beat’em upów i narodziny nowego gatunku w postaci przyszłych slasherów. Mając w zanadrzu satysfakcjonujące replayability. Dla mnie niespodziewanie stała się perełką na systemie Makarona i dumnie będę ją stawiał obok takiego sztosa jak Zombie Revenge. Dla fanów klimatu arcade lub Berserka to Must Play! Dla reszty Warto Zagrać.  ‘Rzekłem’.

 

ndl

ndl

First time?

Może Cię również zainteresować: