Space Jam

Share

Niewiele było dzieł kinematografii, które łączyły w sobie film aktorski i animację rodem z naszych ulubionych kreskówek. Kosmiczny Mecz (Space Jam) to tytuł, który nie tylko należy do tej niewielkiej grupy filmów, ale też zajmuje szczególne miejsce w moim sentymentalnym serduszku. Myślę, że tak jak tysiące innych dzieciaków, po wyjściu z kina uwierzyłem, że potrafię latać i sięgnę gwiazd. Jeżeli zaś chodzi o Acclaim Entertainment, to pierwsze co chciałem zrobić po zetknięciu z ich growym potworkiem na licencji wspomnianego filmu, to odlecieć jak najdalej od tego tytułu.


Film miał swoją premierę w 1996 roku i jako, że byłem fanem kreskówek z Królikiem Buggsem w roli głównej, to nie mogło mnie zabraknąć na premierze. Jak na lata dziewięćdziesiąte połączenie filmu z animacją robiło spore wrażenie, do tego świetna muzyka, dużo humoru – to był przepis na sukces.

W tamtym czasie, mając zaledwie osiem lat, dopiero wkraczałem w świat gier, namiętnie obcując z pegasusowym klonem. Prawda jest taka, że nawet kilka lat później, kiedy to stałem się szczęśliwym posiadaczem szaraka, nie miałem bladego pojęcia o istnieniu gry na licencji tego filmu, wydanej tego samego roku. W takowej niewiedzy żyłem aż do 2020 roku, kiedy to przez dość niefortunny przypadek dowiedziałem się o jej istnieniu. Dziś patrzę w niebo z wyciągniętymi rękoma ku górze i dziękuję, że nie poznałem tej gry za gówniarza.

 

LICENCJA SIĘGAJĄCA DNA

W większości przypadków gry wydawane na licencji to średniaki, które zadowolą głównie najmłodszego odbiorcę. Space Jam celuje jednak bliżej crapa, zaniżając ogólną średnią tego segmentu gier. Tytuł został potraktowany strasznie po macoszemu, został zrobiony na szybko i zupełnie bez pomysłu.

Chciałbym napisać, że gra ma jakąkolwiek fabułę. Niestety, bezsensowne latanie kaczorem Duffym po pokoju Michaela w celu zbierania galotów z czasów uniwerku, które MJ miał pod spodenkami byków w każdym meczu (prane po każdej potyczce!), oraz szukanie po szatni wyskokowego napoju dopingowego przez Buggsa fabułą nazwać nie można. To były przecież czasy PSX’a, a nie pokuszono się nawet o jakiekolwiek wstawki z filmu, by gracz mógł mieć choć namiastkę powrotu do kinowego hitu. Twórcy nie wysilili się nawet na tekstowe przedstawienie co tu właściwie się odpindala. Gdyby do tytułu podeszła osoba totalnie niezaznajomiona z filmem, jak i samą kreskówką, to z pewnością by pomyślała, że to kumpelski meczyk (nie wiadomo o co, ani po co) między bohaterami uniwersum Zwariowanych Melodii, do którego należą zarówno potworasy jak i sam Jordan, bo dlaczego nie? Być może dziwne by się wydało, że gwiazda koszykówki należy do bajkowego świata, no ale kto komu zabroni.

Sam tytuł skupia się oczywiście na grze w kosza. Do wyboru mamy aż dwa tryby: pojedynczy mecz, oraz turniej międzygalaktyczny. Tryby te są praktycznie identyczne. Jedyną różnicą jest to, że turniej składa się z pięciu meczów, jeden po drugim. W przeciwieństwie do prawdziwych rozgrywek, na parkiecie, tutaj ścierają się dwie drużyny po trzech zawodników zamiast pięciu (w opcjach jest też opcja 2vs2). Tuż po odpaleniu meczu szybko zdajemy sobie sprawę, że to dobre rozwiązanie. Gdyby na boisko wyszło łącznie dziesięciu zawodników, przy niezmiennych założeniach gry, to wyszłaby jedna wielka nieczytelna kaszana.

 

SPACE JAM vs NBA JAM

Gra działa na tym samym silniku co dobrze znane fanom kosza NBA Jam. Tytuł jest przedstawiony w pełnym 2D, a ładnie animowane postacie to jedyny plus jaki można tutaj wyróżnić. Niestety w porównaniu ze wspomnianym NBA, Kosmiczny Mecz robi wszystko to samo, tylko gorzej. Statystyki naszych animków to: Speed, Shooting, Rebounds – wszystkie w trzystopniowej skali. Te praktycznie nie mają żadnego przełożenia na rozgrywkę, a grając Jordanem (ten ma max staty) nie odczułem żadnej różnicy w porównaniu z innymi zawodnikami. Feeling z gry jest żaden, ot latamy z lewej do prawej, powtarzając w kółko te same wsady. Gdy przeciwnik jest przy piłce, to w teorii możemy mu odebrać piłkę, ale pozy jakie przy tym wykonują postacie (zwłaszcza MJ) bardziej przypominają wygibasy z kamasutry, niż taktyczne przechwytywanie piłki podczas meczu.

A może klimat? Jaki klimat? Poza poprawną oprawą graficzną, wpisującą się w styl Looney Toones nie ma tu absolutnie nic, co mogłoby gracza zatrzymać na dłużej. Muzyka w grze bardziej pasuje do jakieś lekkiej platformówki, bo o filmowych motywach muzycznych oczywiście można zapomnieć. Dorzućmy do tego jeszcze komentatora, który brzmi jak zdarta płyta powtarzając na okrągło te same kwestie przez cały mecz. Po dłuższej partyjce wyciszałem grę, bo już mi uszy zaczęły krwawić.

AI przeciwników czasami sięga zera. Raz postanowiłem zrobić mały eksperyment. Niezależnie od wybranego poziomu trudności (easy, medium, hard) postawiłem mojego kozłującego zawodnika na środku boiska i obserwowałem co się będzie działo. Przeciwnicy trzymali się od niego w bezpiecznej odległości 2 metrów, tak jakby bali się, że ich czymś zarazi i gwarantuję Wam, że za nic w świecie nie podejdą jak nie założy maseczki — ta jednak w grze jest niedostępna. Po jakimś momencie, pojawia nam się czas odliczający przetrzymanie piłki. Gdy ten minie, to spod swojego kosza rozgrywkę rozpoczynają przeciwnicy. Zupełnie jakby algorytmy im się zawieszały.

Co ciekawe, devi potrafili zepsuć w grze nawet tak prozaiczną rzecz jak tablica wyników. Ta zdecydowanie jest przystosowana tylko do liczb dwucyfrowych. Jakież było moje zdziwienie, gdy pod koniec meczu zacząłem przysypiać, a moje prawe oko dostrzegło nagle wynik 02 do 85, a przecież ja prowadziłem. W pierwszej chwili pomyślałem, że to jakiś bug, ale przetarłem oczy, doprowadziłem rozgrywkę do końca i okazało się, że wygrałem — 15 : 99. Dopiero kolejna potyczka uświadomiła mi, że po przekroczeniu 99 pkt., tytuł wyświetla nam tylko dwie ostatnie cyfry. Gra na spokojnie pozwala wbić ponad setkę na liczniku, więc spapranie tego aspektu przekracza moje wszelkie wyobrażenia.

 

CIĘŻKA PRACA NIE POPŁACA

Twórcy gry mieli dobrą wymówkę, bo zgodnie z kinowym hitem, mamy do czynienia tylko z dwoma drużynami. Nie trzeba było więc się specjalnie trudzić by zrobić w tym kierunku trochę więcej. W drużynie potworasów mamy zatem do wyboru pięciu zawodników, a u zbzikowanych animków dwunastu dzielnych wojaków, w tym oczywiście MJ (Ale gdzie jest Stan Podolak?!?!). Wśród tej parszywej dwunastki jest oczywiście antropomorficzna królicza piękność – Lola i wierzcie mi, jeśli Wam życie miłe, to nie ważcie się mówić o niej “lalka”. Zapewne niejeden nastolatek z wypryskami na twarzy chciałby ją bliżej poznać, jednak każdy kto oglądał film ten wie, że jej kuse futerko i sprośny ogonek są zarezerwowane po meczu dla Buggsa. Świat Zwariowanych Melodii jest naprawdę bogaty w ogrom postaci, więc śmiało można było się pokusić o większą liczbę zawodników. Jak na dłoni widać, że tytuł miał zarobić na licencji filmu, bez względu na jakość, zawartość i gameplay. Dzieciaki zobaczą na okładce postaci ze swoich ulubionych kreskówek, dodatkowo logo znanego filmu i będą szarpać kieszenie i portfele rodziców, by tylko móc w to zagrać. Osobiście nie chce wiedzieć w ilu egzemplarzach się rozeszła ta produkcja, bo ile by tego nie było, to i tak zdecydowanie za dużo.

 

GDZIE JAKIŚ CONTENT?

Owszem tytuł posiada kilka mini gierek, które w teorii mają zabijać druzgocącą nudę. O poszukiwaniach, w których kierujemy kaczorem i królikiem już wspomniałem wcześniej. Do pozostałych atrakcji, którym możemy oddać swój cenny czas między przerwami meczu należą:

Shoot Out: Na sali treningowej ćwiczymy Samem rzuty do kosza rywalizując przy tym na punkty z potworasem. Do dyspozycji mamy połowę boiska i jeden kosz. Możemy przy tym naszymi rzutami blokować trafienia przeciwnika. Przednia zabawa!

Hall of Hijinx: Jedyna mini gierka warta uwagi i to tylko dlatego, że Lola wygina tam śmiało swe królicze ciało. A tak na serio to jest to gierka przypominająca strzelnicę do poruszających się na szynach postaci. Sterując Lolą (lub potworasem) łapiemy porozrzucane piłki i staramy się trafić do celu.

Space Race: Podczas burzy mózgów ktoś w studiu musiał zarzucić pomysłem, że skoro Speedy Gonzales jest taki szybki, to dlaczego nie zrobić z nim jakieś mini gierki o ściganiu? Wrzucono go więc do jakieś rakietki kosmicznej i niech mknie przez galaktykę w starciu z kosmitami. Logiczne prawda? Arriba, Arriba, Epa, Epa!

Jaki jest sens tych gierek poza pełnieniem roli zapychaczy na siłę? Jeżeli uda nam się w nich pokonać przeciwnika, to możemy podnieść statystyki naszego zawodnika. I należy dodać pewną ważną informację. W gierkach zliczających punkty licznik poprawnie zlicza wszystko powyżej setki!

Coś więcej? Niestety nie, no chyba, że dodamy fakt podziwiania wyjątkowo kiepskiej jakości zdjęć autorów gry podczas creditsów. Najciekawsze jest to, że te ujrzymy zarówno po wygraniu pojedynczego meczu jak i po wygranym turnieju.

Skoro gra w żaden sposób nie trzyma się pierwowzoru, to można było się pokusić o większą pulę zawodników. Dla urozmaicenia można było wprowadzić starcia nie tylko z najeźdźcami, ale również między bohaterami Zwariowanych Melodii. Dodać inne areny, wyzwania, cokolwiek by zabić bijącą monotonię jaka się szerzy już po pierwszym rozegranym meczu, bo wyżej wspomniane gierki to śmiech na sali.

 

TRAGICZNIE ZMARNOWANY POTENCJAŁ

Dziś dziękuję za to, że los poprowadził mnie ścieżką gracza, pomijając po drodze tego kaszalota. Współczuję każdemu, kto zakupił grę na premierę licząc na to, że dostanie szpila choć w połowie dającego taki fun jak kinowy hit, który dopiero co wyszedł z kina. Ten crap to bezczelny skok na kasę, chęć szybkiego dorobienia się na licencji znanej marki. Poza poprawną stroną wizualną – poprawną, gdyż gra bardziej wpasowuje się w erę 16 bitowców aniżeli 32 – tytuł nie wprowadza kompletnie nic co mogłoby zainteresować zarówno fana filmu jak i typowego gracza, szukającego dobrego gameplay’u. Kulejąca rozgrywka, brak treści fabularnej w jakiejkolwiek postaci, nic nie warte mini gierki obrażające nawet najmłodszego odbiorcę, ogólna nieudolność i lenistwo studia, to tylko pierwsze z brzegu spośród całej gamy minusów jakimi może pochwalić się ta gra. Jedynym plusem jest to, że w ciągu 2,5h możemy w tej grze zrobić absolutnie wszystko i rzucić ją w kąt albo dać psu do pożarcia. Tytuł sprawdziłem wyłącznie z sentymentu do filmu i samej kreskówki. Nie polecam, nawet jeżeli ktoś jest fanem uniwersum. Na koniec tylko dodam, że tytuł posiada kanapowy multiplayer, ale zapraszanie tutaj kompana do gry, to tak jakby chcieć go narazić na życiową traumę.

Gomlin

Gomlin

Jak możesz udowodnić, że istniejemy? Może nie istniejemy...

Może Cię również zainteresować: