Shenmue III

Share

Podążając ścieżką Kung Fu zła się nie ulęknę. Bezpośrednia kontynuacja legendarnej serii od Yu Suzukiego w końcu trafiła do mego domu, to że po 18 latach dostajemy kontynuację historii, która przeżyła już 2 generacje konsol jest ewenementem na skalę światową w branży. Fani wraz z Ys Net wskrzesili ducha przypominając o artyzmie sztuk walki i klimacie lat ’90, kiedy za młodu oglądałem nagrane na VHS (nie wiedząc jeszcze, że to filmy kategorii Z) takie sztosy jak Karate Kid, Wejście Smoka, Krwawy Sport, Lwie Serce czy też Kickboxer.


Suzuki przez kilka czynników musiał zaryzykować i pójść w wielu wypadkach na kompromis. Po pierwsze ze względu na budżet, po drugie w celu zachowania tożsamości i ducha serii po 18 latach przerwy, kiedy gry wyglądają już zupełnie inaczej i prezentują inne mechaniki. Muszę przyznać, że widać świadomość twórców co do targetu, czyli tego kto prawdopodobnie zagra w trzecią część przygód Ryo. Już od samego początku widzimy stare, dobre, dla wielu archaiczne Shenmue. Pierwszy słabo wyreżyserowany dialog między bohaterami to przecież nic innego jak latanie w pierwszej części po Yokosuce i pytanie gościa od hot dogów czy nie widział może mordercy naszego ojca. Praca kamery i rzuty na twarze oraz zmiany ujęć podczas rozmów to również esencja prowadzenia dialogów w poprzedniczkach. Już od samego początku dostajemy oldskulowymi założeniami w twarz, przechodząc do sedna dostajemy stare założenia, mechaniki rządzące dwiema pierwszymi częściami w nowych szatach. Efekt kuriozum dla nieznających serii musi być ogromny, najtrafniej wydaje mi się ująć to w postaci takiej, że Shenmue 3 to remaster gry sprzed 18 lat, która… nie została w ogóle wydana.

Brązowa kurtka, niebieskie jeansy, biały podkoszulek i adidaski, przecież to nasz Ryo!! Pierwszy widok w grze robi wrażenie i bałem się, że graficznie będzie w tym przypadku ciężko, ale od razu gra wybiła mi to z głowy. Otworzyłem swój notatnik (Passport) i zacząłem wertować, zdjęcia, notatki z poprzednich części – wszystkie są na swoim miejscu, wspaniała sprawa. Powiem wam szczerze, że przez 15 minut to po prostu biegałem po polance i zdziwiłem się, kiedy pasek życia w postaci kultowych zielonych kółek zaczął przy tej okazji spadać. Tutaj pojawia się nowość, Ryo podczas biegania, mało tego nawet chodzenia się męczy i należy oczywiście regenerować życie za pomocą jedzenia. Te zaś kupimy w odpowiednich sklepach. Kontrowersyjne założenie, które napsuło mi trochę krwi na początku gry, chociażby dlatego, że pieniądze nigdy nie trzymały się mnie w tej serii i zawsze miałem na co je wydać.

Dobra, ale nie samym bieganiem człowiek żyje. Pierwsze co wbijamy do wioski i poznajemy tubylców przy tym zauważając już odpowiednie punkty z klasycznymi motywami z poprzedniczek, automat z kapsułkami, DOJO, punkty gdzie możemy coś zarobić i punkty poświęcone mini gierkom. Jeżeli chodzi o zarobek, to pojawiają się nowe mini gierki w postaci rąbania drzewa, które o dziwo siadło mi konkretnie, chociaż za wiele tam nie zarobimy oraz łowienie ryb, które już jest bardziej opłacalne i polecam wam tę opcję. Drugą nowością jest zbieranie roślinek porozrzucanych po całej mapie, nawet nie wiem kiedy zamiast robić coś fabularnie z godzinę biegałem po polankach i wyłapywałem rośliny poukrywane po kątach. Shenmue to chyba jedyna seria, w której każda okazja do niepchania fabuły dalej sprawia mi przyjemność. Po rozeznaniu i poznaniu mniej więcej zasad rządzących wioską oraz daniu nam całkowitej kontroli nad poczynaniami pierwsze co pobiegłem do DOJO ciekaw jak rozwiązano walkę. Od razu spodobał mi się system sparowania i mimo, że Suzuki nie mógł użyć podłoża z Virtua Fighter to wyszedł mu on bardzo dobrze. Niczym w bitkach mamy obronę, ataki rękoma i nogami porozstawiane na całej palecie przycisków akcji na padzie oraz możliwość wykonywania combosów, które wpierw trzeba się nauczyć za pomocą odpowiednich zwojów z opisem technik. Niektóre zwoje dostaniemy wraz z progresem fabularnym bądź w sklepach, inne zaś za wygranie bądź wymasterowanie odpowiednich mini gierek albo zrobieniu jakiejś misji pobocznej. Jednak co jest najfajniejsze w przypadku potyczek, to ich dynamika oraz praca kamery i ustawienie jej. Naprawdę walka sprawia sporo frajdy i w każdym możliwym DOJO napotkanym w grze wymaksowałem je wbijając najwyższą rangę.

Shenmue 3 to dwie lokacje, wioska przypomina sielankową podróż z pierwszej części, miasto zaś przepych z drugiej. W mieście odblokują się nowe punkty zarobku i fani dwóch pierwszych części zapewne uśmiechną się pod nosem. Suzuki potrafi grać na sentymencie i wykorzystuje to w odpowiedni sposób. Spotkamy kilka znanych już postaci, niektóre miejscówki będą łapały za serce, a samo wejście w nową lokację i ujrzenie klasycznego loadingu z białym napisem w postaci daty, godziny i nazwy lokacji na czarnym tle nawet u mnie spowodowały szybsze bicie serca. Chociaż 18 lat na nową część nie czekałem i poznałem całą historię przy okazji wypuszczenia portów na najnowsze konsole. Gra tak jak w poprzedniczkach karze nas za olewanie któregoś z segmentu gry. Nie chce Ci się ćwiczyć? Nie lubisz pracować? Nie masz żyłki do hazardu albo chcesz wyłącznie pchać fabularnie grę do przodu? W końcu odbijesz się przy takim podejściu od ściany i nagle każdą z czynności będzie trzeba i tak nadrobić. Przez podział na dzień i noc (Ryo dalej ma zakaz pałętania się po 21 na dworzu haha!) wyuczony już poprzedniczkami ułożyłem sobie plan dnia i w taki sposób zalecałbym granie, aby nie komplikować sprawy z brakiem mamony bądź niećwiczeniem sztuk walki. Rano biegłem pierwsze co do DOJO doskonalić swoje umiejętności walki, następnie śmigałem do punktów z pracą, żeby cały czas konsekwentnie powiększać stan portfela, poświęcałem tym czynnościom może z 20 minut, następnie leciałem pchać dalej fabułę po drodze zbierając tyle roślinek ile się dało. Takim sposobem ani razu w grze nie zostałem przytłoczony barierą nie do przejścia i nie musiałem grindować pieniędzy przez kilka godzin. Warto ułożyć sobie plan każdego dnia i pamiętać o mini gierkach.

(Pssst…. Pssst… Nie mówcie nic Shenhui, ale dwa razy przerąbałem cały dorobek na automatach).

Mówiąc o doskonaleniu swoich umiejętności walki miałem na myśli bardzo podstawowe podnoszenie naszych statystyk. Suzuki na całe szczęście nie wymyślił pierdyliarda drzewek umiejętności i dostajemy podział w tym przypadku na dwie rzeczy: Endurance oraz Strength, które podlegają naszemu współczynnikowi/paskowi Kung Fu. Statystki/pasek Endurance wbijamy dzięki odpowiednim mini gierkom i podnosi on nasze HP. Maksymalny poziom to dwudziesty i przy tym poziomie mamy wszystkie zielone kółka odblokowane. Strength zaś jest bardziej skomplikowane. Współczynnik ten ćwiczymy dzięki sparingom, zaś możemy sparować wyłącznie wtedy, kiedy mamy odblokowaną nową technikę. Każda z technik ładuje się po treningu do 10 poziomu i jeżeli w końcu wpadnie poziom Master, to już nic w tym przypadku nie zrobimy. W pewnym momencie bez odpowiedniej liczby pieniędzy nie podniesiemy naszego współczynnika, ponieważ nie będziemy mieli odpowiednich technik do nauki. Jak widać każda mini gra, każdy szczegół w Shenmue jest ze sobą powiązany i gra srogo potrafi ukarać za olewanie możliwych do zrobienia podczas całego dnia czynności.

Jak wiadomo (chociaż zauważyłem ostatnio czytając opinie na innych portalach, że jednak nie do końca) Shenmue to bardziej przygodówka, w której biegasz od punktu do punktu i wypytujesz ludzi w poszukiwaniu poszlak. Trzecia część w porównaniu do poprzedniczek skupia się więcej już na samej walce. Bałem się po pierwszych 5 h gry, że Suzuki planuje iść w kierunku dzisiejszych Yakuz i na całe szczęście się myliłem. Z całym szacunkiem dla serii o Kazumie Kiryu, ale mimo szybszego i dostosowanego do dzisiejszych standardów gameplayu, to klimatu i głębii brakuje jej sporo w porównaniu do Shenmue i mimo wielu podobieństw to zupełnie dwie inne gry w samym przedbiegu. Tutaj mamy powolną, próbującą odzwierciedlić jak najlepiej życie podróż młodzieńca szukającego zemsty w klimacie chińskich filmów o sztukach walki, tam zaś ostrą młóckę z japońskimi dziwactwami i życiu japońskiej mafii.

Do łask w trzeciej części wracają również Quick Time Eventy i chociaż nie ma ich tak wiele, to potrafią ostro dać w kość i kogoś chyba w YS NET w tym przypadku poroniło. Ani razu przez chyba całą grę nie trafiłem w odpowiedni przycisk w danym nam przez twórców czasie i gdyby nie możliwość powtórki to musiałbym ostro zaciągnąć do nosa, żeby się wyrobić. Ważnym też do odnotowania jest zaciągnięte z drugiej części ułatwienie dla graczy w postaci możliwości przeskipowania czasu do danego punktu fabularnego, jeżeli oczywiście jest taka potrzeba.

Graficznie, jeżeli mówimy o samej stylistyce i klimacie miejscówek jest na czym zawiesić oko, jednak mimo ładnych krajobrazów dostaniemy również w pakiecie kilka bugów, np. przy jednej z rozmów postaci zaczęło dziwnie skakać kolano. Twarze są bardzo nierówne, ważniejsze postacie wyglądają w porządku, gorzej jednak z tymi, które spotykamy po drodze i nie uczestniczą w linii fabularnej. Większość postaci np. w sklepach często też wczytuje się po jakimś czasie. Co do historii, to oczywiście nie jest to ostatnia część sagi i tak naprawdę zrobiliśmy następny mały krok do przodu, co może niektórych graczy zawieść. Co do szczegółów, które cechowały starą japońską szkołę mam w tej części mieszane odczucia, z jednej strony multum nawiązań do poprzedniczek, ciekawe smaczki dla fanów np. adidasy Ryo są firmy S3 (nawiązujące oczywiście do tytułu), z drugiej strony potrafimy wejść do mieszkania gościa, któremu bandyci rozwalili całe wnętrze i pogadać z nim, aby następnie wrócić tam po dwóch dniach i dalej widzieć rozwalone całe mieszkanie, trochę psuje to odbiór i rzuca niesmak w przypadku skupieniu się na szczegółach.

Mimo, że końcówka jest świetna, a spotkanie jednego takiego pozamiatało mną po kątach to czuje się niedosyt po ujrzeniu napisów końcowych i mam nadzieję, że doczekamy się czwartej części jak najszybciej. W przypadku niepowodzenia, podobno Suzuki otworzył sobie furtkę w postaci DLC do części trzeciej. Niestety na dzisiaj nic więcej nie znalazłem w tej sprawie. Spotkamy kilka postaci z poprzedniczek, co każdemu się zapewne spodoba oraz kilka nowych twarzy, które staną się jak zobaczycie bardzo ważne w całym uniwersum. Muzycznie to dalej pełna dyszka, jest motyw przewodni z poprzedniczek plus kilka nowych aranżacji zgrabnie przygrywających podczas eksploracji i walk. Czy gra sztucznie wydłuża całą historię? Myślę, że to gruba przesada, ktoś kto ograł poprzedniczki raczej nic nowego w tym przypadku nie zauważy, nawet stara sztuczka z hazardem dalej działa (Save/Load), chociaż nie jest już tak efektywna jak kiedyś.

Jak zauważyliście w tekście, mówiąc/pisząc o Shenmue nie potrafię powstrzymać ekscytacji i najchętniej podyskutowałbym o całej serii z kimś kto ograł te gry, na całe moje nieszczęście nie za bardzo mogę zdradzić wam konkretnych szczegółów z historii i zakończenia, a jest o czym dyskutować! Więc w tym temacie po prostu zamilknę.

Shenmue 3 to kuriozum w branży. Fantasmagoria fanów, która nabrała materii i przybrała postać nowej części. Po 18 latach próba przywrócenia legendy wyszła w mojej opinii bardzo dobrze. Nie zatracono tożsamości serii stawiając na tę samą mechanikę, mimo że dla wielu dzisiaj zapewne ciężką do przetrawienia. Jednak zastanawiając się dłużej, kto z nas chciałby zaczynać od trzeciej części, na dodatek bezpośredniej kontynuacji. Oczywistym jest, że rozpoczniemy sagę od poprzedniczek i jeżeli ktoś odbije się od nich to tak naprawdę przy najnowszej grze Suzukiego nie ma czego szukać. To gra od fanów dla fanów. Shenmue 3 to nie jest tytuł, w którym będziecie uczestnikami wspaniale wyreżyserowanej akcji, gdzie śmigłowiec będzie rozbijał się obok nas w akompaniamencie krzyków i szybkiej fajerwerkowej rozwałki, przy której nie trzeba nawet trzymać pada w ręce. Nowa część sagi to powolna, ślamazarna rozgrywka, ale przepełniona magią starej szkoły dewelopingu, której uroku nie jestem w stanie odmówić i którą uwielbiam z całego serca. And thus saga begins again!

ndl

ndl

First time?

Może Cię również zainteresować: