Sentyment na całe życie

Nowa strona, stary klimat. Tak mogę określić swój start na crossplay i wszystkich pasjonatów z którymi przyszło mi tu “pracować”. Czytając ostatnie wspominki na stronie człowiek normalnie czuje się jakby nie był sam w swoich sentymentach i choć nie będzie to typowy tekst o tym co było kiedyś. Zakładam, że większość z was wie w co grało i mniej więcej kiedy, pisać kolejny raz tego samego też mi się nie uśmiecha, ale naszły mnie pewne refleksje, chcecie czy nie podzielę się nimi z wami. Już słyszę te entuzjastyczne wiwaty.


Chciałbym jednoznacznie podsumować swoją pasję, okresy wypalenia i przerwy od gier, pisania i kontaktów z ludźmi. Ale nie da się, nie umiem podsumować wszystkiego co wydarzyło się w moim życiu w zwykłym tekście. Jak mogę sprawić byście poczuli to samo co ja? Czasami zastanawiam się czy jest to w ogóle możliwe, tak jak zastanawiam się czy możliwe jest dojście do konsensusu w sprawie pasji i gier. Każdy ma swoje życie, każdy gra w to co lubi i każdy ma indywidualne podejście do przegranych lat. To, co dla jednych jest klasykiem dla innych może być gniotem i trudno o wspólne zrozumienie. Kiedyś usilnie starałem się pogodzić obie strony, zachować neutralność, kiedyś uważałem się za prawdziwego gracza, który katuje nocami w Tekkena i przechodzi Silent Hilla na słuchawkach bez pieluchy. Jednak tak naprawdę nie ma znaczenia za jakiego gracza się uważamy, bo to tylko stereotypy. Myli się każdy kto uważa, że granie nie ma negatywnych wpływów. Samo uzależnienie, to tylko czubek góry lodowej, ale nie chciałem w tym tekście poruszać plusów i minusów grania lub przekonywać was do jakiegoś stanowiska. Powiem inaczej, to co myślicie o graniu mówi więcej o was, niż wam się wydaje i jest to tylko wypadkowa waszych doświadczeń z grami i tą branżą. Przedstawię wam, oby pokrótce, swoje podejście.

Nie umiem tego porównać do niczego innego jak tylko do przyjaźni. Czasami nasze znajomości się rozpadają, ale z biegiem lat doceniamy ludzi, którzy się pojawili w naszym życiu. Wnieśli doń jakiś powiew świeżości i z grami mam właśnie tak. Gry często zajmowały mój czas i będąc gnojkiem myślałem o nich tylko jak o zajawce, zwykłym hobby, ot jak granie w piłę. Jednak po wielu latach grania dostrzegam, że gry miały na mnie większy wpływ, niż jestem w stanie przyznać. Często historie i bohaterowie dawali się zapamiętać na lata, innym razem gameplay praktycznie się nie nudził itd. Jest jednak coś więcej w tej pasji, niż tylko radość z gry i miód. Mam na myśli przekaz, uczucia i myśli twórców. Wiele gier wzorowało się na filmowym przedstawieniu wydarzeń np. taki Kojima z MGSem, ale to tylko powierzchnia. Gry na przestrzeni lat stały się siłą samą w sobie, a nie tylko nieudolną namiastka filmów i książek. Gry mają moc, która może przyciągnąć ludzi niezależnie od wieku, koloru skóry i wyznania. Potrafią przekazywać myśli, propagandy polityczne, krytykę społeczną i budować świadomość nowych pokoleń, będąc nadal przy tym tylko tworami wyobraźni. Jak dla mnie inteligencja, to umiejętność poważnej dyskusji na tematy czysto teoretyczne. Dlatego uważam, że gry jako medium nauczyły każdego z nas więcej, niż odbezpieczenia broni palnej. Wiele z tego to oczywiście fikcja, ale fikcja którą możemy odnieść do prawdziwego życia. Dlatego to hobby jest tak potężne.

Pamiętam swoje początki i łapczywe pochłanianie gier bez umiaru, patrzyłem na każdy nowy tytuł jak głodny człowiek na reklamę maka. Obowiązkowo ślinotok i myśli “chcę to mieć”. Z graniem jak z jedzeniem, kiedyś można przesadzić i w wymiocinach pochłoniętych tytułów znajdziemy niechęć do gier, przynajmniej przez jakiś czas. Nie zrozumcie mnie źle lubię gry, ale potrzebowałem czasu by zrozumieć, że gry nie są najważniejsze. Tak wiem – herezje, szykować kołki i pochodnie. Ale tak właśnie uważam, człowiek biedny myśli, że jak wygra w lotto, to wszystkie jego problemy znikną. Nałogowy gracz myśli, że jeśli będzie miał gier do usranej śmierci, to jest znawcą i kolekcjonerem. Prawda jest taka, że nie liczy się ilość gier, platyn i konsol, a samo delektowanie się danym szpilem. Umiejętność dostrzeżenia w grach “głębi” i płynącego z nich przekazu. Zdarza mi się wymieniać poglądy na temat gier z różnymi ludźmi i naturalne jest, że każdy ma swoją opinię, o czym wspomniałem na początku. Zaskakuje mnie tylko jak wiele osób spłyca wydarzenia i bagatelizuje historie naprawdę świetnych gier. Zdarzają się crapy, ale mam na myśli hity. Każdy pamięta śmierć Aerith z FFVII, ale nie każdy się tym przejął, większość pamięta śmierć Sniper Wolf, ale nie wszyscy szanują za to MGSa. Wiele osób grało w Vagrant Story, ale nie każdy myślał o uczuciach Ashleya, czy Sydneya. Raz bohater jest lepiej przedstawiony, raz gorzej. Ale w momencie, gdy przestałem przywiązywać uwagi do samej historii i fabuły, większość gier straciło w moich oczach, było tylko machinalne farmienie, zaliczanie zadań i wbijanie trofików. Oczywiście nie każę ludziom płakać nad śmiercią wirtualnej postaci, ale dawniej, przynajmniej dla mnie, to nie były tylko zwykłe postacie. Można to nazwać dziecięcą fantazją, można nazwać wybujałą wyobraźnią. Ale gry były piękne, gdy czułeś walenie serca kiedy w nie grałeś. Walenie, które nie było spowodowane tylko adrenaliną i poziomem trudności. Dobrze jest mieć dystans do gier, ale nie dobrze jest dystansować się do płynącego z gier przekazu.

Z perspektywy czasu wiem, że sam uciekałem w gry od problemów, wielu uciekało w alkohol i imprezy, a ja wolałem w nocy, w całkowitej ciszy odpalić swoje Final Fantasy i pakować joby/materie/summony. Gry, choć sztuczne, dawały mi prawdziwą satysfakcję, nie dlatego że je kończyłem, a dlatego że mogłem je poznać. W grach często starałem się znaleźć ucieczkę od mniej wyrozumiałego świata i nigdy się nie zawodziłem. W grach miałem kontrolę na akcją, nad bohaterem, jednak pewnego dnia sen się skończył. Iluzja prysła, bo dorosłem i zrozumiałem, że nie można uciekać całe życie od swoich problemów, a gry choć tylko umilacze czasu, pozwoliły mi odnaleźć siebie w prawdziwym świecie. Pamiętam uczucie zagubienia jako Chrono, gdy przeniosłem się w czasie, podobnie było gdy jako Serge zmieniłem świat i wszyscy znajomi z wioski mnie nie rozpoznawali. Czułem napięcie, gdy jako Snake walczyłem pierwszy raz z Gray Foxem. Przepełniała mnie radość, gdy jako Riou powiększałem swój zamek w Suikodenie 2 i smutek gdy musiałem walczyć z Jowym. Przykładów można by mnożyć… Poświęcenie Chloe w Life is Strange, sprawiło, że chciałem przejść tą zasraną grę jeszcze z 7 razy tylko by ją uratować. Nie było to jednak możliwe. Przywiązywałem się do wielu postaci i do wielu gier. Wszystko to tylko fikcja, ale uczucia były zawsze prawdziwe. Nauczyło mnie to jak powinienem traktować ludzi w swoim życiu. Nie ma znaczenia czy znasz kogoś dzień, czy pół życia. Czasami twoich przyjaciół nie ma już w twoim otoczeniu, czasami nie ma ich już na tym świecie. Liczy się tylko to, ile razem spędziliście wspólnych chwil i czego się od nich nauczyłeś. Bo można przeżyć życie bez miłości, nie ufając nikomu. Tak samo jak można grać w gry bez zaangażowania. Jednak uważam, że mimo tego, że ktoś Cie wyśmieje, bo uroniłeś łzę nad postacią z gry, ważne jest zaangażowanie i uczucie we wszystkim co robimy. To jest dla mnie pasja, czasami to uczucie jest tylko pobieżne, czasami jest bardzo odległe. Jednak nie umiem robić czegoś i nie wkładać w to serca, inaczej uważam to za marnotrawstwo swojego czasu. Wiem, że gry mogą być tylko bezmyślną rozrywką, wiem o tym. Jednak nie umiem tak o nich myśleć, bo dla mnie gry zawsze były czymś więcej. Skłamałbym pisząc, że nie zawiodłem się na grach czy ludziach, ale to nie sprawia, że nie lubię i jednych, i drugich. Raczej uczę się akceptować i tolerować oba światy, biorąc pod uwagę różne sytuacje i niedoskonałości.

Nie uważam przegranego czasu za czas stracony, tak samo jak nie czuję się wykorzystany, gdy ktoś zdradzi moje zaufanie. Może jestem ładnie zwariowany, ale dzięki grom nauczyłem się oceniać własne życie z perspektywy trzeciej osoby i okazuje się, że nie muszę być pierwszy, najbogatszy. Nie muszę mieć wszystkich nowych gier i konsol, a moje życie nie jest wcale takie ważne. Gdy o tym tak myślę, czuję się spokojny o przyszłość tak samo swoją, jak i branży. Zawsze pojawi się jakiś bursztyn w piasku w postaci unikatowej gry. Dlatego mimo całego cierpienia i problemów we własnym życiu ze spokojem pewnego dnia odłożę pada. Z uczuciem spełnienia i satysfakcji nawet jeśli wiem, że nie będzie mi dane sprawdzić wszystkich gier must have, bo mogłem żyć i rozwijać się razem z branżą. Miałem przyjemność docenić tak wiele i nauczyć się tak wiele i jeśli chciałbym coś przekazać kolejnym pokoleniom graczy, to pewnie byłoby to: “Kill to death ratio does not matter”. Człowiek nie powinien wstydzić się swoich uczuć, tak jak nie powinien cenzurować swoich myśli. Jeśli grając w gry czujesz coś więcej, to wszystko w porządku, jesteś jednym z wybrańców, bo wiele osób nie czuje nic nawet w prawdziwym świecie, a co dopiero w grach…

Avatar

Autor: Iron

All under heaven.