Resident Evil 3 (2020)

Share

Moda na wszelkiej maści remaki i remastery zdaje się nie ustawać i w sumie dobrze, bo kto nie lubi wrócić po latach do ulubionego tytułu z odświeżoną grafiką, mechaniką itd. itp.? Niestety, deweloper biorąc na siebie odpowiedzialność za nadanie grze nowego życia często mierzy się z ogromnymi wymaganiami graczy, podbitymi nostalgią i nieskazitelnymi wspomnieniami oryginału. Dziś przyjrzymy się jak pod tym kątem wypadł Capcom, który w końcu genialnie odnowił Resident Evil 2, więc co mogło pójść nie tak przy Resident Evil 3? Jak się okazuje, całkiem sporo.


Grając w oryginalnego Residenta 3 zawsze zastanawiałem się o co biega z tym początkiem, gdzie coś wybucha i Jill wyskakuje… znikąd. W rimejku, podobnie jak to było w przypadku RE2, cały prolog został rozbudowany. Gra rozpoczyna się w mieszkaniu Jill, tam też dowiadujemy się, że Chief Irons wylał ją ze S.T.A.R.S., dlatego też nasza heroina chce wydostać się z Raccoon City i utrzeć nosa złowieszczej korporacji Umbrella. Oczywiście potentat farmaceutyczny nie może na to pozwolić, dlatego też wysyła do miasta Nemesisa, aby ten pozbył się pozostałych przy życiu członków wcześniej wspomnianej elitarnej jednostki.

Trafiamy zatem na ulice miasta i tutaj od razu warto zaznaczyć, ze Capcom na szczęście nie silił się na tworzenie otwartego czy półotwartego świata. Jest klimatycznie, aczkolwiek inaczej niż w starej trójce. Topografia miasta w żaden sposób nie przypomina oryginalnego Raccoon. Owszem, widać tu i ówdzie znajome budynki, banery czy inne elementy ‘dekoracyjne’, natomiast nie powiedziałbym, że miłośnicy oryginału poczują się tu jak w domu.

To samo można powiedzieć o pozostałych lokacjach. Jeżeli oczekiwaliście nostalgicznego powrotu do znajomych lokacji jak w przypadku remaku RE2 z zeszłego roku czy chyba mojego ulubionego w grach powrotu na Shadow Moses w Metal Gear Solid 4, to niestety, ale prawdopodobnie, remake RE3 was rozczaruje – przynajmniej pod tym kątem.

 

Alternatywna wersja znanych lokacji to jeszcze nic złego, w końcu nie wymagam, aby remake był identyczny jak oryginał, ale wycięcie z gry tak charakterystycznych lokacji jak wieża zegarowa, czy Raccoon Park jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe i nie, nowa lokacja w postaci kanałów zupełnie tego nie rekompensuje.

Resident Evil 3 z podtytułem Nemesis był krótki – zgoda, ale remake za sprawą wyciętych lokacji jest jeszcze krótszy. Co więcej, niemal całkowite wykastrowanie gry z zagadek sprawia, że możemy ją skończyć na jedno – dwa posiedzenia (w moim wypadku były to w zasadzie 3 posiedzenia, ale przyznam ze celowo wydłużałem sobie rozgrywkę czyszcząc mapy z absolutnie każdego przedmiotu i szukając nawiązań do oryginału).

Zmiany nie ominęły także przeciwników. Standardowo mamy tu do czynienia w głównej mierze z zombiakami, te mogą jednać zyskiwać nowe formy za sprawą Nemesisa. W końcowych etapach gry możemy spotkać również bardziej wytrzymałych umarlaków, przy których warto korzystać z mechaniki uników. Tak, uniki powracają i są lepsze niż kiedykolwiek. Nie ma nic lepszego niż idealnie wykonany unik, a następnie soczysty head shot rozsadzający łeb zgnilaka. Z uników można korzystać we wszystkich starciach, a perfekcyjne ich opanowanie daje niezwykłą satysfakcję i sprawia, że w bardzo efektowny i efektywny sposób możemy przemierzać Racoon City.

Oprócz zombie stawimy czoła innym przeciwnikom. Powracają psy, Huntery a także zupełnie nowe monstrum, które może nas połknąć żywcem mimo pełnego zdrowia. Mówimy jednak o Resident Evil 3, a tutaj jak wiadomo, liczy się tylko jeden przeciwnik.

Nemesis, podobnie jak w oryginale, sprawia wrażenie niezwyciężonego madafakera. Każde jego pojawienie się na ekranie wysyła Ci maila do kupy, że spotkanie jest w spodniach – i tak właśnie powinno być! Mam jednak z nim jeden problem… Jego głos. Głos największego z Tyrantów sprzed ponad dwudziestu lat sprawiał, że włos jeżył się na plecach i był idealnym dopełnieniem całości – dzięki czemu Nemesis stał się postacią kultową. Nowy Nemesis został z tego wykastrowany. Oczywiście nie jest on niemową jak Mr X, nie mniej mam wrażenie, że jego głos jest mocno stłumiony, być może zbyt obniżony i gdybym nie znał oryginału, nie wiem nawet czy bym się pokapował że wymawia legendarne już „Stars”. Szkoda.

Same potyczki z Nemesisem są za to wykonane znakomicie, a ucieczki przed nim robią niemałe wrażenie, jednakże są to w głównej mierze świetnie wyreżyserowane sceny, gdzie ciężko cokolwiek spieprzyć jeżeli będziemy biegli przed siebie.

Wracają też wszyscy bohaterowie oryginału. Carlos dalej jest narcystycznym, acz szlachetnym podrywaczem, Nicholai to kawał skurwysyna – swoją drogą jest genialnie zagrany! Reszta również bliźniaczo przypomina swoje odpowiedniki z pierwowzoru z wyjątkiem… Jill. Nie mówię tu bynajmniej o wyglądzie, bo ten zmienił się praktycznie u każdego, ale o osobowości. Jill z poczciwej, niewinnej i wzbudzającej sympatię członkini S.T.A.R.S. stała się pyskatą i sarkastyczną piczą nie przebierającą w słowach w stosunku do nikogo, zwłaszcza Carlosa. Średnio mi to do niej pasowało, zdecydowanie wolę starą JV.

Resident Evil 3 to mimo wszystko bardzo dobra gra, bawiłem się z nią znakomicie. Klimat, strzelanie, mechanika uników, muzyka (często gęsto taka jak w oryginale) grafika – wszystko tutaj jest świetne. Ciężko jednak nazwać tę grę remakiem, bardziej bym to określił jako reboot trzeciego Residenta lub po prostu alternatywną (i niestety krótszą) wersją historii Jill uciekającej z Raccoon City.

Capcom starał się udobruchać niezadowolonych krótką kampanią graczy dodatkowym trybem multiplayer, ja jednak raczej nie jestem targetem tego typu zabawy. Poza tym stwierdziłem, że bez ekipy i tak nie ma co do tego podchodzić, dlatego też całkowicie go olałem. Może kiedyś… kto wie.

 

Może Cię również zainteresować: