Home WOLNA REDAKTORKA Podsumowanie szalonego roku covidowego 2020…

Podsumowanie szalonego roku covidowego 2020…

by Grifter

Pamięci wszystkim alkoholikom i narkomanom, którzy znaleźli się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie

Red Dead Redemption/ Undead Nightmare/ Max Payne 3/ Grand Theft Auto V/ Far Cry 3

Tylko Rockstar potrafi od czasu GTA3 prezentować ten sam schemat, a mimo to wprawiać w zachwyt zarówno krytyków jak i widzów, podbijając wszelkie rekordy sprzedaży. I wiecie co? Nie dziwię się, bo to wciąż działa. Początek „Red Dead Redemption” jest powolny, by nie rzec anemiczny – ganianie krów (kiedyś u babci na wsi też ganiałem bydło i powiem wam, że jest to równie „fascynująca zabawa” co tutaj), strzelanie do kojotów, czy pilnowanie rancza. Z czasem jednak tradycyjne misje z zabijaniem i rabowaniem też się znajdą i jak zwykle dla gier R poznamy totalnie postrzelonych kompanów, którzy po „normalność” z pewnością w kolejce nie stanęli. Szeryf – pierdoła, jego głupkowaci zastępcy, hiena cmentarna i śmierdziel Seth, wiecznie pijany Irlandczyk, no i cała masa mniej, lub bardziej nienormalnych NPCów. Gość, który bez konia próbuje dotrzeć do Kalifornii, ale wciąż zmierza w złą stronę, chłop, który chce stworzyć latającą maszynę, spotkasz też…koniojebcę (serio!), ale i samego Diabła. Po jakimś czasie wessało mnie niczym bagno i zwyczajnie gnałem przed siebie – zrywałem roślinki, polowałem na zwierzątka, zastrzeliłem ostatniego bizona w Ameryce, szukałem skarbów, pomagałem przypadkowym ludziom, bądź grałem w pokera i kości. Aha, pamiętajcie – na Dzikim Zachodzie pies i koń to świętość. Po zabiciu tego pierwszego w osadzie stajesz się ścigany, po zabiciu swego konia Marston rzuci – „Sorry, I’m a sick man”. Nie bądźcie koniobijcami!!

Jeśli mało wam przygód na Dzikim Zachodzie polecam kampowy dodatek w zombie klimatach “Undead Nightmare“. Choć samo strzelanie do zgniłków po pewnym czasie może zmęczyć (tym bardziej, że odbijane mieściny po jakimś czasie znowu są atakowane), tak natężenie absurdów jest momentami na tyle potężne, że trzeba to zobaczyć. Tragiczny los rodziny Sasquatchów („You eat babies!”), biskup zabawiający się z dziećmi z chóru (zjadał ich, a co myśleliście?), zakonnice z karabinami, cztery konie Apokalipsy i legendarny jednorożec strzelający z dupska tęczą, którego możesz złapać. Takie jaja! Plus dobra satyra na prawicowych pomyleńców (gość obwiniający o zarazę „żydowsko-brytyjską-homokseksualną elitę), czy pomysłowe teksty po zastrzeleniu zombiaków („Już chyba cię obrabowałem jak zabiłem cię pierwszy raz”). Świetna, kampowa zabawa.

Tak zabawnie nie jest w innej grze Rockstara – „Max Payne 3”. Chłopaki przejęli pałeczkę po Remedy serwując świetną kontynuację, godnie przypieczętowującą trylogię. Max to wciąż ten zmęczony życiem, zapijaczony gość, wspominający swoją żonę. Świetna fabuła, nieunikająca mocnych tematów (nie będę spoilerować) i brutalności (zabijanie kobiet, palenie żywcem) dobrze kontrastuje z drastyczną przemocą w wymianie ognia, wszak fizyka obrażeń i postrzałów jest fenomenalna. Strzępki skóry odrywające się z twarzy po postrzałach, kule przebijające głowy, ciała rozrywane pociskami. Depresyjna, obdarta z optymizmu pozycja. Czyli taka jaka powinna być. Sam gameplay również ocieka miodem – zamiast kalectwa z samoregeneracją zdrowia trzeba żreć piguły, z kolei wrogowie w dalszych etapach gry stają się gąbką na pociski. Trzeba ostro kombinować ze zwolnieniem czasu, by usiekać skurkowańców. Polecam przeprawę na Hard. Jest nawet trofeum, że musisz przejść całą grę na raz, nie dając się zabić. Nie dla mnie – raz, żem lama, dwa – w końcowych dwóch etapach zdarzyło mi się kilka razy (!!) fiknąć poza tekstury. Współczuję ludziom wypadającym bezpowrotnie poza tekstury po kilku godzinach prób zaliczenia tego trofea…

Zostajemy jeszcze przy Gwiazdach Rocka, choć pisanie czegokolwiek o „Grand Theft Auto V” nie ma zbytnio sensu, wszak wszystko już chyba napisano. I większość peanów jest z pewnością zasadna. Że gra posiada najlepiej wykreowane postaci w serii (Trevor, jego kanadyjski akcent i dymanie w oko misia pluszowego), świetny scenariusz i dialogi będące absolutną czołówką gier wideo, jest cudowną szyderą wymierzoną w popkulturę, prawaków (gra wkurzyła fundamentalistów religijnych i „Trumpków”), lewaków (szczególnie feministki), cudaków (ośmieszony kościół scjentologiczny, Kifflom!!). Po 80 godzinach gry stwierdziłem, że jestem zachwycony i moja gra roku stała się faktem!!

Płakałem. Daleko. Trzy razy. Mój „Far Cry 3” słyszany był nawet w siedzibie developera. Jeśli to jest ta kultowa trójka to ja pasuję i idę na piwo. Kretyńska fabułka, w której amerykański przygłup, który nigdy nie pracował, całe życie chlał i ćpał, bierze do ręki spluwę i wycina setki bandziorów (ja wiem, że gry wideo cechuje umowność, ale i ona ma swe granice), nie daje rady, nie wspominając o szamańskich cudach na kiju i samo pojawiających się na ciele tatuażach. Nadaje się to do spuszczenia w szambie. A co z tym Vaasem? Ponoć kultowy? No tak – najgorsza z możliwych klisza – coś tam bełkoczący o szaleństwie, nadmiernie krzyczący, z tendencją do „creepy” gestykulacji. Chciałbym wyżyć się bardziej, ale byłby to już spoiler. Szkoda słów. Do samej dżungli nic nie mam – wygląda fajnie, choć wszelkie misje poboczne wydają się mało sensowne. Wyścigi po plaży i zaliczanie kolejnych checkpointów (kolejne wyścigi przez kółka, o Matko Boska Amerykańska!), czy zabijanie zwierząt różnymi spluwami (strzelanie do psów ze wścieklizną za pomocą RPG? Może od razu poślijcie tam Enolę Gay?). Sam się dziwię, że ponad 20 godzin tu spędziłem…

 

Pamięci wszystkim złamanym kościom i rozwalonym czaszkom w krucjacie szalonego Nietoperzozwierza

Batman: Arkham Asylum/ Batman: Arkham City/Arkham City: Harley’s Quinn Revenge/

Batman: Arkham Origins/ Arkham Origins: Cold, Cold Heart

Jo sem netoperek! Wcześniejsze gry z Gackiem miały mało szczęścia. Wpadło Rocksteady (twórcy znakomitego „Riot Response”) i wraz z “Arkham Asylum” pozamiatali, momentalnie sięgając szczytu, dostarczając najlepszą grę z Batem, jaką widziała branża. Tak, truizm, ale co innego mam napisać, kiedy to prawda. Znakomity system walki w oparciu o kontry, posiłkowanie się gadżetami i świetna fabuła napisana przez Paula Diniego, który odpowiedzialny był za sukces „The Animated Series” (Paul wciąż pisze opowieści o Gacku), z Kevinem Conroyem jako Batman i niezrównanym Markiem Hamillem jako Joker. Nie można nie być pod wrażeniem. Plus wszystkie zadania poboczne – historie pacjentów Arkham zapisane na taśmach (spora wiedza o komiksowych zakapiorach i ich genezach), opowieść samego założyciela więzienia (robi wrażenie swą posępnością), czy zadania Riddlera – czy to zagadki przez niego pozostawione, zwykłe znajdźki w postaci poukrywanych w różnych miejscach pytajników, czy rekwizyty, którymi posługują się wrogowie Batmana. Wszystkich zagadek jest 240, więc spędzisz kolejne godziny na ich poszukiwaniu (znaleziona w danej lokacji mapa odkrywa ich lokalizację). Jeśli mam się do czegoś przyczepić to do rozczarowujących starć z bossami, szczególnie tym finalnym. Nawet Rocksteady wiedziało, że trochę zawaliło, gdyż pojedynki w kolejnych odsłonach wypadły znacznie lepiej. Grać, grać! Albo Bane połamie wam kręgosłup.

Druga część to już srogie rozczarowanie i zupełnie nie rozumiem zachwytów krytyków i tytułów „game of the year”. Po świetnym, klaustrofobicznym i intensywnym doznaniu twórcy poszli w kierunku piaskownicy i bardziej interesowały ich napaćkane na mapie zadania poboczne niż główna fabuła, która jest dość biedna, kończy się szybko i rozczarowująco (echa „Mrocznego Rycerza”). Z zadań pobocznych wartymi odnotowania jest tylko pogoń za Zsazzem i próba dotarcia na czas do kolejnych budek telefonicznych (coś jak w „Die Hard 3” lub jego growym odpowiedniku), znajdowanie ofiar Deadshota i analizowanie miejsc zbrodni, czy (mój faworyt), poszukiwanie mordercy, który zdejmuje z ludzkich twarzy skórę. Większość jest jednak bez wyrazu, no chyba, że rajcuje was ratowanie oprychów przed większymi oprychami – i tak samo przez 18 razy. Jakość panowie, nie ilość! I jeszcze te wyzwania Riddlera – gracze tak je lubili, więc tym razem przygotowano ich prawie dwa razy tyle, w liczbie 400, rozsianych po całym mieście, a żeby je znaleźć najpierw trzeba stłuc odpowiedniego gościa. I tak, po kilku godzinach latania po całym mieście miałem tego serdecznie dość i zakończyłem zbiór na liczbie 180. Byłem ciekawy co jeszcze przygotował dla mnie Riddler, ale zwyczajnie nie miałem ochoty się dalej z tym męczyć. Wspominałem o jakości kosztem ilości? Trochę świeżości zapewniło wcielenie się w Catwoman („I make you miau!”). Fajna, ładna pani.

DLC w postaci „Zemsty Harley Quinn” to z kolei prosty i krótki szpil na maksymalnie dwie godziny z kopaniem po mordach kolejnych oprychów Robinem (w zasadzie Nightwingiem, ale skoro przedstawia się jako Robin…), choć nie przekłada się to jakoś specjalnie na różnice w grze. Krótki czas potrzebny na jego skończenie przynajmniej nie zmęczy. Dobre i to.

Zadziwiające jest, że krytykowany Origins (bez udziały Rocksteady, a nawet Bebopa) podobał mi się bardziej niż chwalona dwójka, może dlatego, że poprawiono większość mankamentów poprzednika. Teren uległ skurczeniu (co za dużo to niezdrowo), dodano też możliwość szybkiej podróży (jednak się dało?), dodano odnośniki do wszystkich znaczących obiektów na mapie (w dwójce, po kilkunastu godzinach gry zupełnie zapomniałem, w którym miejscu jest wejście do metra, a gdy chciałem tam wrócić, mapa nie pomagała), zmniejszono też ilość riddlerowego śmiecia, więc tym razem zebrałem wszystkie znajdźki z przyjemnością.
Sama fabuła wyjątkowo przypadła mi do gustu i uważam ją za najciekawszą z trzech odsłon (aczkolwiek zdania mogą być podzielone), geneza najważniejszych postaci (Joker, Harley, Gordon) jest dobrze napisana i nie przeszkadza specjalnie forma prequela i tego, że znamy ich dalsze losy. Sam gameplay się zbytnio nie zmienił, ot dodano nowe gadżety jak np. „super-klej” (Szkolny się chowa), czy rękawice Elektroegzekutora (który wyrósł na jedną z czołowych pip gier wideo), bardziej ciekawie zobrazowano rekonstrukcje zbrodni (możemy przewijać wydarzenia, szukając śladów, niczym w „Remember Me”). Obniżono za to poziom trudności (szczególnie po otrzymaniu owych rękawic gra staje się dość banalna), i tym razem wsadzenie comba powyżej 50 uderzeń, nie stanowi już większego wyzwania. Samo Gotham w zimie wygląda jeszcze piękniej i złowieszczej zarazem – zaśnieżone, zamarznięte miasto nad wyraz mnie urzekło. Podobnie zadania poboczne z zakapiorami ze świata Gacka, które prezentują się oryginalniej niż wcześniej. Miłośnicy komiksów i świata Nietoperza wyłowią też sporo ukrytych smaczków. Gdy z ust więźnia Blackgate usłyszałem kultową przyśpiewkę Jokera – „Cicha noc, Batman kloc…” morda mi się wykręciła ze śmiechu. Super!

W DLC „Serca twego chłód” (piękny polski tytuł) zmierzymy się z panem Freezem, który z idiotycznego czubka ze starych komiksów, dzięki kultowemu „The Animated Series” stał się postacią tragiczną. Wykiwany przez chciwą korporację, balansujący na granicy życia i śmierci chce tylko uratować swą żonę przed nieuleczalną chorobą. Ładny przykład miłości – gorącej i ognistej mimo otaczającego ich zimna. Całkiem fajny DLC na 4 godziny gry.

 

Pamięci wszystkim zamordowanym dzieciom i Ellen Page, która dziś jest Elliotem Page’em

Heavy Rain/ Beyond: Two Souls

W latach 80 mieliśmy słynny ‘Dragon’s Lair’ na laser-dysku. W latach 90, po pojawieniu się krążka CD, filmy interaktywne przez chwilę zawojowały branżę. Americam Laser Games kręcił kolejne celowniczki z żywymi aktorami, reklamy krzyczały o przełomie, a recenzenci leli po nogach ze szczęścia (oceny w magazynie „Secret Service” dobijające do 100% w tym za…grafikę, WTF?). Dziś, spadkobiercą tamtej schedy jest David Cage (Telltale się wyhuśtało z rynku), a jego gry polegają na wduszaniu przycisków na padzie. Jak w „Heavy Rain”. Czasem jest to banalnie proste (95% przypadków), innym razem brakuje palców u rąk (np. scena w elektrowni). Zawsze jednak wszystko można powtórzyć, co jest krokiem w tył, w stosunku do „Fahrenheita”, gdzie mogłeś odwalić kitę na amen (jeśli skończyły się życia, zapiłeś leki gorzałą, albo twój współczynnik paniki spadł do zera).

Najciekawsza u Cage’a jest zawsze fabuła, lecz niestety po raz kolejny udowadnia, że jego scenariusz ma świetne założenie, gra żre, żre, ale zdycha i wykłada się na zakończeniu. Jeśli posłużyć się analogią do kina (wszak Cage jest jego epigonem) można napisać tak – zaczyna się intrygująco z klimatem przypominającym „Siedem” (seryjny morderca, śledztwo trwające tydzień, rzęsisty, zalewający ekran deszcz) z intrygą a’la „Cela” (kilka dni na odszukanie ofiary zanim ta nie zatonie), „Twin Peaks” (detektyw FBI, niczym Kyle Maclachlan i jego bar a’la Chata), ale okazuje się, że fabuła brnie w B-klasowe mielizny (próby Ethana rodem z serii „Piła”), by skończyć debilnie niczym „Iluzja” (działania mordercy nie mają sensu, bo kieruje podejrzenia na siebie). Pomijając jednak wszelkie fabularne dziury i nielogiczności (dzieciak z wyziębienia organizmu zmarłby już drugiego dnia!) dostajemy bardzo poruszającą i smutną opowieść o stracie bliskiej osoby, traumie, z której nie możemy się wyleczyć i na zawsze pozostaje w naszym sercu. Zwróćcie też uwagę na świetną muzykę – ekstraklasa. Cage sugerował, by skończyć tę grę tylko raz, ale nie mogłem się powstrzymać, by obejrzeć wszystkie warianty zakończenia (18), dlatego skończyłem ją dwa razy. To nie koniec z jego grami.

O ile „Rzęsisty Deszcz” zebrał bardzo dobre opinie wśród recenzentów, w przypadku „Beyond: Two Souls”, krytycy podzielili się na dwa obozy. I wiecie co – każdy z nich miał rację. Gra bowiem stała się totalnym samograjem (QTE nie mają żadnego wpływu na dalszą grę, zawsze popchniesz fabułę do przodu, postaci poboczne mogą wyciągać kopyta bez konsekwencji), niektóre sceny są dramatycznie słabo wyreżyserowane (końcowy fragment pościgu w Afryce), ma błędy logiczne (w późniejszej fazie gry możesz zabrać ze ściany obrazek z duchem, nawet jeśli w prologu odmówiłeś jego narysowania). Z drugiej strony jest biegun emocjonalny, a chwytających za serce scen jest tu pod dostatek. Zemsta na gnębiących cię rówieśnikach (scena a’la „Carrie”, tylko mniej krwawa), przekazanie bezdomnemu wieści od jego zmarłej żony, odebranie porodu (to już drugi poród odebrany w 2020, wpisać to do CV jako dodatkową umiejętność?), przesympatyczna scena zagrania na gitarze, plus kilka innych, których nie chcę zdradzać. Duchem, po przejęciu kontroli nad ciałem osobnika, możesz odpieprzać niezłą manianę. Powalasz takim osobnikiem durnia, możesz zastrzelić swych kumpli, wysadzić pół ulicy, czy popełnić samobójstwo rzucając się na główkę na beton. Aiden to nie Kacper, to wredny, zabójczy i zaborczy duch!

 

Pamięci wszystkim zastrzelonym przez szalonego królika, który marchewkę przełożył nad giwerę

Jazz Jackrabbit/ Jazz Jackrabbit 2/ Jazz Jackrabbit 2: Secret Files/ Jazz Jackrabbit 2: Christmas Chronicles

CliffyB zanim jeszcze odpowiadał za budowę poziomów w ‘Unrealu’ i nie rżnął piłą Locustów w Gyrosach, odpowiadał za zwariowane przygody Królika ze spluwą. Konsole miały swoje kultowe platformery, ale na piecu ze świecą było takowych szukać. Że co? Miałem nie pisać nic o blaszakach? Ależ wodzu, co wódz! To ja przepraszam…

 

Czas podsumowań roku 2020:
Ilość ukończonych gier w 2020 – 37 + 3 DLC + 2 dodatki
Czas spędzony przy grach – około 900 godzin
Gra roku – Grand Theft Auto V
Crapiszon roku – Just Cause 2
Największe zaskoczenie – GoldenEye Reloaded
Największe rozczarowanie – Far Cry 3

Sceny warte zapamiętania – „pierwsze” zakończenie „Red Dead Redemption”; strzelanina na lotnisku przy utworze „Tears” w „Max Payne 3”; poruszająca scena genezy mordercy z origami w „Heavy Rain”; napisy końcowe w ‘Vanquish’; Franklin rozmawiający z psem (What dog?), Trevor i wszystko co wyrabia w „Grand Theft Auto V”;

 

 

Autor: Tomasz Żamojtuk
“Grifter”

 

 

 

 

 

 

 

Polecamy również

Nynek to koci pupil Cross-Play. Stronka korzysta z whiskasa, czy nakarmisz Nynka? Nakarm Nynka Przeczytaj więcej o polityce prywatności