Podsumowanie szalonego roku covidowego 2020…

Share

Smutny to był rok. Wirus zjadał ludzi na śniadanie, podziały w naszym kraju dalej się pogłębiały, sprzedaż pudełkowych wydań gier mocno spadła (covid tylko przyśpieszył trend), wszystko drożeje, a jakby tego było mało, Pornhub usunął 10 milionów filmów, co stanowiło pewnie 75% ulubionej biblioteki przeciętnego gracza. Pesymiści twierdzą, że w 2021 będzie jeszcze gorzej i czekają nas kolejne kryzysy. Antyszczepionkowcy straszą, że po zaszczepieniu wyrośnie nam druga głowa (będzie nią sterować Gates lub Soros – do wyboru), politycy tym, że zapłacimy więcej za alkohol, prawicowcy zniszczeniem kościoła, a lewicowcy, że Greta Thunberg nadal nie pójdzie do szkoły. Jak żyć, panie premierze, jak żyć? Atakowany strachem ze wszystkich stron i mi udzielił się pesymistyczny nastrój, więc takowy postanowiłem przemycić do tegorocznego podsumowania o grach wideo. Dalej spotkasz same smutne treści, przy których dowcip Ricky’ego Gervaisa poniżej, wyda ci się słodki.


– Co dostała niewidoma dziewczynka pod choinkę?

– Raka.

Nie czytaj tego dalej, proszę Cię… A teraz, ku pamięci wszystkim, którzy odwalili w roku covidowym kitę…

 

Pamięci wszystkim ofiarom wojny Assassynów z Templariuszami

Assassin’s Creed II/ Assassin’s Creed: Brotherhood/ Assassin’s Creed: Revelations/

Assassin’s Creed III/Assassin’s Creed IV: Black Flag/ Assassin’s Creed: Rogue

Ospa, dżuma, cholera, hiszpanka, sars, covid zjadały nas na przestrzeni setek lat, przetrzebiając populację danego okresu. Liczba ofiar potrafiła robić wrażenie, ale to nic, w porównaniu z ludźmi wyrżniętymi w wojnie Assassynów z Templariuszami, która trwa od tysiącleci. Zamiast usiąść przy beczce bimbru i się dogadać, panowie wolą się mordować, oczywiście ku ucieszy graczy. Pierwsza część kojarzy mi się z jedną z najbardziej generycznych rozgrywek w historii gier wideo, przypominająca tech-demo i tego ile postaci można wcisnąć na kilka metrów kwadratowych. Robiło to wrażenie, cała reszta mogła tylko zrażać. ‘Assssin’s Creed 2’ poprawiło wszystkie błędy poprzednika. Misje główne nabierają kolorytu, NPCe w mieście żyją swym życiem (jeden pociąga z gąsiora i zatacza się, parka kłóci się o pierdoły, wiecznie wkurzający grajek biega za tobą, inny koleś zamiata ładnie ulicę, a każdy strzał budzi pobliskie burki, które zaczynają ujadać). Ale to nic w porównaniu z pieczołowicie oddaną architekturą Florencji czy Wenecji. Gdy pokazywałem swej mamie słynne katedry, które odwiedziła kiedyś w Rzymie była pod wielkim wrażeniem. I choć gier wideo nie znosi z całego swego wielkiego serca, to aż się za nie złapała. Ja sam, wspinając się na te ogromne kopuły czułem respekt wobec grafików i wszystkich ludzi zbierających dokumentację do gry. Do dziś druga część jest bezsprzecznie moją ulubioną odsłoną, nawet jeśli przytrafił mi się dość podły psikus, gdy po trzynastu godzinach gry, save odmówił posłuszeństwa. Nie ze mną te numery, taka pierdoła nie mogła mnie powstrzymać. Pamiętajcie, że w tej serii można głaskać kotki. Purrrfect!

Ubisoft nie chciał porzucać swej postaci, która zaskarbiła sobie sympatię graczy (przy okazji zauważyli, że można corocznie wydawać coś nowego pod tym szyldem), więc przygotowali odsłony “Brotherhood” i „Revelations”. To wtedy Ubi objawiło mi się jako ci Templariusze, którzy doją graczy ile wlezie na tym samym. Ale dałem się im zniewolić, gdyż dalszy ciąg historii Desmonda i Ezio zwyczajnie mnie ciekawił. W samej grze dostaliśmy tylko więcej tego samego co wcześniej – jeszcze trudniejsze zagadki, zbieranie dupereli wszelakich, penetracja grobowców, werbowanie zabójców i wysyłanie ich na misje po łupy. Mechanika stępiała jeszcze bardziej, sprowadzając się do gnębienia dwóch przycisków na padzie, więc jeśli szukasz wyzwania – daruj sobie. Jeśli jednak chcesz spróbować wirtualnej turystyki po europejskich stolicach będziesz wniebowzięty. Połowę gry spędziłem zapewne biegając po mieście, wciskając nos w każdy kąt, podziwiając architekturę. Niby w 2020 roku granice zamknięto, a ja sporo zwiedziłem.

Ubi zdawało sobie sprawę, że przygód Ezio nie można drenować w nieskończoność (jego historię zakończono w animowanym „AC: Embers”) i zaatakował nową przygodą i bohaterem w „Assassin’s Creed III”. Niestety Connor nie ma nawet połowy tej charyzmy cechującej Ezio, a i fabuła jest znacznie mniej angażująca niż ostatnio. Co innego ze środowiskiem gry. Owszem, wolałem stawiać niepewne kroki na dachach monumentalnych budowli, aczkolwiek zmiana była potrzebna. A tego świata nie mogę nie docenić, wszak lepiej wykreowanej zimy w grach wideo dotąd nie widziałem. Brodzenie w zaspach, przeprawa przez zamarzniętą rzekę, trzaskający pod stopami lód, czy lisy uciekające przede mną do swych nor ukrytych w zaspach. Coś większego też się trafiło – pojedynek z misiem Grizzly na noże przypomniał mi filmową „Zjawę”. Tradycyjnie dla gier Żabojadów jest za łatwo i nawet wielkie, jak penis Rocco Siffrediego drapieżniki, dość łatwo padają, tym bardziej, że jeśli nie wyjdzie ci ze spluwą, to zawsze można je załatwić za pomocą QTE. Kiepskie zagranie. Rockstar w RDR zrobił to lepiej!

Z czasem złapałem się na tym, że zamiast fabuły po prostu brnąłem w zaspach i sprawdzałem co porabiają moi znajomi w osadzie, którą możesz rozbudowywać, osiedlając na owych terenach ludzi, których uratowałeś podczas swej przygody.  Drwale nawaleni w trzy dupy (bimber z kory i wiewiórek?) rzucają się do gardeł, więc w prostej mini-gierce ich rozdzielasz. Pewna parka spodziewa się potomka, więc regularnie ją doglądałem, a kiedy przyszła pora rozwiązania, nawet pomogłem w porodzie (podobnie będzie w ‘Beyond’, mogę napisać, że w 2020 uczestniczyłem w dwóch). Najbardziej podobał mi się wątek zakompleksionego chłopa, który smalił cholewki do niezłej wariatki. Nie zdradzając za wiele, powiem wam, że próba ich zeswatania to tylko początek twego zadania, by wszyscy żyli długo i szczęśliwie (lub nieszczęśliwie, wszak mówimy o małżeństwie). To tutaj pierwszy raz pojawiły się misje morskie – proste niczym neurony narodowca, aczkolwiek cholernie rajcujące. Za rok będzie lepiej…

Przynajmniej na morzu. Ubi zauważyło co polubili gracze w poprzedniej odsłonie, więc w “Assassin’s Creed IV: Black Flag” skupili się przede wszystkim na morskich sekcjach. Rozbudowa swej jednostki, łupienie maluczkich, abordaże na wrogie okręty, czy polowanie na cztery legendarne okręty daje radość ze ściskania pada. Mało ci morskich atrakcji? Ależ proszę – nurkowanie w głębinach, lawirowanie między rekinami i poszukiwanie skarbów w resztach okrętów spoczywających na dnie. Są polowania z harpunem (widzieliście film „W samym sercu morza?”) na rekina, humbaka, czy orkę (serce krwawi widząc piękne stworzenia zalewające się krwią)? To wszystko tu dostaniesz. I robi to wrażenie. A co na lądzie? Tu jest kiepsko – fabuła jest niezbyt ciekawa, a całkowitym nieporozumieniem są zadania, w których musisz kogoś śledzić i słuchać jego ględzenia, tylko po to, by po dotarciu do celu, zabić go. I, o zgrozo, grubo ponad połowa misji na lądzie opiera się na tym schemacie. Pomyłka! Bieganie po siedzibie Abstergo bezimiennym pajacykiem również sięga dna. Historia Desmonda – Jezusa, jego tragiczne przeznaczenia miały w sobie siłę i zawsze (jako jeden z nielicznych) broniłem jego ścieżki i etapów poza fotelem Abstergo (nie licząc „tetrisa” w jednej z odsłon). Tutaj obronić się tego nie da. Marność nad marnościami i wszystek marność…

Całość lepiej rozegrano w „Assassin’s Creed: Rogue”. Fabuła z punktu widzenia Templariuszy nabiera kolorytu, misje są znacznie ciekawsze, a łupienie statków jest najlepsze w serii. Misje poza Abstergo wciąż są nędzne, topornie skopiowane z wcześniejszej odsłony, choć jednak ciut ciekawsze (ale tylko „ciut”). Krótki czas głównej fabuły, czy recykling poprzednich części w stopniu zatrważającym, czynią tę produkcję typową fanbazą, bez autonomicznego potencjału. Ale Ubi chyba już wtedy zdawał sobie z tego sprawę…

 

Pamięci ofiarom zmarłym w wyniku wirusa, powstałego w tajnym laboratorium i wszystkim, którzy zostali zastrzeleni przez służby porządkowe

Prototype/ Prototype 2/ Infamous / Infamous 2/ Resident Evil 6

W 2020, gdy covid radośnie sobie żarł, ludzie kombinowali jak koń na Krupówkach, by ograniczyć szansę zarażenia. Maseczki, unikanie skupisk ludzkich, zaszycie się w Bieszczadach na rok. „Prototype” pokazuje czego nie robić w przypadku epidemii, która zaatakowała cały Nowy Jork. Połowa mieszkańców zmutowała w ohydne paskudztwa, więc co robi druga połowa – biega po ulicach, lawirując między nimi i wymachując rękami krzyczą „I don’t want to die”. Ciekawy pomysł na przetrwanie. Na ulice czołgami wyjechało wojsko? To zdrowi mieszkańcy wsiadają w samochody i starają się te opancerzone wozy omijać. Większości się to nie udaje i giną w wybuchach, ale grunt mieć jakiś cel na dziś (no co, po burgera pojechać muszę!). Gdy przed nimi zmasakrujesz jakiegoś cywila, pokrzyczą chwilę, po czym dalej ruszą wolnym krokiem w miejsce do którego zmierzali. Żołnierze nie są inteligentniejsi – gdy zobaczą twe działanie, zaczynają szaleć. Karabiny, wyrzutnie rakiet, czołgi, helikoptery – wszystko leci w twoją stronę. Wystarczy jednak kicnąć za murek, „przemorfować” się w inną postać (możesz zmieniać kształt swego ciała) i tracą zainteresowanie. Nie przeszkadza im nawet, że w przebraniu cywila latasz w powietrzu i skaczesz na 30 metrów. „Zgubiliśmy go” – wykrzyknął wojak, któremu przed nosem zeskoczyłem z drapacza chmur. Bez komentarza.

Gra jest doskonałą lekcją czego nie robić w czasach zarazy za to ty możesz robić wszystko – mordujesz, demolujesz, surfujesz między wieżowcami, morsujesz…(a nie, to ostatnie nie). Szybko przyzwyczaisz się, że kicasz niczym Zajączek Wielkanocny, biegasz szybciej niźli Usain Bolt, a na szczyt najwyższego budynku w mieście dostaniesz się szybciej niż Spiderman (w dodatku nie musisz z łapki strzelać czymś białym i lepkim). Na szczyt Chrysler Building (to ten co pięknie pikował w „Armagedonie” i był bonusową lokacją w „Parasite Eve”) dostaniesz się w 15 sekund. A później możesz zeskoczyć z niego na ziemię – bez konsekwencji. Jesteś Bogiem – uświadom to sobie. Po krótkiej frajdzie wychodzi jednak miałkość tej produkcji – kiepska fabuła, nieznośna generyczność zadań pobocznych (wciąż te same – dosłownie!) i sprowadzenie gry do samej demolki. Jeśli ktoś lubował się w serii ‘Postal’, czy za cel obierał sobie zgarnięcie sześciu gwiazdek w GTA to pozycja dla niego. Cała reszta szybko się tym zmęczy. Jedyne co szczególnie mi się podobało to pozyskiwanie wspomnień wchłanianych osób. Jeśli chcesz poznać fabułę w całości musisz pozyskać je z ciał określonych person rozsianych po całym mieście. Całość w menusach prezentuje się niczym siatka neuronów, którą musisz zapełnić w odpowiedniej kolejności by poznać kim jesteś, co się z tobą stało i jaka jest geneza wirusa. Fajne.

Po miałkiej jedynce nie spodziewałem się cudów, ale Radical Entertainment (dylogia „Prototype” to ich ostatnie gry, studio zamknięto w 2012) odpicował dwójkę, która okazała się lepsza niż poprzednik (choć fabuła nadal jest denna), poprawiając dawne mankamenty, jednocześnie zamieniając grę w totalny slasher na modłę ‘God of War” (finishery to przeurocza jatka). W całość gra się przyjemniej, niestety w kwestii trudności twórcy przegięli w drugą stronę. Końcowe misje w jedynce były wymagające, wręcz frustrujące (na hardzie nie dało się w to grać w związku ze straszliwym chaosem), tu z kolei stworzyli pozycję, która nie stanowi wyzwania nawet na najwyższym poziomie trudności. Ze skrajności w skrajność. Podobała mi się za to główna postać – wielki zwalisty Czarny, posturą i zachowaniem przypominający Barreta z „Final Fantasy VII”. Choleryk i furiat, który budził respekt samym podniesieniem głosu. Jako Człowiek-Demolka sprawdził się znakomicie!

W „Infamous” (czytamy: ‘infymys’) też zaraza, więc miasto odizolowano, a wojsko strzela do wszystkiego co się rusza. W tym bagnie ty – Zeus, Raiden, a nie…przepraszam…Cole Gromowładny, który potrafi ciskać piorunami (paluch od walenia R1 bolał mocniej niż po ośmiogodzinnej masturbacji). Biedaczek ledwo ogarnia swoje moce, a tu już wciskają mu pod nos dylemat, czy być bohaterem miasta, czy zwykłą gnidą. Nie ukrywam, niektóre moralne dylematy okazały się nad wyraz ciekawe (czy uratować swoją byłą, która cię nie znosi, czy grupę innych, cennych dla społeczeństwa ludzi?), a te przekładają się na twój wygląd, moce i postrzeganie ciebie przez społeczeństwo. Gra uczy, ze życie bohatera to nie tylko estyma i wieczna chwała, ale i źródło problemów – wszyscy za tobą biegają i proszą o pomoc, bo nie potrafią zawiązać nawet buta. Okazało się, że bycie herosem to niebotyczne oczekiwania ze strony ludzi, którzy myślą, że rozwiążesz ich wszystkie problemy, tylko dlatego, że posiadasz boskie moce. Co innego jeśli jesteś zły – nikt cię o nic nie poprosi, ludzie w histerii od ciebie spierdalają, ci odważniejsi potrafią rzucić w ciebie kamieniem i dać ci wyraz nienawiści („Powinieneś umrzeć!!) Kim wolisz się stać?

Graficznie szału nie ma, otoczenie jest mocno przeciętne, a podczas jazdy po szynach pop-up masakruje oczy („A tory…a tory też były złe”). Sama animacja Cole’a jest bez zarzutu, a jego wygibasy po budynkach sprawiają sporo frajdy. Dla miłośników platformerów – 350 dupereli do zebrania (oczywiście zebrałem). Czas na dwójkę

Ogrywając grę w 2020 czułem się nieswojo, zapewne tak samo jak ofiary huraganu Katrina, który spustoszył w 2005 roku Nowy Orlean. Z jednej strono miasto, gdzie na każdym kroku spotkasz jazzowego grajka, z drugiej zatopione zgliszcza dawnych domostw i ludzie broczący w bagnie wśród swych zniszczonych domów. Nie była to pewnie łatwa przeprawa dla mieszkańców południowego stanu USA. Dlaczego ja poczułem się nieswojo? Otóż w grze mamy do czynienia z zarazą o nazwie „Plaga”. Widzimy ludzi umierających na każdym kroku, na ulicach, w domach. Cały czas obserwujemy ekrany wiadomości, podających informacje o kolejnych ofiarach. Pod koniec gry, prezenterka oznajmia nam, że to jej ostatni przekaz i resztę swego czasu zamierza spędzić ze swoją rodziną, po czym widzimy sygnał kontrolny. Witajcie w czasach końca świata! W 2020 roku nie dało się przejść wokół takiego przekazu obojętnie. Sam postanowiłem więcej czasu spędzać z rodziną…

Cała reszta to dość bezpieczna kontynuacja w każdym aspekcie chcąca być lepsza od poprzednika. Budżet był ewidentnie większy (lepszy silnik, grafika, tekstury to wyższa liga niż w jedynce), misje poboczne stały się znacznie ciekawsze, a dylemat między byciem dobrym, bądź złym jeszcze lepiej rozegnany (bardzo dobry finał, po obu stronach barykady mocno ambiwalentny, gorzki, daleki od satysfakcji). Ciekawiej prezentują się też nasi towarzysze broni, którzy w zależności od twoich poczynań mogą podążyć za tobą, bądź stać się twymi wrogami (okazuje się, że w obliczu śmierci, ludzie mogą szybko zmienić stronę konfliktu). Aha – pokochałem Nix – bardzo ładna pani, całkowicie pierdolnięta, ale naprawdę dobrze napisana przez scenarzystę. 305 odłamków oczywiście zebrałem…

Pamiętacie Rezydencję Zła? Głupie pytanie. Teraz Rezydencja Zła jest już szósta, przy czym nie jest to już szósta odsłona (licząc wszelkie spinoffy), nawet nie szesnasta, (a policz sobie), a rezydencji też już nie ma, wszak wirus (czy to jego protoplasta) rozlał się na cały świat (kiedy Antarktyda i strzelanie do zmutowanych pingwinów?). Capcom chyba sam nie wiedział w którą stronę pójść, więc podążył w kilka, dając nam cztery różne scenariusze (od typowo napakowanego testosteronem kina akcji, po ten z elementem horroru czy stawianie na ciche rozwiązywanie problemów). Tylko trochę się spóźnili, gdyż od kilku lat, mieliśmy do czynienia z mniej topornymi shooterami. W 2005 roku wraz z czwartą częścią, Capcom wspiął się na wyżyny, odtworzenie tego 7 lat później było już dawno passe. Szóstka jest doskonałym przykładem jak dynamicznie zmienia się ta branża i jak nie można przespać momentu, że coś idzie w złym kierunku, ustępując innym. Co z tego, że gra ocieka akcją, animacje wykończeń są świetne, a skończenie gry zajmuje ponad trzydzieści godzin? Całość nie tylko rozminęła się z genezą serii, ale i czwórką, racząc gracza holly-shitem rodem z późniejszego kina Michaela Baya (o mej ukochanej „Twierdzy”, nie napisałbym złego słowa). Strzela się kiepsko, rusza się topornie, a fabuła to totalna mielizna, z głupotami jak postaci spadający z kilkunastu metrów, odnoszący rany, po których nawet na organy by się nie nadawali, a nawet przeżywający katastrofę samolotu pasażerskiego, który rozbija się w centrum miasta. I wychodzą z tego bez szwanku. W Smoleńsku, Leon zapewne wyszedłby z wraku, otrzepał szczątki pijanego generała i poszedł na zimnego Lecha. Takie tu cyrki.

Kolejna Strona: 1 2 3 4
Grifter

Grifter

Miłośnik kina i gier wideo. Chce skończyć w życiu 1000 gier i obejrzeć 10 000 filmów. Po wypełnieniu zadania hibernuje się na kolejne tysiąc lat.

Może Cię również zainteresować: