Home WOLNA REDAKTORKA PlayStation 2 kończy 20 lat!

PlayStation 2 kończy 20 lat!

by CrossPlay

Nie tak dawno obchodziliśmy 25 urodziny PlayStation, a dziś już mamy 20 rocznicę PlayStation 2 w Europie. Z tej okazji, podobnie jak ostatnio, zebraliśmy zacne grono redakcyjne i postanowiliśmy podzielić się z Wami naszymi wspomnieniami dotyczącymi drugiej maszynki do gier Sony. Miłego czytania i piszcie jak Wy wspominacie PS2.


Historia lubi zataczać koło i nie inaczej jest w przypadku PS2. Szarak zagościł u mnie dość późno, bo kiedy ja na pełnej świętowałem w domu styczność z piątą generacją – tuż za rogiem była już przygotowywana szósta. W przypadku kolejnej generacji było podobnie (a może jeszcze gorzej). Nie trudno się domyślić, że wszystko rozchodziło się o hajs, którego na tak luksusowy towar jakim była czarnulka, najzwyczajniej w świecie nie było.

Premiera kolejnej generacji Sony miała u nas miejsce 28 listopada 2000 roku i przyznam szczerze, że data ta nie wpadła mi jakoś wyjątkowo w pamięć. Jako dwunastolatek byłem realistą i doskonale zdawałem sobie sprawę, że na taki sprzęt będę czekał przez długie lata. W pamięci utkwiła mi za to cena – 2699zł na wystawie w Empiku. Powiedzieć, że była to cena zaporowa dla szarego człowieka w tamtych latach, to tak jakby nic nie powiedzieć. Przyznam szczerze, że nawet w szkole, wśród burżujskich dzieciaków nie znałem ani jednej osoby, która posiadała owe cudo technologii w przeciągu roku od premiery. W tamtym okresie cena PSXa oscylowała w granicach 600-700 zł i był to spory wydatek jak na konsolę, a co dopiero pełne dwa koła więcej.

Przez długie lata katowałem w tym okresie mojego poczciwego szaraczka, z łezką w oku spoglądając co rusz to na nowe premiery mocarnych tytułów na czarnulce. Słabsze sprzęty stopniowo zaczęły odchodzić do lamusa, międzygeneracyjne gierki jakie wychodziły na obu platformach zaczynała dzielić technologiczna przepaść, a z czasem w magazynach zanikał wszelki słuch o PSX’ie.  Nastały dla mnie czasy, kiedy to przyszło mi zacisnąć growego pasa. Przez następne lata żyłem informacjami z prasy, oraz spotkaniami u kogoś, kto mógł sobie na taki luksus pozwolić. Był to też okres, kiedy złote lata przeżywała telewizja, w tym najlepszy dla mnie program: HYPER. To tam wieczorową porą przez kilka godzin oglądało się recenzje, zapowiedzi, i tony innych materiałów z growego poletka. Ktoś powie, a Youtube? Bitch please… a co to takiego? Do tego dochodziły oczywiście wciąż żywe i prężnie rozwijające się salony gier, które już nie tak często, ale wciąż się odwiedzało.

Jak dziś pamiętam, jak mój najlepszy kumpel kupił sobie Slimkę i przez całe wakacje katowaliśmy sprzęt do późnych godzin. Najbardziej wtedy wchodził nam Soul Calibur III (Sriii jak mieliśmy w zwyczaju wołać). Ale wiadomo jak to na posiadówkach, grało się głównie w tytuły multi, więc nie dane mi było jeszcze doświadczyć najlepszych singlowych opowieści. Jakoś się potem tak potoczyło, że owa czarnulka została mi pożyczona na dość spory okres czasu i to był dla mnie czas ogrywania na niej najlepszych tytułów. Tak jak w przypadku PSX’a, tak przy PS2 znów byłem w sytuacji, kiedy to nie wiedziałem za co chwycić, gdyż na rynku było już zatrzęsienie gier, a w prasie oczywiście było już słychać echa PS3.

Człowiek znowu wszedł na pełnej mocy w świat gier, a ten był ogromny. Ilość mocarnych marek jakie wyszły (i jeszcze miały swoje premiery) była ogromna. Z jednej strony mieliśmy kontynuacje najlepszych tytułów z poprzedniej generacji (Gran Turismo, Tekken, Mortal Kombat, Final Fantasy, GTA itp.), a z drugiej nowe IP, które były w wielu przypadkach rewolucyjne (God of War, Shadow of the Collosus, Jak and Daxter, itp.).  Z czasem oczywiście oddałem kumplowi konsolkę, a sam zaopatrzyłem się w swoją i dalej szpilałem w największe hity jakie tylko miała do zaoferowania.

Chociaż większym sentymentem darzę PSX’a, to mam wrażenie, że na PS2 spędziłem sporo więcej godzin. Zapewne miał na to wpływ fakt, że gry były większe, bardziej rozbudowane – tereny do lizania ścian stały się bardziej otwarte na rzecz korytarzowych przestrzeni. Być może też fakt, że byłem starszy sprawił, że dogłębniej badałem nie tylko fabułę, ale również mechaniki gry.

TOP 5:

  1. Final Fantasy X
  2. God of War II
  3. Soul Calibur 3
  4. Kingdom Hearts
  5. Need for Speed Underground 2

Szykuje nam się fajny wspominkowy materiał, zainteresowanie też większe, niż przy 25 urodzinach PSXa. A jednak historia i biblioteka gier na PS2 jest o wiele obszerniejsza. Dlatego może daruję sobie zbędne wstępy i przejdę z miejsca do sedna. Gomlin wyżej wspomniał jak wyglądała sytuacja w kraju w roku A.D. 2000. Jednak żaden opis nie odda tego jak wiele dramaturgii było w oglądaniu nowej konsoli Sony przez szybę za 2500zł. W tamtych czasach u nas PSX trzymał się bardzo dobrze, jako, że PRL zrobił swoje i większość nowinek trafiała do nas z poślizgiem. W roku 1999 Square wydawał na szarka jeszcze hity, a ja w tamtych czasach byłem ich zagorzałym fanem. Wystarczy rzucić tytuły takie jak: Legend of Mana, FFVIII, Front Mission 3, Chrono Cross, czy Parasite Eve 2, a rok później: Vagrant Story i FFIX. Zmierzam do tego, że PS2 na start miało kilka względnie dobrych gier np. DoA2, Tekken Tag, Ridge Racer V, czy Unreal Tournament. Ale nie wiedzieć czemu wszyscy w sklepach na pokazach puszczali FantaVision… (Start bez porównania do PS5, ale zbaczam z tematu). W moich oczach PSX miał się bardzo dobrze. Jednak pewnie nie tylko ja, po szkole chodziłem do najbliższego sklepu EuroAGD itd., by sobie popatrzeć na ponętne kształty nowej konsoli i fantazjować jak gram w nowe hity, jednocześnie unikając zerkania na cenę, która odstraszała lepiej, niż stary w slipach potencjalnej dziewczyny…

Z tego też faktu swoje PS2, za zarobiony na wiśniach i butelkach z wina hajs, kupiłem dopiero w okolicach 2004 roku, długo przed premierą Slimki. Jak nacieszyłem się już wystarczająco PSXem, ale wielu znajomych i tak dalej katowało szaraka. Nie raz zabierałem PS2 do plecaka i organizowaliśmy u kumpli domówki. Wielu z nich łapało ogromną zajawkę na czarnulkę, szczególnie taki Devil May Cry robił robotę, ale też Silent Hill 2, Soul Calibur 2, Tekken 4 (mimo oczywistych wad), czy seria Burnout. W tamtym czasie wybór gier był już ogromny i dla mnie to właśnie te lata 2003-2008 spędzone z PS2, były moim apogeum gracza. Nigdy wcześniej, ani później nie grałem tyle co na PS2. Po jakimś czasie, z kumplami nie było już imprezy bez powabnej czarnuli i soczków wyskokowych, a siedząc w zadymionym pokoju czuliśmy się jak przedszkolaki z nową zabawką na sterowanie. Bez wyjątku, każdy znajdywał coś dla siebie i to właśnie było cudowne w konsolach Sony, cała gama gatunków, oraz różnorodna paleta stylów, historii i klimatów. Konsolę i TV brałem nawet, gdy organizowałem u siebie grilla na działce, za miastem. Świetne czasy, które zleciały tak szybko, że teraz nawet nie wiem kiedy… Zbyt dużo historii, by się rozpisywać, a za mało miejsca, by całkowicie oddać ten klimat. Jednak każdy kto miał PS2, pewnie ma swoje wspominki i to jest najfajniejsze. Pamiętam jak siedziałem i katowałem Dragon Quest VIII. Pewnej nocy nabijam poziom na metalowych glutach i nagle słyszę jak stary wychodzi zdecydowanym krokiem z pokoju, ja tylko szybko kołdra na głowę i pada, TV out na pilota i czekam jak alianci podczas D-Day, aż opadnie klapa i zacznie się szturm na Omaha Beach… Nagle wbija do pokoju ojciec i na cały blok: „kur%a kto będzie płacił za prąd?!, zaraz ci wypier@%ę korki i skończy się siedzenie po nocy!!”, ja oczywiście stoicko udaję, że śpię. Po czym jebnięcie drzwiami, a ja trochę zesrany, bo konsola była na pauzie i nie zapisywałem stanu, więc kto wie, czy zaraz nie będzie odcinki zasilania haha. Takich i podobnych akcji było trochę, ale dziś mam z tego bekę, bo człowiek wiedział, że szkoła i trzeba wstać, ale magia PS2 była po prostu tak silna… Jedni myśleli o tym by urwać się ze szkoły i iść na melanż, a ja jak pokonać Paina w MGS3 na European Extreme.

Większą ilością anegdot was nie będę zanudzał, ale do dziś gram na PS2 i mam gry do ogrania, a zakupiony przed laty model nadal pracuje i nie został „zacipowany” przez iluminatów. Świetna konsola, a wybranie Top5 graniczy praktycznie z cudem. Dlatego możne napiszę trochę więcej o grach. God of War 1 i 2 był innym podejściem do gatunku po DMC, z kolei trzeci Dante i jego popisowe akcje powodowały kręcenie się włosów pod pachami. Dużo grałem w: serię Burnout, Ace Combat i oczywiście — Tekken 5, z kumplami wszystko na multi, od Urban Reign, po Everybody Tenis i PESa. Co dalej? GTA Vice City i San Andreas, Yakuza, Onimusha (seria), katowanie bossów na arenie w FFX, który normalnie jest grą na 50 godzin, a ja zrobiłem cały swój Grid w niecałe 250 godzin. Gran Turismo 3 i 4 bawiło tak samo jak na szaraku i potrafiłem godzinami dopieszczać samochody i jeździć tylko dla samej satysfakcji. Shadow of the Colossus wyrwał mnie z kapci, nie wierzyłem, że PS2 jest w stanie wygenerować takich olbrzymów i ta muzyka. Sztos. No, a nawet nie zacząłem pisać na poważnie o jrpgach… Persona 3 i 4, Kindom Hearts 1 i 2, Okami, Shadow Hearts, Xenosaga, FFXII, Rogue Galaxy, Dark Cloud, Digital Devil Saga i całe Shin Megami, Breath of Fire DQ, Ring of Red, Valkyrie Profile 2, Front Mission 4 i 5, Tales of the Abyss, Suikoden 3, 4, 5 i Tactics, Star Ocean 3, Radiata Stories, Odin Sphere, Baldur’s Gate: Dark Alliance… Jednym słowem — MASAKRA. A to nie wszystko, a gdzie inne gatunki np. akcja, przygoda, czy nawet plaformówki z Jak and Daxter i Ratchet and Clank? Po prostu nie jestem w stanie o wszystkim napisać i wymienić ile gier przeszedłem, oraz jak dobrze się przy większości bawiłem. Nawet jakieś mniej znane produkcje Capcom (Darkwatch, Chaos Legion, Devil Kings) wspominam bardzo dobrze. Nawet średniaki jak: Nanobreaker, Ruble Roses, God Hand, Demon Chaos przechodziłem z bananem na ryju. Dlatego dla mnie, to nie jest RETRO, ja na tych starszych konsolach się wychowywałem i do dziś jak najdzie mnie ochota, to wracam do ogranych klasyków lub nadrabiam zaległości, których nawet teraz w 2020, jest całkiem sporo. Doceniam PS2, za te wszystkie lata, możliwość odpalania filmów DVD i cieszę się, że ekstremiści z bliskiego wschodu nie używali podzespołów tej maszynki, do rakiet dalekiego zasięgu hehe.

TOP 5:

  1. Tekken 5
  2. MGS3: Subsistence
  3. God of War II
  4. Burnout 3
  5. Final Fantasy X

PlayStation 2 to moja konsola życia. Obstawiam, że również i wasza, nie licząc rednacza Nadola, którego Sega Saturn straszyła dzieci wyskakującym logiem startowym i dźwiękiem „Seegaaaaa” nawet jak jej jeszcze nie znał. Tutaj wszystko było sensualne, dobrze podane ze smakiem na tacy, która oferowała nie dziesiątki, setki a tysiące smacznych dań. Biblioteka niekończącej się radości, porodówka nowonarodzonych produkcji, wytwórnia z ogromną rozpiętością gatunkową. PlayStation 2 po dziś jest wzorcem i konsolą niemal idealną. Do pełni szczęścia brakowało mniejszego pułapu cenowego podczas premiery i więcej bloków w karcie pamięci. Reszta to tylko esencja, o której Wam opowiem bez zbędnego pitolenia. Moja przygoda z konsolą to dziecięce marzenia o tym jak zdobyć ją na własność. Niestety to były czasy nieosiągalne dla zwykłego Rumcajsa jakim byłem i portfela rodziców, których błagałem. Nikt w zasięgu promienia wybuchu atomówki nie miał takiego sprzętu jak PS2… Zaczynało się więc od czasopism i rozmów ze znajomymi w klatce schodowej, po lizanie cukierka przez szybę witryny sklepowej. Był jeszcze program Hyper. To tam siedziałem nocami oglądając pierwsze fragmenty rozgrywki takich gier jak Gran Turismo 3, Devil May Cry i Grand Theft Auto 3. Frash Air, czy Review Territory z Miłoszem Brzezińskim i Tadeuszem Zielińskim to było najlepsze co mogło spotkać telewizję, jeśli mówimy o grach. Teraz mamy Gametoony, ale to nie to samo kiedy widzisz gościa tłumaczącego swoje niezdarstwo na setki sposobów (hi Łozo!). Dawniej czuło się cząstkę ekscytacji, swojski klimat, zachwyty nad każdym elementem, teraz sztywno patrzymy na setki pojawiających się newsów o nowym dashboardzie konsoli, wyniku głośności w decybelach, czy wersji kolorystycznej pada którego nie ma. Przygnieceni informacjami nie jesteśmy w stanie odkrywać sprzętu na nowo. PlayStation 2 miał premierę w czasach kiedy nieznane były pojęcia typu influancer, klikalność, stream oraz gównoburza. Owszem czasopisma ze szczegółowością opisywały najmniejszą nawet cechę charakterystyczną dla danego sprzętu, ale nie podawali na tacy najważniejszego – duszy konsoli. A tą byliśmy w stanie odkryć tylko my!

I właśnie ten pierwszy, premierowy raz pamiętam do dnia dzisiejszego. Przychodzę do wujka i ciotki w odwiedziny, kręcę się po domu, w końcu to nudna rutynowa wizytacja na linii nudnej pogadanki rodziców z rodziną. Wtedy jednak mój zmysł smarkacza coś przeczuwał… podejrzanie podobny pad do „Szaraka” tylko w kolorze czarnym, który leżał wygodnie na podparciu kanapy, a od niego wychodził kabel, który musiał przecież doprowadzić mnie do niej, wymarzonej, jedynej – PlayStation 2. To było uczucie porównywalne z pierwszą jazdą Lamborghini Diablo w Need for Speed, pierwszym kęsem gofra z bitą śmietaną nad słonecznym Kołobrzegiem, czy pierwszym obejrzeniem Jurassic Park na dużym ekranie. Kontaktu z czarnulką ciężko jest wymazać z pamięci. A co dopiero później się działo? Wystarczyło aby wujek pożyczył konsolę na okres ferii zimowych i poza nią nie widziałem świata, nie miałem pojęcia który jest dzień tygodnia i czy kolacja to czasem nie śniadanie. Chłonąłem świat zaprezentowany przez Sony jak ogromny SpongeBob Kanciastoporty. Laser w konsoli co chwilę błagał mnie o przerwę, a jedynie co mogłem mu zaoferować to zjazd do kokpitu na wydalenie niepotrzebnie utrudniających życie jedynkom i dwójkom. Nawet znana mi trójka ustępowała w dostarczaniu mi przyjemności, rozkładając czerwony dywan dla jedynego króla rozrywki w domu – PlayStation 2. Te kilka chwil z białowłosym w Devil May Cry, kiedy odrzuca motocykl Trish salwą pocisków. Ten świetny motyw powstania z ziemi kiedy został przebity przez miecz Rebellion. No i niepowtarzalny klimat ponurego zamczyska z dreszczykiem niepewności pustych korytarzy, kościelnych organów i pulsujących kolumn, który spływał strumieniami potu podczas szlachtania Marionetek – od samych pach po niezarośnięte jeszcze młodzieńcze jaja. Pierwsze przygody największych maskotek: Ratcheta i Clanka, Jaka i Daxtera, Sly’a Coopera, Bentleya i Murraya. Pierwsze odpalenie Gran Turismo 3: A-Spec kiedy to kilka razy przeczytało się 10 stronicową recenzję Hiv-a w PSX Extreme i kilkadziesiąt razy obejrzało zwiastun w programie Hyper. Ekscytacja pełna orgazmu podczas pierwszej kraksy w Burnout 3: Takedown, ślinotok widowiskowości i krew tryskająca z uszu podczas rozprawiania się z matką Hydrą z ulewą w tle w God of War. Pierwsza jazda rowerem w słonecznym Los Santos w zachwalanym pod niebiosa Grand Theft Auto: San Andreas, czy zetknięcie z artyzmem w najczystszej postaci za sprawą Team Ico i ich gier: Ico, Shadow of the Colossus. PlayStation 2 to więcej niż kawałek plastiku. To cząstka mojego wspomnienia, fragment prawdziwej radości i żadne tam terminy „nostalgii” nie przesłonią tego, że jest to moja konsola życia. Posiadałem, posiadam i będę posiadał ją na zawsze. Centymetrowa warstwa kurzu nie powstanie jeżeli ja jeszcze będę stąpać po ziemi.

TOP 5:

  1. God of War II
  2. Burnout 3
  3. Devil May Cry
  4. Gran Turismo 3
  5. Silent Hill 2
  6. Resident Evil 4 (wcisnął się w kolejkę :D)

Nostalgię rozumiem jako uczucie towarzyszące nam w momentach, kiedy wracamy wspomnieniami do czasów wolności, przekonania, że świat kręci się wokół nas i wiemy o nim wszystko, a problemy mogące ten stan rzeczy zmienić nie istnieją. Wyobrażenia o takiej pożądanej beztrosce powracają do mnie praktycznie przy każdej wspomince o Playstation 2 – pierwszej konsoli z prawdziwego zdarzenia jaką posiadałem.

Przed „czarnulą” były liczne Pegasusy oraz komunijny komputer stacjonarny, czyli wszystko to, co dobrze zna większość osób wychowujących się na przełomie tysiącleci. Zamiłowanie do sprzętu Sony skądś jednak musiało przyjść i wszystko zaczęło się u moich sąsiadów, u których grałem na PSX. Sam „szaraka” nigdy nie posiadałem, lecz miałem okazję zagrywać się w sporo różnych hitów, więc niecierpliwe wyczekiwanie na następcę Playstation było naturalną koleją rzeczy. Zabawne, ponieważ doskonale pamiętam moje nieustanne wchodzenie na głowę rodzicom i błaganie o nowy hardware – mając jakieś 8 lat nie do końca zdawałem sobie sprawę, że podarowany mi komputer to nie jest gadżet wzięty ze sklepu za drobne i że muszę dać trochę odsapnąć portfelowi rodziny. Tymczasem koledzy zza ściany już mnie uprzedzili i to również u nich miałem dziewiczy kontakt z PS2. To się działo jakoś w 2002 roku i za nim sam stałem się posiadaczem własnego egzemplarza, przeżyłem z elektroniczną rozrywką wspaniałe przygody, dokładnie te, które po dekadach wspomina się z niesamowitą czułością. W tamtych czasach konsola kosztowała krocie, to też nikogo nie zdziwi chyba fakt, iż graliśmy bez karty pamięci. I tak oto w ten sposób odbywały się kilkudniowe maratony i wspólne przechodzenie Dark Cloud, bądź wykonywanie challange’y w Gran Turismo 3, gdzie do pokonania były liczne okrążenia w jednym wyścigu i zmienialiśmy się kilka razy przez całą dobę, by dokończyć dzieła. Równocześnie w czwartej klasie szkoły podstawowej poznałem więcej kolegów posiadających PS2, więc wszyscy dookoła zaczęli wymieniać się coraz to nowszymi produkcjami, a ja czmychałem od jednego do drugiego, poznając kolejne sztosy. I tak do października 2004 roku.

Na pewno to była środa, nie pamiętam dnia w kalendarzu, ale właśnie wtedy po szkolnych zajęciach oraz naturalnie długich, miesięcznych pertraktacjach z rodzicami, szedłem po swoją nową zabawkę do sklepu sieci Avans. Tam za cenę 799 zł podarowano mi wersję Silver z trzema grami w bundlu. Odpowiednio były to The Getaway, Socom oraz Ratchet&Clank. Pierwszej pozycji specjalnie nie pokochałem, bo wydawała mi się dość skomplikowana, siląca się na realizm i zdecydowanie mniej urzekająca od serii GTA. Socom to też inna bajka, gdyż jeszcze niespecjalnie lubowałem się w strzelankach (zabawne, bo wszystko zmieniło Call of Duty kilka miesięcy później). Ratchetem natomiast się zachwyciłem, ponieważ dzięki niemu doświadczyłem esencji gier platformowych. Gdy nie miałem funduszy na kolejne szpile ratowałem się Oficjalnym Magazynem Playstation 2, który za zawrotną cenę 35 zł miesięcznie oferował dodatkowo płytę z wersjami demonstracyjnymi. To dzięki tym kompilacjom poznałem masę tytułów must-have do ogrania, jak chociażby absolutnie legendarne Metal Gear Solid 3.

Dzięki grom zapamiętałem PS2 jako platformę będącą ostatnim bastionem rozrywki postrzeganej w takich ramach w jakich poznałem ją pierwotnie – ot, siadam przed TV, biorę pada w łapy i rozkoszuję się wirtualnymi światami, zapraszając ewentualnie znajomego na partyjkę w kanapowym co-opie. Nie miałem wtedy do czynienia z infrastrukturą online, łatkami, płatnymi dodatkami etc. Stary nie jestem i choć teraz może brzmię, jak podręcznikowy malkontent tęskniący za dawnymi latami, to wyjątkowo się przed tym nie usprawiedliwiam, bo takie właśnie były wtedy realia. A na obecne czasy również nie narzekam.

Jestem też w szoku, jak dużo produkcji udało mi się ograć, mimo iż w swojej kolekcji posiadałem ich może maksymalnie dziesięć. Wymiana między kumplami zdecydowanie zdała tutaj rezultat. Na pewno bardzo zapadły mi w pamięć Def Jam: Fight for NY wraz z Medal of Honor: European Assault, bo co weekend zapraszałem kumpli na chatę i robiliśmy turnieje, a wyniki zapisywałem w swoim Notatniku Gracza. Nigdy wcześniej i później nie uczyłem się też tak pieczołowicie żadnej gry, jak Tekkena 5, nad którym ślęczałem godzinami chcąc znać na pamięć wszystkie kombinacje ciosów Kazyuą Mishimą (do dzisiaj mam ciarki oglądając intro do Tekkena 4 i 5). Podejmowałem także silne próby zaangażowania starszych w gaming, co się poniekąd udało, bo matkę przekonałem do zakupu maty do gier tanecznych, a ojciec kilka razy podchodził do Eye Toy Play 2. Po latach jest to zatrważające, a z drugiej strony piękne, że od czasów świetności PS2 upłynęło już tyle wiosen, a ja mam wszystkie wspomnienia hermetycznie popakowane we fragmentach pamięci i sięgam do nich w mgnieniu oka. Gdyby był to tekst solo, to zapewne jak większość z nas, mógłbym opowiedzieć tutaj ze szczegółami o wiele, więcej.

TOP5:

  1. MGS3
  2. Devil May Cry 3
  3. Tekken 5
  4. GTA: Vice City
  5. Def Jam: Fight for NY

Dzień, w którym PS2 zagościło w naszym mieszkaniu pamiętam bardzo dokładnie. Zupełnie jakby to było wczoraj. Wyhaczyłem wtedy świetną okazję na upragniony sprzęt, więc tłukłem się potem samochodem przez jakieś dwadzieścia kilometrów, wśród ośnieżonych wiejskich dróg… A wszystko to w grudniu zeszłego roku. Dlaczego więc o tym wspominam? Ponieważ dopiero wtedy zmobilizowałem się do zakupu ostatniej – na ten czas – konsoli ze stajni Sony, jakiej brakowało w mojej kolekcji. Jeśli natomiast chodzi o moje pierwsze wrażenia i wczesne przeżycia z owym sprzętem…

Cofnijmy się dziewiętnaście lat w czasie – do roku dwutysięcznego. Grudzień. Dzień jak każdy inny. Niewiele ode mnie starszy kuzyn zadzwonił do moich rodziców z pytaniem, czy mogę wpaść na weekend. Nie było problemu. Diabelnie się ucieszyłem, bo szykowało się całonocne szarpanie na pierwszej plejstacji. Co prawda miałem już wtedy własną konsolę, ale wiadomo. Większy fan był wtedy, gdy grało się z towarzyszem, ramię w ramię. Tych emocji nie da się podrobić. W końcu nastała upragniona sobota. Uzbrojony w kilka paczek tanich czipsów i jakąś wątpliwej jakości colę zjawiłem się u kuzyna. Szybkie powitanie z wujostwem i po chwili obraliśmy kurs na jego pokój. Wbijamy do środka, a tam… szok, niedowierzanie, setki pytań bez odpowiedzi. Pod jego piętnastocalowym monitorem dumnie prężyła „czarnula” z dwoma padami w zestawie. Mało się nie posikałem z wrażenia, bo w tamtym czasie niewielu moich znajomych było stać na taki sprzęt, a już na pewno nie w tak krótkim czasie po premierze.

To, co nastąpiło potem zapewne już się domyślacie. Nie mogliśmy się oderwać od konsoli, raz za razem katując te same wersje demonstracyjne, które dołączono jako gratis. Szczerze powiedziawszy z tamtego wieczora szczególnie zapadło mi w pamięć jedno demo. Przemierzaliśmy w nim bliżej nieokreśloną metropolię, na futurystycznej deskorolce rodem z „Powrotu do Przyszłości”, a wszystko to pod osłoną nocy. Niby niewiele, ale tyle wystarczyło. Skok technologiczny względem poprzedniczki był niesamowity. Te animacje, ten poziom detali… Całość naprawdę wbijała w fotel. Później natomiast… odpaliliśmy trzecią część przygód pomarańczowego jamraja, bo za wiele gier na drugiego „pleja” kuzyn nie miał… Jeszcze nie miał. Oczywiście z czasem sytuacja uległą zmianie i to do tego stopnia, że granie na moim wysłużonym już „szaraczku” nie było takie samo. Oczywiście nadal bawiłem się przy nim świetnie, ale jednak zakosztowanie czegoś więcej zrobiło swoje. Wujostwo mogło sobie pozwolić na nieco częstsze niż inni kupowanie oryginałów, więc i ja – jako, że mieliśmy i nadal mamy z kuzynem dobry kontakt – na tym skorzystałem. Ba. Od czasu do czasu nawet udawało mi się pożyczyć na tydzień lub dwa konsole. Głównie wtedy jak kuzyn dostawał szlaban za oceny w szkole, ale nie powiem żeby jakoś specjalnie mi to przeszkadzało hehe…  W każdym razie. Mimo, że ja sam konsolę kupiłem dużo, dużo później, zdołałem ograć większość świetnych tytułów z tamtego okresu. Pamiętam jak wielkie wrażenie zrobiło na nas pierwsze podejście do Metal Gear Solid 3: Snake Eater i charakterystyczni członkowie oddziału Cobra. Tego ile myśmy się przy nich namęczyli jeszcze dłuuugo nie zapomnę. Podobnie jak tego, gdy w jednej z gazet tamtego okresu wyczytałem, że starcie z The End może zostać zakończone… bez żadnego starcia. Wystarczy zapisać stan gry w trakcie potyczki (jeśli dobrze pamiętam), a gdy wrócimy do gry po kilku dniach, może się okazać że nasz oponent… zmarł ze starości. Takie rzeczy tylko u Kojimy. Kolejnym świetnym tytułem było Gran Turismo 3, które wyprzedzało wszystkie inne „ścigałki” z tamtego okresu o kilka cholernie długich mil. Ta szczegółowość samochodów i dbałość o najmniejsze detale robiła kolosalne wrażenie… Nie jestem nawet w stanie podać chociażby w przybliżeniu tego, ile kilometrów zrobiliśmy wspólnie na podzielonym ekranie. Ta gra po prostu wciągała bez reszty i po dziś dzień pozostaje moją ulubioną częścią Gran Turismo. Chyba, że nadjeżdżająca na PS5 część to zmieni. Nie byłbym oczywiście sobą gdybym w chociaż kilku zdaniach nie wspomniał o dwóch szczególnie bliskich mi tytułach. Mowa o Silent Hill 2 (trzecią i czwartą część ograłem dopiero na PieCu) i Resident Evil 4. Zwłaszcza na ten pierwszy tytuł byłem cholernie napalony, gdyż już wtedy byłem wielkim fanem poprzedniej części. Stety/niestety za kuzynem przemawiało zdecydowanie bardziej nastawione na akcję Resident Evil 4. Koniec końców ograliśmy obie produkcje bawiąc się, czy też bojąc, równie dobrze.

Mógłbym tak jeszcze długo wymieniać świetne tytuły, z którymi miałem przyjemność spędzić czas, ale nie chcę się zbytnio rozpisywać. Na zakończenie powiem tylko, że druga generacja konsol Sony przyniosła – moim skromnym zdaniem – najbardziej zróżnicowaną bibliotekę gier w historii branży. Tam każdy mógł (i nadal może!) znaleźć coś dla siebie. Zarówno casual lubiący popykać sobie w leniwe, niedzielne popołudnie jak i hardkorowiec, który raz za razem rzuca się w wir walki, by po raz kolejny uratować świat, wszechświat czy też inną mniejszą krainę przed zagładą…

Moje Top 5 (tylko pięć?!), kolejność przypadkowa:

  1. Silent Hill 2
  2. Resident Evil 4
  3. Gran Turismo 3
  4. Metal Gear Solid 3: Snake Eater
  5. GTA III

W 2000 roku, gdy najlepiej sprzedająca się konsola w historii branży, debiutowała w Japonii, mój stosunek do niej można określić mianem całkowitego zobojętnienia. W moim domu królował Dreamcast, PSX nie miałem, więc marka Sony nie była mi jakoś szczególnie bliska, a na samym PS2 w moim odczuciu brakowało ciekawych gier (ciężko uznać Ridge Racera V czy Tekken Tag Tournament za killer-apps). Gdzieś tam na horyzoncie majaczył cień kolosów – wtedy to były MGS 2 oraz Gran Turismo 3 – ale DC ofiarowywał mi hity tu i teraz, a nie za rok i dwa. Zresztą premiera konsoli w USA i w Europie nie spowodowała jakiegoś gigantycznego rozerwania worka z must-have’ami, a cena była wręcz z kosmosu (ok. 2500 zł – fakt, miała DVD, ale przecież taniej kosztują dziś na premierę PS5 lub Xbox Series X, a mówimy o 2000 roku – kiedy 2500 zł było kompletnie inną kwotą dla przeciętnego Kowalskiego – to jakby dziś next-geny szły po 6000-7000 zł).

Sytuacja uległa diametralnej zmianie w styczniu 2001 r. – Sega wtedy zapowiedziała rezygnacje z produkowania konsol i o powolnym zaprzestaniu wspierania DC. Nagle zakup PS2 jawił się jako jedyna sensowna pozostała opcja (daleko jeszcze było do premier innych konsol – zresztą XBOX traktowany był jako krypto PC, skazany na porażkę, a Gamecube’owi brakowało ciekawych zapowiedzi). Ale ta cena. Cena, którą pomimo dość szybko wprowadzonych obniżek wciąż pozostawała ceną, która była absolutnie nie do zaakceptowania w przypadku konsoli do „chińskich” giereczek. Ewidentnie czekał na mnie okres postu w kategorii ogrywania gier na pograniczu kosmicznej technologii (w końcu PS2 potrafił sterować rakietami balistycznymi :P) .

Ale jak to czasem bywa w życiu, los potrafi się do Człowieka uśmiechnąć. Pewnego ranka, mój Tata oznajmił mi, ni stąd, ni zowąd, że jak zdam maturę (a 2001 był dla mnie rokiem maturalnym) i dostanę się na studia to kupi mi PS2. Szok i niedowierzenie to słabe określenie stanu mojego umysłu, gdy padły te słowa. Wytłumaczenie oczywiście było dość proste. PS2 wpadł w orbitę zainteresowań mojemu Tacie (zapalonemu gadżeciarzowi) z prostego powodu – miała odtwarzacz DVD. A cena? Cena za PS2 w kontekście zakupu odtwarzacza DVD wcale nie była zaporowa. Tym oto prostym sposobem mój ojciec – cwany lis – upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu. On dostał odtwarzacz DVD w akceptowalnej cenie, a ja dostałem nową konsolę + prezent za maturę/studia. Książkowa definicja sytuacji Win-Win.

Matura i egzamin na studia przyszły i poszły, a ja snułem koncepcje zakupowe – stać mnie było na jedną grę (+ kartę pamięci do konsoli). Co chwilę dywagowałem, a może ESPN Snowboarding, a może Timesplitters, a może SSX, nie będąc do niczego całkowicie przekonany. Ostatecznie zdecydowałem się, że moim pierwszym zakupem growym na nową konsolę będzie Smuggler’s Run (dość dobrą grę Rockstara – ale daleko jej było do miana prawdziwego hitu). Swoje dylematy co do wyboru gry opowiedziałem kumplowi – które wysłuchawszy moje dywagacje – zadał sakramentalne pytanie – a czemu nie kupisz przerobionej konsoli i kilka gier zamiast jednej? Warto nadmienić, że do tego momentu życia nigdy nie miałem przerobionej konsoli – DC jej nie potrzebował do odpalania zapasowych kopii, a i tak zazwyczaj zupełnie mi wystarczała wymienia gier co tydzień/dwa na giełdzie w Warszawie. Już same nieautoryzowane akcesoria/kontrolery/memorki itp. wzbudzały we mnie lęk i obawę przed samozapłonem, jeśli nie efektowną eksplozją konsoli, a co dopiero ingerencja we wnętrze konsoli, jeszcze do tego dokonana przez jakiegoś domorosłego technika-magika. No, ale kilka gier zawsze brzmi lepiej niż jedna, więc z każdym kolejnym dniem chęć szpilania wypierała obawy o ewentualne kłopoty z konsolą. To, co mnie ostatecznie przekonało do przerobionej wersji – był fakt, iż mając „ulepszoną” konsolę, możliwe miało być także odpalanie gier z PSX i PS2 w wersji NTSC – a te z dosłownie kilkoma wyjątkami zawsze były lepsze od PAL-owskich odpowiedników.

Nadszedł wreszcie dzień upragnionego zakupu. Ostatecznie posłuchałem się rad kumpla i swojego diabełka, siedzącego mi na ramieniu i szepczącego kuszące wizje ogrywania nieskończonego stosu gier. Sam zakup przebiegał w klimatach filmów o handlu nielegalnymi używkami i był to proces kilkuetapowy. Najpierw eskapady na giełdę i zagabywanie kto sprzedaje przerobione PS2. Okazało się że, akurat tą działką zajmuje się sprawdzony sprzedawca. Na giełdę prawie zawsze się jeździło w obstawie – część osób miała przerobione PSX-y i kupowało zapasowe wersje właśnie u niego – nie były to cd-eki wypalane masowo zza wschodniej granicy, tylko nagrywane na miejscu po złożeniu zamówienia i zapłaceniu płytki – co 15/30 minut przychodził jakiś kolo po kolejną karteczkę z nazwami gier, a tych co wcześniej złożyli zamówienia zapraszał do klatki schodowej obok giełdy do innego kolesia – gdzie czekały płytki zapakowane w folię dla każdego klienta – kontrabanda pełną gębą. Krótka, zawoalowana rozmowa (chciałbym kupić ulepszoną plejstejszyn dwa) zwieńczyło umówienie się już po zamknięciu giełdy do jego mieszkania celem dokonania zakupu. O określonej godzinie wraz z Tatą (bo przecież sam z taką kwotą nie będą jechał w nieznane) stawiamy się pod wyznaczonym blokiem – dryń dryń domofonem i podchodzimy do drzwi wejściowych. Wchodzimy do mieszkania, a tam zapach spalonego metalu, wszędzie rozbebeszone konsole PS2 – ojciec sprzedawcy z zabrudzonymi palcami i przyłbicą siedział i montował/lutował/przyspawał coś do wnętrza PS2 (zakładam, że to jakiś modchip był). Kontroler BHP doznałby zawału – potencjał ogniotwórczy w górnych rejonach skali. Krótka rozmowa – sprawdzenie czy PS2 działa – opis jak się okazało dość skomplikowanego procesu odpalania piratów i zakup skończony. Jest konsola, jest memorka, no ale jeszcze trzeba gierki wybrać (padło na Ring of Red, ESPN Snowboarding, Bouncer i wzięty dla jaj Winning Eleven 5 – japońska wersja PES-a, oczywiście cała w krzakach po to by zagrać sobie parę next-genowych meczyków piłki nożnej i zapomnieć). Godzinka oczekiwania na wypalenie i można już było wracać do domu. Niestety, radość z zapasowych wersji dość szybko przerodziła się w zawód. Kopie zapasowe działały – ale cudu nie ma, na CD nie zmieścisz gry z DVD bez jakiś strat – a tu brak FMV, a tu brak muzyki itp. Itd., do tego podczas loadingu konsola skrzeczała jakby miała umrzeć, a gry PSX ze strefy NTSC – są na pół ekranu, więc odpadał sens ich ogrywania. Jakby tego było mało samo uruchomienie gier pirackich okazało się dość skomplikowaną zabawą z przytrzymywaniem powera i zabaw z resetem konsoli, powodujące że gra się prawidłowo ładowała raz na 10 prób. Miało być tak pięknie, a wyszła całkowita i kompletna klęska. Z wyjątkiem zakupionego dla hecy WE5, który działał bez zarzutu (bo wydana była na CD) i okazał się absolutnie genialną grą (lepszą od wydanego później w Europie pierwszego PES-a), nad którą spędziłem niezliczone godziny w single’u i multi, i który nie dość że zrekompensował mi poczucie zawodu z racji pierwszego obcowania z nową konsolą, to jeszcze z perspektywy czasu okazał grą wartą przerobienia konsoli. Tak czy siak to były moje pierwsze i ostatnie zakupy pirackich wersji gier na PS2 (nie będę grał w niekompletne gry), a konsola pomimo przeróbki działa bez zarzutu do dziś (oprócz okazjonalnego „please insert a playstation or playstation 2 format disc” – znanego chyba każdemu posiadaczowi) i dostarczyła mi niezliczonych wrażeń, doznań i emocji, które z wielkim trudem zdestylowałem do poniższego

TOP 5:

  1. Shadow of the Colossus
  2. Metal Gear Solid 3: Snake Eater
  3. Okami
  4. Persona 4
  5. Dragon Quest VIII: Journey of the Cursed King

Thank you for reading!

Polecamy również

Nynek to koci pupil Cross-Play. Stronka korzysta z whiskasa, czy nakarmisz Nynka? Nakarm Nynka Przeczytaj więcej o polityce prywatności