Niezapomniana przygoda — kilka słów o Fragile Dreams

Share

Jedną z moich ulubionych konsol jest Wii, sprzęt który w swoim czasie dość porządnie namieszał na rynku, odnosząc przy okazji ogromny sukces. Za którym stał nie tylko genialny pomysł w swojej prostocie, ale również same gry wyróżniające ten sprzęt na tle innych platform do grania. Gdzie w zalewie tytułów robionych po najniższej linii oporu i dla kasy, prezentujących swoją wątpliwą jakość znalazły się prawdziwe perełki, nie tylko te sygnowane logiem Nintendo, które potrafiły przyciągnąć do siebie ciekawymi pomysłami, i rozwiązaniami na rozgrywkę. Okazując się przy tym również niejednokrotnie tytułami nietuzinkowymi, dającymi sporo do myślenia i wyłamującymi się z pewnych ram, bijąc tym samym nie raz wiele hitów z wysokimi budżetami, o których część twórców do dziś może tylko pomarzyć. Do których nawet po wielu latach warto wrócić lub dać im drugą szansę, jeśli wcześniej się je pominęło.


Jedną z takich perełek do których niejednokrotnie wracam myślami, a nawet polecam ludziom pytającym się o najlepsze gry z ery Wii, jest Fragile Dreams: Farewell Ruins of the Moon od twórców, którzy szerszej widowni dali się poznać z gry o pewnym polskim kompozytorze, czyli Eternal Sonaty. Co jest niezwykłego w tym tworze Tri-Crescendo, które przecież w swoim czasie zostało zjechane przez recenzentów, i zmieszane z błotem? Postaram się właśnie w tym tekście odpowiedzieć, tym bardziej, że jest to tytuł ze wszech miar warty poznania, a same oceny wyrządziły mu ogromną krzywdę.

Zacznijmy jednak od początku. Sama gra bowiem wrzuca nas do post apokaliptycznej rzeczywistości, w której na skutek niewyjaśnionego kataklizmu znikają prawie wszyscy ludzie na świecie. To właśnie w takiej rzeczywistości poznajemy naszego bohatera. Nastoletniego chłopca imieniem Seto, któremu umiera dziadek, pozostawiając go zupełnie samego. Popychany chęcią rozwiązania zagadki upadku ludzkości, i listem pozostawionym przez dziadka, nasz młodzieniec udaje się w podróż, w celu odnalezienia ocalałych ludzi i wyjaśnienia tajemnicy ich zniknięcia. Sprawa jednak komplikuje się jeszcze bardziej, gdy na swojej drodze spotyka pewną srebrnowłosą dziewczynę, za która postanawia podążyć…

Fragile Dreams: Farwell Ruins of the Moon, to dość specyficzna gra, która nie przypadnie każdemu do gustu. Musicie bowiem wiedzieć, że z jednej strony jest pełna archaizmów, niespotykanych w dzisiejszych grach. Weźmy pod uwagę choćby samą możliwość zapisu stanu gry, którego możemy dokonać tylko w wyznaczonych miejscach. Gdzie za save pointy służą znalezione ogniska, do których podczas naszej wędrówki będziemy niejednokrotnie wracać. Zaś sama oprawa prezentuje się dość nierówno pod względem graficznym, nawet jak na skromne możliwości Wii. Gdzie widać gołym okiem niski budżet tej niebanalnej produkcji. Jednak same przerywniki wykonane w formie anime potrafią zachwycić, i przywołać wspomnienia najlepszych filmów Studia Ghibli. By zaraz po tym wrzucić nas do dość ciemnych pomieszczeń, w których spędzimy lwią część tej wspaniałej i niezapomnianej przygody. A sama walka z napotykanymi duchami jest tylko dodatkiem do całości, której w pierwotnej wersji gry miało wcale nie być. Co choćby widać po tym, że sprawnemu graczowi nie sprawi żadnego problemu, i zapewne została wprowadzona na samym końcu, bo jest najmniej dopracowanym elementem gry.

Z drugiej strony te wszystkie elementy, o których przed chwilą wspominałem, mają za zadanie, wraz z niepowtarzalną muzyką autorstwa Riei Saito (opening i ending są po prostu rewelacyjne i warte poznania), zbudować odpowiedni klimat opowiadanej tutaj historii. Niezwykłość tego tytułu, polega właśnie na przedstawionej opowieści i skrywanej tajemnicy, którą staramy się rozwikłać wraz z samym bohaterem gry. Tutaj naprawdę możemy poczuć, że jesteśmy zupełnie sami na tym świecie, i pozostawieni samemu sobie. A jest to samotność dość przytłaczająca, budowana przez odpowiednie miejscówki, jakie przyjdzie nam odwiedzić, i światło wydobywające się z latarki, którą dzierżymy wraz z bohaterem w dłoni. Skłaniając nas do pewnych refleksji i rozmyślań.

Tym bardziej, że nie raz łapałem się i rozmyślałem, nad tym co przed chwilą udało mi się odkryć. Raz był to zwykły napis sugerujący, że w tym akurat miejscu, jeszcze nie tak dawno, znajdował się sklep, do którego uczęszczali przecież żywi ludzie. Drugim razem był to, choćby, plac zabaw, na którym zapewne bawiły się dzieci, wraz z pilnującymi ich rodzicami. Zaś innym razem przedmiot, który przedstawiał pewną historię z ostatnich godzin życia jego posiadacza, gdzie całą resztę trzeba było sobie dopowiedzieć, i na bazie kolejnych „znajdziek” budować kolejne wydarzenia, i co tak naprawdę przeżywali ludzie w swoich ostatnich godzinach życia. Weźmy tu dla przykładu matkę, która w obliczu trzęsienia ziemi jak najszybciej stara się dotrzeć do swojego dziecka. Czy jej się udało, czy też nie. Tego niestety się nie dowiadujemy, możemy się tylko domyślać. To właśnie głównie do tych wynajdywanych przedmiotów tak naprawdę nawiązuje sam tytuł gry. Przedmiotów, które kawałek po kawałku składamy z ludzkich wspomnień, marzeń i snów.

W odkrywaniu tajemnic tego świata pomaga nam wspomniana wyżej już latarka, która niejednokrotnie okaże się naszym jedynym sprzymierzeńcem i towarzyszem w tej niezwykłej podróży. Jak i jedynym źródłem światła, oświetlającym nam nieprzyjazne ulice zrujnowanego Tokio. Zachęcając nas do zaglądania w każdy możliwy zakamarek, bo a nuż znajdziemy coś ciekawego, co nam się przyda lub pomoże w dalszej podróży. Tym bardziej, że jest to jeden z elementów, który został idealnie wkomponowany w możliwości wiilota, zwiększając tylko immersję płynącą z samej gry. Zaś zamontowany głośniczek, który od czasu do czasu się odzywa, tylko pogłębia wrażenia płynące z odbierania tego tytułu.

Jednak dokonanie tego nie byłoby możliwe, gdyby nie rewelacyjna fabuła, która nie tylko spaja te wszystkie elementy w jedną całość, ale również jest istotną osią samej gry, odgrywając w niej najważniejszą rolę i będącą motorem napędowym całości. Poruszając, można by rzec, dość błahy, lecz trudny temat, jakim jest sama śmierć, jej następstwa oraz konsekwencje dla innych i całego otoczenia. Historia zawarta w tworze, stworzonym przez tri-Crescendo, nie jest jednak tak prosta, jak mogło by się wydawać, gdy rozpoczynamy przygodę z tym tytułem. Z czasem może również przytłoczyć swoją złożonością i wielowarstwowością, a interpretować ją możemy na różne sposoby. Gdzie została bardzo inteligentnie podana, zaś sami twórcy do całego tematu podeszli z odpowiednim szacunkiem. Pozostawiając odbiorcę z pytaniami, na które (tak naprawdę) sam musi znaleźć odpowiedzi.

O tym, że tak naprawdę mamy tu do czynienia z pozycją niezwykłą, niech świadczy, choćby, jeszcze jeden element, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, i którego po twórcach się nie spodziewałem, gdy zagłębiałem się w ten świat, przeczesując zrujnowane ulice Tokio. Wyobraźcie sobie, jakie było moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że nawet taki zwykły sprzedawca, u którego przez całą grę kupujemy przedmioty, by móc przeżyć tą opowieść, noszący na swoim łbie głowę kury (ot taka japońska wariacja) — ma swoją własną historię. Powiązaną bezpośrednio z główną osią fabularną gry. Uzasadniającą jego, nie raz dziwne, zachowanie, niby nic, a jednak to sprawia, że jest integralną częścią tego świata, nie tylko zwykłym dodatkiem do całości. Gdzie autentycznie zaczynamy mu współczuć i robi nam się go szkoda. Szczególnie, że przestaje być dla nas tylko anonimową postacią, a zaczyna faktycznie coś znaczyć, akcentując swoją obecność w tym świecie.

I właśnie takie jest Fragile Dreams: Farewell Ruins to the Moon, pełne niespodzianek, a także ciekawych rozwiązań fabularnych, których ciężko szukać w większości dzisiejszych produkcji na konsole. Gdzie inteligentnie prowadzona opowieść, staje się niezwykłą przygodą, która nie tylko potrafi sprawić radość, ale również przysporzyć wiele momentów, nad którymi powinniśmy się zastanowić. Jak choćby: kruchość ludzkiego życia, czy co faktycznie stanie się z nami po śmierci. Przy tym daje nam do zrozumienia, że człowiek nie do końca potrafi żyć samotnie, i zawsze będzie szukał bliskości drugiej osoby, i jej ciepła. Nawet w obliczu apokalipsy, jaka może nadejść. Zostawiając nas na końcu z mnóstwem pytań, z którymi sami musimy sobie poradzić, bo w samej grze nie na wszystko znajdziemy jednoznaczną odpowiedź. A twórcy wcale nam tego nie ułatwiają, choć zachęcają do szukania własnych odpowiedzi na nurtujące nas pytania…

Może Cię również zainteresować: