Lollipop Chainsaw

Share

Większość gier, które recenzuje można podzielić na dwie kategorie: gry AAA i japońskie sztosy. W tym przypadku, gra Sudy nie kwalifikuje się do żadnej z wymienionych grup. Co jest dla mnie pewną odskocznią, nie tylko ze względu na styl i klimat samej produkcji, ale też w kwestii podejścia do tekstu. Zaznaczam więc, owa recenzja będzie wykręcona, miejscami niemal głupkowata i praktycznie niepoważna. Za uszczerbek na zdrowiu w postaci umierających szarych komórek, nie odpowiadam…


„Welcome to my bedroom… Don’t think me letting you in here, is any invitation for any funny stuff. Not that I have a problem with funny stuff…”

Gnijące mięso w postaci zombie było już przewalane na każdy możliwy sposób, gier w tych klimatach jest cała masa np. The Last of Us, Resident Evil, Days Gone, Left4Dead, Dead Rising, Dying Light, Plants vs. Zombie i wiele, wiele innych. W filmach jest podobnie. Straszenie nieumarłymi pamięta początki lat 40. XX wieku w postaci White Zombie, nieumarłe worki mięsa stały się kultowe i dziś spokojnie można je „rozkładać” obok takich klasyków jak: King Kong, Frankenstein, czy Dracula. Dołożyłbym jeszcze Godzillę, ale fascynacja trupami jako obiektami grozy jest jednak bardziej powszechna w zachodniej kulturze, przynajmniej na początku tak było. No ale to nie wykład o historii kina, wiec nie będę się rozpisywał. Jedno jest pewne, nieumarłych nie trzeba nikomu specjalnie przedstawiać, w pop kulturze zostawili ślad tak wyraźny jak ich rozkładające się ciała na nowym dywanie w stylu shaggy. Komiksy, filmy, słuchowiska, muzyka i gry. Żadne medium nie ukryło się przed swędem zgnilizny. Do tego stopnia, że dziś praktycznie nikogo nie są w stanie przestraszyć i pojawiają się głównie w produkcjach indie lub kinie klasy B. Gdzieś w tym wszystkim odnalazł się Goichi Suda, typowy ekscentryk w branży, który pewnie za dużo w młodości miał kontaktu z używkami, a po pracy w najbliższym 7-Eleven, zalizywał włosy na „Elvisa”, zakładał swoją skórzaną kurtkę i pędził do pobliskiego kina na seans filmów z USA… Może trochę ubarwiam, ale każdy kto zna historię Japonii po II wojnie światowej, wie do czego nawiązuję. Suda jest na tyle specyficzny, że gdyby Quentin Tarantino miał brata w Japonii, w branży gier, to nazywałby się zapewne Goichi Suda. Przesada? Bynajmniej i każdy kto miał kontakt choćby z jedną jego grą (Killer7, No More Heroes, Killer Is Dead itd.) przyzna mi rację. Pan ten uwielbia mieszać style i gatunki, bawiąc się zarówno postaciami, jak i scenariuszem. Wyobrażam sobie, że pomysł na grę tak abstrakcyjną i szaloną jak Lollipop Chainsaw pojawił mu się po całonocnej imprezie w lokalu karaoke z przyjaciółmi, którzy podobnie jak on w młodości oglądali Buffy: Postrach Wampirów, Scooby Doo i Evil Dead. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie dodał jakiegoś twista. No, ale może zacznę pisać coś o samej grze.

„We gotta deliver them eggs!”

Protagonistką gry jest Juliet Starling, cheerleaderka w pobliskim ogólniaku (San Romero), która właśnie kończy 18 lat i pędzi na rowerze, by spotkać się ze swoim chłopakiem — Nickiem. Pech chciał, że nie wiadomo skąd na ulicach roi się od gnijącego mięsa. Nasza blond piękność z niejednego pieca chleb jadła i taranuje hordy nieumarłych, niczym Chuck Greene z Dead Rising 2 w odrzutowym wózku sklepowym. Wstęp iście komediowy i w sumie jeśli miałbym użyć jednego słowa, by określić nim grę byłoby to — „Over the top”. No dobra to 3 słowa. Mamy tu do czynienia z absurdalnym poziomem parodii, akcji i komedii, który wymieszany jest ze sztampową szkolną historią, oraz gnijącymi trupami w stylu filmów grozy. Z jednej strony jestem nawet zaskoczony jak wiele cliché motywów można zaimplementować w jednej grze, by chwilę później zrobić z nich gag i wyśmiać ich niedorzeczność… Wracając do historii. Juliet dociera na miejsce spotkania, jednak jej chłopak zostaje ugryziony i zaczyna się zmieniać… W akcie desperacji dziewczyna odcina mu głowę (sic). Gdy Nick odzyskuje przytomność okazuje się, że jest gadającą głową, niczym Zordon z Power Rangers, albo głowy w formalinie z Futuramy. Zaskoczony pyta jak to możliwe, w odpowiedzi Juliet rzuca, że użyła „magicznego zaklęcia”. Tak dokładnie, to gra w tym stylu. Próba doszukiwania się tu logiki będzie tak bezowocna, jak szukanie 70 milionów Sasina z wyborów, które się nie odbyły. O wiele lepiej podejść do tej gry jak do parodii w stylu Mela Brooksa i po prostu delektować się zwariowaną przygodą. Nie jest to ambitna gra poruszająca kwestie moralne i etyczne. To zwykła beztroska zabawa z perspektywy 18 letniej blondynki, która przy okazji jest łowcą zombiaków. (Tu możecie sobie wstawić jakikolwiek kawał o blondynkach.) Bo gra od samego początku nie ukrywa czym jest i nie sili się na wyniosłe treści, co w ogólnym rozrachunku wychodzi na plus. Jest przy tym dość kontrowersyjna, w swoim dziwnym wręcz stylu. Na każdym kroku mamy żarty ze stereotypów, gagi w dialogach i zwariowane sytuacje. Gdyby Dante brał LSD, to pewnie byłby Juliet Starling i piłą mechaniczną rozczłonkowywał gnijących oponentów. Nie będę za bardzo rozpisywał się o samej historii, bo ta jest tylko dodatkiem, zwroty akcji można zliczyć na palcach jednej dłoni, a wszystko jest łatwe do przewidzenia niczym filmy z Seagalem. Jak pisałem humor odgrywa dużą rolę, a teksty nieumarłych śmieszą wulgarnością i erotycznymi fantazjami np. „Ten hut, ten butt fuck” itd. W tej grze większość przeciwników zamiast o mózgach, to myśli o naszej bohaterce. Co w sumie jest zabawne, bo kończą rozszarpani piłą mechaniczną, ale z drugiej strony zastanawiałem się, czy to są te uroki bycia atrakcyjną niewiastą w ogólniaku…

„Girls in Kenya have big butts.”

Dobra, to może kilka słów do ojca prowadzącego, a nie, to nie ten tekst… Rurku czego ten stół… Nie, to też nie to. Wpływ pornografii w rozwoju dziecka… Ehh… Dziś w redakcji taki burdel, że nic nie można znaleźć. Nadol tak się podjarał Halloween, że swój strój zombie Sonica już ma wyprasowany i jest gotowy do zbierania słodyczy po nocach… Lollipop Chainsaw… o tego szukałem. Więc tak, gra to slasher/hack’n’slash z elementami beat’em upa. Mamy skok, atak piłą i pomponami, liczne QTE, combosy i inne takie akcje. Znane z gatunku. Podczas gry zdobywamy medale zombie, które służą za walutę, mamy zwykłe i platynowe. Za zwykłe kupujemy przedmioty leczące (lizaki) i udoskonalenia postaci, za platynowe rzeczy unikatowe: muzykę, arty i kostiumy (a tych jest cała masa). Gra jest nastawiona na wielokrotne przechodzenie i podobnie jak DMC punkty się kumulują, a my tylko nabijamy monetki. Są oczywiście dodatkowe rzeczy jak: ludzie do ratowania, unikalni przeciwnicy, czy lizaczki do kolekcjonowania. Wszystko jednak zaliczymy praktycznie w dwóch przejściach. Raz na normalnym, a raz na trudnym, bo przedmioty się zmieniają w zależności od poziomu trudności. No i to w sumie wszystko. Sama gra jest nawet przyjemna, nie jest to poziom God of War, czy Bayonetty, ale nie mogę się do samej akcji bardzo doczepić, bo uśmiercanie truposzy w różnorakich akrobacjach, z których tryska tęcza, jest wciągające. Ataki nie są bardzo rozbudowane, brakuje też dynamiki z innych slasherów, ale gra wiele nadrabia humorem i stylem prowadzenia rozgrywki. Mamy 6 etapów, nie licząc prologu, na końcu każdego czeka na nas boss. Potyczka z nimi jest w każdym przypadku unikatowa i trochę odrywa nas od monotonnego wycinania hord padlinki. Wraz z progresem otrzymujemy też nowe umiejętności, a nasza podręczna piła zmienia się od granatnika po telefon stacjonarny. Nie pytajcie jak, to pewnie ponownie „magia”. Miejscem akcji jest fikcyjna mieścina gdzieś w Kalifornii, więc poza szkołą mamy stadion, pobliskie działki agroturystyczne, czy salon arcade. Wszystko oczywiście opanowane przez nieumarłych. Podczas gry nie raz przyjdzie nam użyć głowy i nie mam na myśli zagadek logicznych, bo te nie występują. Mam na myśli głowę Nicka, tak samą głowę haha, zresztą sami zobaczycie. Mamy elementy zręcznościowe np. zombie koszykówka, czy zombie bejsbol, ogólnie twórcy zapewniają nam wiele atrakcji i na każdym kroku starają się wyskoczyć z czymś bardziej nieoczekiwanym. Szkoda tylko, że gra jest bardzo oskryptowana, a wczytywanie będziemy oglądać dość często, co trochę niszczy immersję. Większość etapów zaliczymy w czasie ok. 30-45 minut, co przy dobrych wiatrach, ale nie takich kanapowych, daje nam ok. 4-5 godzin gry, co wypada dość blado na tle konkurencji. Niestety humorem nie da się załatać wszystkich „dziur”. Jak wspominałem, jeśli grę chcemy zaliczyć na maksa, to czeka nas przeprawa na wyższym poziomie, co łącznie daje niecałe 1o godzin gry. Chciałoby się trochę więcej, bo klimat bardzo szybko się udziela i nie licząc wczytywania, pochłaniamy grę na momencie, niczym dobrą komedię w niedzielne popołudnie przy soczkach wysokoprocentowych. Widać, że Suda i James Gunn bawili się jak dzieci przy tej grze, puszczając wodze fantazji i dodając wszystko co tylko im posunął umysł pod prysznicem o 4 rano. Nie jest to wada, bo gra posiada unikatowy styl i klimat. Od strony artystycznej nie ma się czego przyczepić. UI jest wykonany w komisowym stylu, nie zawala ekranu, menu główne jest niemal wyciągnięte ze starych komisków grozy, zresztą ten komiksowy styl jest widoczny na każdym kroku. Ekrany wczytywania podczas misji mają zawsze swój dizajn i nawiązują do wydarzeń. To dodaje uroku i sam z miejsca polubiłem te niuanse, które prezentują się bardzo dobrze nawet na PS3 i wyglądają o niebo lepiej, od sterylnych, wymierzonych co do milimetra okienek z czcionką Arial Black. No ale, to raczej kwestia gustu i estetyki. Jeśli miałbym porównać ten styl do jakiejś gry, to byłaby to Persona 5 i inne gry Sudy. Więc chyba wiecie co mam na myśli. Graficznie wszystko jest okej, modele są realistyczne, ale posiadają wykończenie w stylu cel shading. Co jeszcze bardziej podkreśla komisowy i humorystyczny styl produkcji. Od strony audio-wizualnej naprawdę nie ma się do czego doczepić. Głosy bohaterów są bardzo dobrze dobrane i nawet lekko przerysowane, co w sumie pasuje idealnie do klimatu. Muzykę nadzorował Akira Yamaoka, wiec możecie być pewni co do jakości w tej kwestii. Mamy liczne metalowo, rockowo, punkowe kawałki, ale też klasyczne utwory: Chordettes — Lollipop, Dead or Alive — You Spin Me Right Round (do odsłuchania poniżej) i wiele innych, co jest fajnym ukłonem w kierunku starszych graczy, pamiętających czasy przed Justinem Bieberem. Gra jest miejscami wręcz głupia i infantylna, ale jej klimat wciąga i siekanie gnijących dewiantów, nigdy nie było równie przyjemne co i estetycznie satysfakcjonujące. Produkcje Sudy mają ten dziwny styl, który jednak wybija się swoją oryginalnością, że aż chce się zagrać i uważam to za duży plus. Poza tym powiedzmy sobie szczerze. W jakiej innej grze zombiak rzuci, że chce wepchnąć w was swój „kij”, a my w „nagrodę” przecinamy go piłą od zgniłych jajec po czubek głowy? Zero przykładów? Tak myślałem…

„Killing zombies gives me total wood.”

Czas na małe podsumowanie. Lollipop Chainsaw jest łatwe, szybkie i przyjemne, czyli jak seks na studiach. Zero zobowiązań i odpowiedzialności, liczy się tylko dobra zabawa, a tej jest tu sporo. Co dobre jednak szybko się kończy i będzie odrobina niedosytu, dwa zakończenia i powtarzanie misji nie ratuje bardzo grywalności po 10 godzinach. Po zaliczeniu gry na 100% nie czujemy jakoś potrzeby, by do niej wracać. Co w przypadku tego gatunku wypada średnio, ale nie jest też nowością. Wszystko przez dość niewymagający system, który z czasem robi się raczej monotonny (chyba, że odpalimy very hard). Jest to szpil tak oryginalny jak kolega foliarz, co w młodości eksperymentował z narkotykami i pije tylko sok z buraków, a na noc wkłada telefon do klatki Faradaya. Z jednej strony trollujesz go fałszywymi informacjami o antenach 5G, z drugiej jest na tyle zabawny i pocieszny, że gadasz z nim o teoriach spiskowych i splątaniu kwantowym, bo wiesz, że nie ma prawdziwych przyjaciół, którzy by chcieli o tym słuchać. Wszystko zależy od podejścia. Można szybko przejść i zapomnieć lub czasami wracać dla głupkowatego klimatu. Nie jest to jednak gra, którą poleciłbym każdemu… Trzeba mieć otwarty umysł i dużo poczucia humoru, by bawić się w prostackim stylu, niczym Mietek żul na imprezie w remizie. Jeśli lubisz głupie żarty, a przy okazji masz ochotę odstresować się mordując zombie, to miło spędzisz te kilka godzin. Jeśli jednak od gry oczekujesz przekazu, dobrej historii albo solidnego systemu, by w ogóle podejść, to możesz poczuć niesmak w ustach jak po czerwonym Johnnie Walkerze… Żeby nie było, że nie ostrzegałem. Teksańska masakra piłą mechaniczną wersja japońska, inaczej tego nie umiem nazwać. Osobiście dałem jej szansę i nie żałuję, wykonanie i oryginalność podbijają ocenę, dlatego ostatecznie wystawiam „warto zagrać”. Zawsze miałem słabość do rezolutnych blondynek, zostało mi po Bubbles z Powerpuff Girls i Android 18 z Dragon Ball Z.

Iron

Iron

All under heaven.

Może Cię również zainteresować: