Life is Strange 2

Share

Szanuję studio Dontnod za to, że nie maltretują biednej Max. Przed zapowiedzią Life is Strange 2 bałem się, że spoczną na laurach i po linii najmniejszego oporu stworzą do bólu generyczną kontynuację, eksploatując domkniętą historię. Na szczęście zamiast kuć żelazo póki gorące, wypluwając z siebie kolejne zrobione na jedno kopyto odsłony Life is Strange, stworzyli kolejny oryginalny scenariusz, który nie ma praktycznie niczego wspólnego z poprzednikiem. Mimo to cały czas czuć wykreowany w głowach developerów oryginalny klimat zachodnich Stanów Zjednoczonych, za który rzesze ludzi pokochali przygody Max i Chloe. Wydaje mi się, że to wystarczająca rekomendacja. Dlatego proszę wyłączyć przeglądarkę, odpalić Life is Strange 2 i wrócić tutaj po napisach końcowych. Co to znaczy „nie”? No dobra. To bez spoilerów.


Zdaję sobie sprawę, że całkowicie bez spoilerów się nie da, dlatego w tekście bezpośrednio poruszę wątki wyłącznie z pierwszego (darmowego) odcinka. Każdy, kto chciał, mógł się z nim już zapoznać. Jako, że LiS 2 jest przede wszystkim grą fabularną, w dodatku dość świeżą, nie mam zamiaru psuć nikomu zabawy z doświadczania na własnej skórze kolejnych wydarzeń. Do detali pojawiających się w późniejszych etapach gry, odnoszę się w ogólnikach, umyślnie omijając kluczowe punkty zwrotne przygody – więc można czytać bez większego strachu. Nadmienię jeszcze, że obie części Life is Strange nie są praktycznie w ogóle ze sobą powiązane. Jest parę oczek puszczonych do starych fanów, ale nie ma to żadnego wpływu na samą opowieść, więc gracze, którzy nie zapoznali się z poprzednią odsłoną mogą spokojnie zacząć od końca i niczego nie stracą. Natomiast warto usiąść przed seansem do darmowego The Awesome Adventures of Captain Spirit, które rzuca sporo światła na bardzo ważny wątek poruszony w LiS 2.

Historia zaczyna się w 2016 roku na przedmieściach Seattle. 16-letni Sean Diaz, skromny, chucherkowaty, średnio pewny siebie nastolatek szykuje się na wieczorną imbę ze znajomymi. Gra rozpoczyna się powoli, pozwalając w odpowiednim stopniu poznać Laylę, najlepszą przyjaciółkę Seana, oraz jego najbliższą rodzinę – ojca Estebana i 9-letniego brata, Daniela. Podczas przeczesywania rodzinnego domu w poszukiwaniu gumek, gietów i czteropaków piwa, czyli rzeczy iście niezbędnych do urządzenia idealnej imprezy, Sean wpada w dysputę z młodszym bratem czym nieumyślnie doprowadza do tragedii wywracającej ich życie o sto osiemdziesiąt stopni. Wskutek traumatycznego przeżycia Daniel odkrywa w sobie moc telekinezy, co zmienia sytuację ze „złej” w „spędzimy w pierdlu trzy dekady”. Więc bracia biorą dupę w troki. Będąc odpowiedzialnym nie tylko za siebie, ale też za dziewięcioletniego szczyla, Sean obiera za cel Puero Lobos, rodzinne miasto ich ojca. I w tym miejscu kończę wnikanie w fabułę.

Life is Strange 2 to klasyczny motyw drogi, który uwielbiam w każdej formie. Produkcje takie jak pierwsze The Last of Us i The Walking Dead udowodniły dawno temu, że to właśnie wspólna, nieoczekiwana podróż zbliża do siebie najbardziej. Nie inaczej jest w przygodzie Seana i Daniela. Mało tego, osobiście uważam, że wędrówka braci przebija obie te legendy.

Recenzja Life is Strange 2

Gra jest dokładnie tym, czym możemy się spodziewać. Jako starszy brat musimy nauczyć Daniela życia, co zostaje zasygnalizowane już w pierwszym odcinku. Młody bierze Seana jako swój autorytet i chłonie zachowanie brata jak gąbka, co doprowadza bardzo często do kwasu między rodzeństwem. Jeśli Sean kradnie, to Daniel prędzej czy później też zacznie, jak Sean przeklina, Daniel też przeklina. W Dontnod bardzo lubią zapamiętywać poczynania gracza i możecie być pewni, że zostaniecie rozliczeni ze swoich wyborów. Wytknięcie Danielowi przywar, których nabawił się od nas samych, nigdy nie kończy się to dobrze. Nawet jeśli będziecie chcieli postępować godnie, to wcale nie znaczy, że tak właśnie będzie. Wybory moralne są niejednoznaczne i często zmuszają braci do poniesienia nieprzewidzianych konsekwencji. Scenariusz idzie jeszcze dalej, ponieważ bierze pod uwagę rozwijane od pierwszych minut osobowości protagonistów. Sean może postanowić jedno, ale Daniel wcale nie musi się z nim zgodzić, jeśli nasze wcześniejsze poczynania zasugerowały mu coś innego. Młody wie lepiej, jak każde dziecko. Z tym, że ten konkretny dziewięciolatek może w ułamku sekundy telekinetycznie skręcić nasz kark. Więc trzeba brać trzy razy poprawkę na wszystko, co się robi i mówi w obecności Daniela. Nigdy nie wiadomo, gdzie życie Was poprowadzi następnego dnia.

Dla mnie autentyczność Life is Strange 2 jest jego największą zaletą. Jasne, nadprzyrodzone moce są kołem napędowym całej serii, ale gdyby pozbawić historię tych elementów to i tak jako całość by się obroniła. Postacie żyją, mają swoje cele, swoje zasady i swoje problemy. Bohaterowie poboczni są tak zróżnicowani i dobrze nakreśleni, że praktycznie każdy znajdzie tutaj swoje lustrzane odbicie, co sprawia, że opowieść staje się bardziej personalna. A uwierzcie mi, w moim przypadku była… bardzo personalna. Scenariusz nie oszczędza nikogo i niczego, w jednym momencie łamie graczowi serce, aby po chwili nieumiejętnie próbować je skleić, sugerując złudną nadzieję na lepsze jutro. Po czym znowu wyprowadza prawy sierpowy prosto w mordę, trzaska po nerach i poprawia solidnym kopem w żebra. Odpalając drugą odsłonę LiS przez myśl mi nie przeszło, że to będzie aż tak tragiczna, brutalna i smutna „przygoda”. Tak jak w życiu, są chwile lepsze i gorsze. Nic nie trwa wiecznie i należy doceniać to, co się aktualnie ma, nigdy nie wiadomo, kiedy wszystko legnie jak domek z kart. A możemy być pewni, że legnie. Niejednokrotnie.

Life Is Strange 2

Dość już o fabule, czuję, jak melancholia powoli do mnie wraca, więc czas na coś pozytywniejszego. Mam wrażenie, że reżyserzy z Dontnod marnują się przy tworzeniu gier. Ujęcia kamery są FE-NO-ME-NAL-NE. Wizualnie seria nigdy nie błyszczała, miała swój pomysł na stylizowaną szatę graficzną, ale po bliższym przyjrzeniu się uderzały w nas niskiej jakości drugie plany czy rozmazane tekstury. Tutaj tego praktycznie nie widać, za co należy się twórcom pochwała. Widoki w cutscenkach zapierają dech w piersiach, przy jednoczesnym tuszowaniu niedociągnięć. Każda kolejna wyreżyserowana scenka sprawia, że chce się więcej i więcej, tym sposobem skończyłem wszystkie pięć odcinków w dwa wieczory i teraz wyję, bo mi ciągle mało. Weźmy angażującą opowieść, świetną reżyserię, zmiksujmy je z soundtrackiem równie dobrym co w „jedynce” i dostajemy coś pięknego. Skoro już przy muzyce jesteśmy to warto zaznaczyć, że fani jedynki pod tym względem na pewno będą ukontentowani.

Z otwartymi ramionami przyjąłbym biografię braci Diaz jako telewizyjny serial, ale określenie „interaktywny film” zastosowane co do samej gry trochę jej uwłacza. Bowiem LiS 2 ma o wiele więcej faktycznej rozgrywki względem topowych symulatorów chodzenia. Pod względem konstrukcji gameplayu przypomina bardziej klasyczne point n’ clicki, pojawia się całkiem sporo zagadek do rozwiązania. Oczywiście są na tyle błahe, że każdy sobie z nimi w chwilę poradzi, co nie zmienia faktu, że jako gracz musimy zaangażować się dużo bardziej. Do przejścia gry nie wystarczy samo wybieranie opcji dialogowych. Podczas zwiedzania lokacji możemy natrafić na mnóstwo opcjonalnych przedmiotów, które rozbudowują naszą wiedzę o obecnej sytuacji braci oraz postaci, które aktualnie z nimi przebywają. Niektóre z tych przedmiotów służą jako „znajdźki”, które możemy dowolnie przypinać do wiernego plecaka Seana. Jeszcze więcej niuansów fabularnych można wyciągnąć z dziennika, który jest skrupulatnie uzupełniany przez protagonistę. Sam odkryłem tę zakładkę dopiero w połowie gry, po czym spędziłem ponad pół godziny na nadrabianiu lektury. Warto śledzić dziennik na bieżąco, Sean tłumaczy w nim wiele wątków, które z pewnych względów urywały się we właściwej historii, co nadaje wszystkiemu jeszcze większej głębi, w końcu wyłącznie pamiętnik jest na tyle potężny, by odzwierciedlić człowieka w całości.

Historia Seana i Daniela diametralnie różni się od przeżyć duetu Max & Chloe. Nie oznacza to, że pierwsza odsłona jest gorsza. Jest inna. Life is Strange 2 uderza po prostu w zupełnie inne struny. I uderza mocno. Pod względem emocji jakie wywołuje niewątpliwie przewyższa pierwowzór, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Od bardzo dawna nie byłem tak bardzo rozdarty na napisach końcowych każdego kolejnego odcinka. To opowieść którą się przeżywa, od pierwszej minuty, aż do samego końca i nie da się przejść obok niej obojętnie. Poruszone tematy i problemy są zbyt aktualne i zbyt osobiste, nawet jeśli czasami scenarzyści uciekali się do stereotypów w celu podkreślenia stanowiska, to mimo wszystko co chwilę zostajemy skłonieni do refleksji. Nie pamiętam żadnej innej produkcji, która by tak dobrze punktowała ludzkie słabości i problemy społeczne. Pojawiają się również postacie bezinteresownie dobre, pozytywne, dające nadzieje, ale koniec końców jesteśmy zdani na siebie, co rzadko kiedy wystarcza. Najbardziej przeraża w tym wszystkim aktualność i wspomniana wcześniej autentyczność. Life is Strange 2 to równocześnie niesamowicie smutna i szczęśliwa opowieść, w której nie liczy się cel, lecz droga. Znajomości nań zawarte i bitwy zostawione w tyle. Chciałbym, żeby jak najwięcej osób wzięło tę historię do serca. Jedno jest pewne – bracia Diaz zostaną ze mną na długo. Najprawdopodobniej na zawsze.

Life Is Strange 2

Venom

Venom

Człowiek pod względem growym wszechstronnie uzdolniony, gra we wszystko i w nic. Z naciskiem na wszystko.

Może Cię również zainteresować: