Kompaktowy jrpg? Xenoblade Chronicles: Future Connected

Share

Choć gracz i enpece w finale Xenoblade Chronicles odnieśli zwycięstwo, tak jedna postać została szczególnie ciężko doświadczona przez los na wielu frontach: miłości, rodziny i sprawności AI w walce. Mowa o naszej księżniczce Melii, względem której sami twórcy czuli się źle i poświęcili jej epilog, któremu nadali tytuł „Future Connected”.


Dostęp do Xenoblade Chronicles, jednego z najlepszych jrpg ostatnich lat, niestety był ograniczony, szczególnie w Stanach Zjednoczonych: mały nakład czy wybór platformy to główni winowajcy. Nintendo jednak uznało, że na swoje hitowe Nintendo Switch opłaci się wypuścić kolejną wersję gry, tym razem z odświeżoną grafiką. W ramach dodatkowego bodźca do zakupu dla tych, którzy grę już znają, dołożono epilog, dziejący się jakiś czas po zakończeniu gry: dlatego uwaga, od tego momentu będą nieoznaczone i kluczowe spoilery z podstawki.

Widziałem wiele opinii ludzi ciężko rozczarowanych tym dodatkiem: bo nie było epicko, bo nie było odpowiedzi na stare pytania, bo wbrew sugerującemu dodatkowe powiązania między jedynką a dwójką tytułowi nic takiego nie nastąpiło, ba! są nawet kolejne pytania bez odpowiedzi. I wiecie co? To wszystko jest prawdą, jednak według mnie chodziło o coś innego i o tym jest ten tekst.

Na końcu gry nasz zmyślny koleżka Shulk przemodelował cały świat za pomocą Monado, miecza, który był kluczem do zarządzania tym uniwersum. Odrzucił też koncept „boga”, efektem czego Monado stało się fajnie wyglądającym i nadal niebezpiecznym, ale poza tym w miarę zwykłym kawałkiem oręża. Nie oznacza to też, że wszyscy nagle zaczęli się przyjaźnić i wspólnie pracować nad budową nowego świata, gdzie nie mordujemy się nawzajem, a zamiast tego uprzejmie podajemy sobie skrzynki z jabłkami. Szczególnie mocno oberwali w trakcie gry High Entia, bo większa część ich rasy zmieniła się w umiarkowanie rozumne potwory, ich wspaniała stolica zmieniła się w zarośnięte zielskiem, choć nadal lewitujące ruiny, a ich młoda księżniczka jest pełna wątpliwości i nie jest w stanie zarządzać wszystkimi rozsianymi po świecie resztkami jej ludu. Witajcie w życiu!

extremly lewd

Shulk i Melia lecą sobie znanym z podstawki statkiem Junks na nową miejscówkę: Bionis’ Shoulder. Choć Bionisa już nie ma, tak lewitujące skały dalej działają, dlatego Alcamoth – opuszczona stolica High Entia – oraz Bionis’ Shoulder dalej fruwają sobie w powietrzu. Ta druga lokacja znajdowała się jeszcze w plikach podstawki, ale albo nie została dokończona, albo służyła tylko do testów i cut-scenek – bo istotnie jest tu duża różnorodność terenu, szczególnie jeśli chodzi o różnice poziomów, są też jakieś lochy, jakieś wioski. Jest nawet wyjaśnienie tego: Shulk coś tam mamrocze, że Giganci (ciało jednego z przedstawicieli tej rasy przejął Zanza, Dickson również tak naprawdę nim był, co widzieliśmy podczas walki z nim) używali lewitujących skał do budowy swoich siedzib i rzeczywiście, ruiny budowli Gigantów też tu zwiedzimy.

Powietrzna podróż byłaby całkiem spoko, gdyby laser wystrzelony z Alcamoth nie przeorał statku i nie zmusił bohaterów do awaryjnego lądowania w jeziorze. Przy okazji dowiadujemy się, że mieliśmy pasażerów na gapę: Nene i Kino, dzieci naszego przyjaciela Rikiego. Spełniają oni odpowiednio rolę Reyna i Sharli (rola tanka i healera, a nawet ich skille działają identycznie) i trochę się o nich dowiadujemy w trakcie gry, ale to mnie niespecjalnie ekscytowało: z Shulkiem i resztą spędziłem dziesiątki i setki godzin i odbyłem z nimi fantastyczną podróż, a krzykliwe wizualnie i akustycznie stworki choć są sympatyczne, to są na dobrą sprawę znikąd i zawsze będą mniej ciekawe od postaci, które już znałem i lubiłem.

Na Bionis’ Shoulder jako pierwszych spotykamy członków gwardii królewskiej High Entia, którzy chcieli wrócić do Alcamoth, ale nie mogą, bo zalągł się tam niejaki Fog King (Mgielny Król czy też Król Mgły, by lepiej się wymawiało) i to on właśnie potraktował nas z lasera. Melia w naturalny sposób uznaje odzyskanie Alcamoth za najlepszy sposób pomocy swoim ludziom, jak i pozostałym życiowym rozbitkom – a tych na Bionis’ Shoulder trochę jest, bo w innej części mapy znajduje się cała multi-kulti wioska, która jakoś próbuje stworzyć społeczność, mimo tarć, jak na przykład odłączenie się wspomnianej gwardii królewskiej od reszty z powodu różnicy poglądów dotyczących walki z Fog Kingiem.

Fabuła Future Connected bezspoilerowo: w kilku momentach sięga do fabuły sidequestów z podstawki dotyczących odbudowy kolonii, których do tej pory nigdy nie robiłem, bo nie sądziłem, że są ważne. Jak się tutaj okazuje: były i miały w miarę istotne konsekwencje, dlatego proponuję nadrobić tę odbudowę, aby nie było przykrego poczucia, że coś nam umyka. Shulk gra w całym epilogu drugie skrzypce: gra zachęca do sterowania Melią podczas walki i to na niej koncentruje się fabuła. Spotka swoją dawną prześladowczynię, ma też ugruntować swoją pozycję wśród poddanych, co może zrobić poprzez ochronienie ich przed złymi mocami nasyłanymi przez Fog Kinga. Nie ma w tym wielkiej filozofii.

Fabuła Future Connected ogólnie, ale ze spoilerami: spotykamy koleżankę Tyreę, która próbowała Melię zamordować wtedy w krypcie. Ta znalazła nowy cel w życiu, a jest nią chronienie chłopca-naukowca, który ma ambicję rozpracować Fog Kinga. Do porozumienia między Melią a Tyreą jest bardzo długa droga, ale ostatecznie podczas sceny bitewnej, gdy wioska broni się przed najazdem bestii opętanych przez moc Fog Kinga, Melii udaje się w ostatniej chwili sprowadzić pomoc, czym zyskuje ostrożny szacunek Tyrei. (koniec spoilerów jak na razie!)

Ponieważ tym razem mamy do czynienia na dobrą sprawę z jedną tylko lokacją (Alcamoth też możemy odwiedzić, ale niewiele ciekawego już tam pozostało), więc można dość sprawnie wykonać wszystkie sidequesty. Rozciągną one czas gry z około ośmiu do w moim przypadku piętnastu: najbardziej przydatne jest wykonywanie questów związanych z Ponspectorami. Wiedziona duchem eksploracji (i szybkiego zysku) ekipa Noponów porozłaziła się po całym Bionis’ Shoulder i twoim zadaniem jest wszystkich odnaleźć i zrobić dla nich questy, aby przyłączyli się do ciebie. Im masz ich więcej, tym są bardziej pomocni w walce, zresztą cały czas ich widać, bo łażą za tobą – dodatkowo później możesz dzięki nim odpalać ataki specjalne, które albo leczą, albo stunują, albo po prostu zadają wrogowi potężne obrażenia. Shulk stracił moc swych wizji i nie ma już chain attacks, więc do walki z potężniejszymi wrogami Ponspectorzy stają się nierzadko niezbędni. Najwyższy level wroga to 80 (zaczynasz dodatek z postaciami na levelu 60) i niestety najlepszą metodą na największych mocarzy jest granie składem Shulk-Nene-Kino i spamowanie Tarczą z Monado, bo to na szczęście swoje inne skille zachowało. I choć sidequesty dalej nie porażają fabułą (choć według mnie są lepsze od tych z podstawki, ale gorsze od XCX), to dzięki ulepszonemu systemowi oznaczania gdzie jest to, co musimy zebrać/ubić/zwiedzić ich wykonywanie przestało być uciążliwe. Połącz to z faktem wymiernych korzyści i progresu w przypadku Ponspectorów oraz świadomością, że nie czeka ich góra do wykonania (patrz: podstawka, Disgaea 5 i tak dalej), a dostaniesz coś, na co chce się poświęcić parę godzin.

Graficznie mamy do czynienia z upgrade’em przygotowanym głównie na potrzeby podstawki, ale i tak prezentuje się on świetnie – a już na pewno dla kogoś takiego jak ja, kto przeszedł pierwsze wydanie na Wii (U) dwa razy i przyzwyczaił się do takiej sobie rozdzielczości tekstur i modeli postaci. I choć animacje dalej potrafią być archaiczne (postacie biegną i nagle się zatrzymują, wykonując charakterystyczny „dryg”), to mi to wcale nie przeszkadzało, ba! cieszyłem się, że tak to wygląda i chyba przejdę grę po raz trzeci, już na Switchu, ze wszystkimi sidequestami.

Muzycznie wielu nowych utworów nie stworzono i nie ma tam nic, co wpadłoby mi w ucho tak mocno, jak na przykład Gaur Plains, ale i tak uważam soundtrack za bardzo przyjemny i wpisujący się w kameralność tego epilogu. Zresztą posłuchajcie tego:

Tak, to podstawowy temat bitewny.

Nieco poważniej robi się przy walkach z Fog Beasts i finałowym bossie, dlatego uwaga znowu spoilery, tym razem dotyczące zakończenia: po zebraniu wszystkiego do kupy Tyrea odblokowuje ostatni teleporter prowadzący na szczyt Alcamoth, gdzie czeka na nas Fog King – bestia o niesprecyzowanym kształcie i motywacji, najpewniej przybyła była z innego wymiaru. Walka jest ciężka i długa, na szczęście w nomuropodobnej scence (wszyscy skaczą dookoła, walczą i wykrzykują swoje kwestie: rzecz, która według mnie była plagą w XC2) udaje się po pierwsze naklepać Fog Kinga, po drugie pomagają nam… Telethie, które wlatują w dziurę między wymiarami, z której Fog King przybył i wywołują eksplozje, co naszego wroga osłabia i ostatecznie dzięki magii Melii udaje się go zniszczyć, a Alcamoth zostaje oswobodzone. W zakończeniu wszyscy się cieszą i przybywają na ceremonię otwarcia odrestaurowanego Alcamoth (no i koronacji pewnej księżniczki na cesarzową), a Melia i Tyrea wydają się być już ze sobą pogodzone – niczym siostry.

Natura Fog Kinga i przejścia międzywymiarowego nie jest znana, ale spekuluje się, że chodzić może o świat znany z Xenoblade Chronicles X: tam też była Telethia, która według lore „pojawiła się znikąd” i może w planach jest XCX2, bo w końcu „Future Connected”, czyli w wolnym tłumaczeniu „połączenie z przyszłością”, ale jak jest naprawdę? Jeszcze nie wiemy.

Koniec spoilerów!

Mi Future Connected bardzo się podobało i ciężko mi się było oderwać – znane postacie w nowej historii, nawet takiej prostej, przy możliwej do ogarnięcia liczbie sidequestów to jest coś, czego właśnie potrzebowałem: kompaktowy jrpg, którego ukończenie nie zajmie mi roku grania, a przy okazji z postaciami, które już znam i lubię. Może to właśnie jest metoda? Może takie epilogi, które nie mieszają za bardzo z podstawką (patrzymy z wyrzutem w stronę Advent Children), są nam potrzebne? Rzecz do przemyślenia.

MSaint

MSaint

Łatwo osądzać, trudniej zrozumieć.

Może Cię również zainteresować: