Kilka słów o E3

Na początku musimy wyjaśnić sobie jedno – impreza w mieście aniołów wytraca swoją prędkość z przyczyn jej niezależnych, a nie dlatego, że jest zła, bo organizatorzy zdecydowali się kilka edycji wcześniej na jakąś negatywną restrukturyzację. Wszystko zmienia się przez nieubłagany upływ czasu i czynniki z tym związane, czyli postępującą technologię, finanse, bądź wszelakie strategie PR-owe. Zmiany na tym polu odczuwalne były już nieco wcześniej, jednak to Sony ostatecznie przypieczętowało obecną kondycję E3, gdy włodarze firmy ogłosili, iż nie zamierzają pojawić się w tym roku na targach.


I od tego zaczniemy, ponieważ nie pamiętam kiedy marketingowcy japońskiego giganta wykonali lepszą robotę aniżeli obecnie. Rozbiega się oczywiście o next geny – gigant z Tokio od początku roku coraz śmielej bombarduje nas nowinkami oraz kontrolowanymi przeciekami na temat ich następnej konsoli i to jest właśnie główny fundament zimnej wojny między Sony, a Microsoftem. Ekipa Phila Spencera chce naturalnie wykorzystać nieobecność największego konkurenta i zapowiedzieć oficjalnie następcę Xboxa One, aczkolwiek to szefowie Playstation zgarniają punkty za idealnie wyczuty timeline i dzięki temu wbijają się co tydzień na nagłówki czołowych portali związanych z grami wideo – to nie nowy Xbox, a PS5 nie schodzi z ust graczy na całym świecie, a gigant z Redmond został delikatnie przyciśnięty do muru – teraz to Wy musicie odsłonić karty i to tak oficjalnie, my zaś poczekamy i sami wybierzemy najlepszy dla nas moment na szczegółową prezentację.

Niezależność bowiem to słowo klucz w kwestii omawiania targów E3. Nie można rzecz jasna zapomnieć, iż show odwiedzą również inni giganci, choć i u nich zachodzą pewne zmiany. EA przykładowo odbiega od standardowej konferencji, cały pokaz zaś miał odbywać się w cyklicznych odcinkach, dosłownie na kilka dni przed otwarciem hal w Los Angeles. Plany zostały zmienione ponownie kilka tygodni temu i okazuje się, iż Elektronicy chcą zadowolić fanów jedną, spójną i wyreżyserowaną konferencją. Co z kolei robi Nintendo? Dokładnie to samo, zupełnie na wzór swoich odcinkowych Nintendo Directów – firma stojąc z boku zaserwuje materiały z wybranych przez nich produkcji jakie prawdopodobnie ujrzą światło dzienne jeszcze w tym roku, gdyż nie chcą prezentować hucznie pozycji, które są jeszcze w powijakach. Czeka nas więc ciekawa, aczkolwiek prosta prezentacja, bez wielkiego show, bez wielkiej sceny, bez gości specjalnych.

W takich momentach zaczyna wyczuwać się powiew nostalgii, szczególnie jeśli obserwuje się drastyczne zmiany na poletku, które od zarania dziejów było hermetyczne i niezmienne. Ów decyzje, tak wspólne dla wymienionych wyżej przedsiębiorstw nie są wyrazem braku szacunku dla graczy, a efektem dość sensownej kalkulacji. Przede wszystkim w dzisiejszych czasach organizacja dużego pokazu to również duże pieniądze i poza Microsoftem chyba każdy odczuwa jakąkolwiek zmianę w tej kwestii – trzeba przywieźć sprzęt, przygotować scenę, wykupić miejsce na hali i tak dalej. Ważniejszym czynnikiem jest jednak sam charakter prezentacji oraz wkradające się tutaj pewne archaizmy. W dobie Internetu i prężnie rozwiniętej siatki medialnej ilość informacji oraz prędkość ich przepływu jest oszałamiająca – na portalach społecznościowych pod komentarzami zrodziły się nowe fora, a nasze tablice co rusz zalewane są świeżymi newsami, często donoszącymi o tym samym i to nawet z niepokrewnych sobie źródeł. Wychowały się w nas przez to pewne przyzwyczajenia i duże koncerny muszą być tego świadome – co z tego, że przyjeżdżamy na E3, skoro poza nami będzie tutaj masa innych, godnych uwagi gier? Potok kolejnych produkcji dosłownie zalewa uprzednio pokazywane produkty i nawet dość mocno wyczekiwane tytuły odchodzą w zapomnienie, ponieważ za 15 minut prezentacje będzie miał kolejny, jeszcze większy. Oglądamy relację z targów i nie nadążamy na chłodno oceniać tego, co widzieliśmy – pojawia się nowa gra, kolejna i jeszcze następna. I tak przez kilka dni.

Koniec końców na nic te wielkie, szykowne sceny, bo co z tego, że jakiś wschodzący developer ma szansę na swoje pięć minut, skoro za chwilę zostanie przyćmiony przez licencjonowaną Fifę (więc to dobrze, że EA zaczyna jako pierwsze). Nie chciałbym może generalizować i sprowadzać całej sytuacji do tak prostej formy, jednakże gdy pomyślę sobie o jakichś mniejszych grach, spoza segmentu AAA, może nawet o indykach, to stwierdzam, że ich twórcy mają na E3 naprawdę przesrane. Obecnie natomiast coraz więcej firm idzie w swoje własne “konferencje” – mamy kanały na social mediach, montujemy materiał wideo, jak chcemy, wrzucamy co chcemy i kiedy chcemy, czekając na efekty i zaskakując konkurencję. Cała ta sytuacja nie oznacza, że znaczenie E3 będzie permanentnie leciało w dół ku równi pochyłej – nadciągają po prostu inne czasy. Samo Sony zaś pewnie pojawi się na targach za rok, by wtórować Microsoftowi przy prezentacji next-genów. Z resztą, kto wie jaki był prawdziwy powód ich nieobecności – pamiętajmy bowiem, iż konkurenci doszli do porozumienia na polu usług strumieniowych i nowych technologii sieciowych napędzających nadchodzący hardware. Być może streaming faktycznie ma być tak znaczącą i przyszłościową zapowiedzią, że Sony z racji porozumienia z gigantem z Redmond nie miało potrzeby przyjeżdżać do Los Angeles, bo koledzy wszystko za nich załatwią? Czas pokaże.

 

Tekst podesłał nam: Duki

Avatar

Autor: CrossPlay