Jet Set Radio

Joł! Dzisiejszą sesję poprowadzi dla was ndl w zastępstwie za czadowego profesora K, który zagubił się na mieście tańcząc zapewne w rytm muzyki ulicy. Zapinajcie pasy, zakładajcie swoje wypasione rolki i jedziemy z tematem, pif paf bejbe get the mood bro and let’s dance!


Zapytacie czym jest Jet Set Radio? Jest drogą przez muzykę i freestyle, jest buntem pokolenia przed zastanym ładem świata, jest tańcem wokół ognia w szamańskich rytmach miastowego folkloru. Tylko młodość i nowa jakość estetyki, precz z dziadami przesiąkniętymi hipokryzją, tutaj potrzeba nowych wartości i nowego świata, walka pokoleń oficjalnie zostaje rozpoczęta! Osiągniemy ten cel bujając się przy najlepszych bitach i ostentacyjnie pokazując ścieżkę innym za pomocą testamentu jakim jest graffiti. Lecę zmienić stronę czarnej płyty i nastawić igłę, a wy zapoznajcie się z tłem powstania legendy.

Jet Set Radio (w Ameryce znane jako Jet Grind Radio) to gra akcji wydana w 2000 r. na konsolę Dreamcast. Odpowiada za nią ekipa Smilebit, która ma na swoim sumieniu (jeszcze jako zespół pod inną nazwą) taką serię jak Panzer Dragoon. Gwoli ścisłości odpowiedzialnym za ten tytuł jest niejaki Masayoshi Kikuchi, który podjął się reżyserii całej gry. W przyszłości będzie odpowiadał również za produkcję takich tytułów jak Yakuzy, Binary Domain czy Panzer Dragoon: Orta. Niezły z niego kozak, szkoda jedynie, że po Jet Set Radio nie zajmował się już prawie reżyserską stroną gier, raczej skupiając się wyłącznie na stanowisku bezpośredniego producenta.

Cała historia rozpoczyna się w mieście zwanym Tokyo-to, gdzie nasz bohater o pseudonimie Beat zakłada własny gang ulicznych artystów o nazwie GG. Jak to bywa w przypadku nowo rozpoczętego projektu, będziemy musieli znaleźć dla ekipy nowy teren i pokazać reszcie, że nie ma z nami żartów. Tokyo-to dzieli się na wstępnie 3 dzielnice, które należą już do innych gangów. Po kolei są to: kobiece zgrupowanie Love Shockers, cyborg podobni Noise Tanks i zakochani w przebraniach potworów z japońskich filmów Poison Jam. Od walki na graffiti z tymi trzema gangami przyjdzie nam rozpoczęcie ekspansji i próby przejęcia miasta.

 

Zanim jednak odpaliłem grę na najwyższych obrotach, nauczony po Crazy Taxi ruszyłem w celu ogarnięcia smaczków mechaniki do działu treningowego. Polega on na wykonaniu kilkunastu zadań rozpoczynających się od prostego skoku na samochód kończąc na meandrach rolkowego świata, czyli najłatwiej ujmując grindu i szalonych trickach. Trening wrzuca nas w mały parking z mini dworcem autobusowym, dobra – więc skaczę tu skaczę tam, wskakuje na poręcze, robię przysłowiowego wallride’a czyli jazdę po ścianach, zaczynam tańczyć coraz pewniej poruszając się po parkingu. Nagle dostaję zadanie, aby zrobić 10 tricków, najprościej ujmując trzeba je po prostu łączyć w combo, czyli jazda na poręczy odbicie się od np. ściany podczas którego robimy tricka w powietrzu i szybki powrót na następną poręcz z grindem do końca nie dotykając przy tym ziemi (chodnika/ulicy). 10 tricków nabija się wg systemu w grze więc nie ma co tłumaczyć wam tego za bardzo, to trzeba po prostu wyczuć. Bułka z masłem, coś słaby ten trening myślę, gdy nagle otrzymuję za zadanie 20, potem 30 tricków pod rząd. Po 20 – 30 minutach w końcu się udało i zaczynam czuć się najedzony. Kiedy wpada nagle zadanie 50 tricków za jednym zamachem w combo bez dotykania ziemi, czyli nie przerywając naszego grindu (tutaj warto napomknąć, że grind załącza sie sam, wystarczy po prostu wskoczyć na daną poręcz/krawędź/reklamę itd.). Wtedy dopiero pojawia się ściana, która pokaże nam pełne możliwości gry. Nie powiem z godzinę męczyłem się, aby poruszać się wokół pola treningowego bez skuchy przeskakując między poręczami odbijając się od ścian i robiąc potężne wyskoki z poręczy na poręcz, byle żeby nie dotknąć ziemi. Tak naprawdę po godzinie prób i błędów i zapomnieniu o zewnętrznym świecie w końcu udało mi się ukończyć tę część treningu i powiem wam szczerze, że było warto bo nauczyłem się… latać. Niesamowite ile odwagi i pewności siebie dały te 2 godzinki próby opanowania mechanik gry.

 

Czas na rozpoczęcie przygody, na samym początku gry czeka na nas następny tutorial, tym razem pokaże nam ciekawe zastosowania poruszania się po mieście. Tak więc będziemy mogli np. przyczepić się do jadącego samochodu, aby szybciej przedostać się do danego punktu na mapie. Nauczy nas też jak malować graffiti, jest to bardzo proste i polega na patencie QTE, gdzie machamy analogiem na podstawie narysowanych wzorów. Wszystko już wiemy, więc pora do roboty! Całe lore i narrację fabularną dostajemy na tacy podczas sesji w pirackiej, underground’owej radiostacji prowadzonej przez profesora K. Tam dowiemy się, co dzieje się na mieście, które gangi robią nalot na dane obszary itd. W założeniu sama gra jest bardzo prosta, wpadamy na dzielnicę i w określonym czasie gry mamy walnąć graffiti w punktach z czerwoną strzałką. Wszystkie bardzo dobrze rozrzucone są na całym obszarze i pomoże nam w odnalezieniu ich mapa. Zanim jednak uda nam się walnąć grafa trzeba po drodze szukać porozrzucane spreje służące do tego. Ilość trzymanych sprejów w kaburze jest ograniczona i zależna od wybranej przez nas postaci, więc siłą rzeczy będzie trzeba zapamiętywać gdzie się pojawiają i wracać po nie. Jest ich sporo na mapie i dobre prowadzenie gry z robieniem tricków, grindów w jak najfajniejszy sposób samo zaprowadzi nas do nich. Oprócz czerwonych strzałek mamy również zielone punkty, gdzie możemy walnąć graffiti opcjonalnie dla lepszego scoringu, który potem objawia się nam w ostatecznej ocenie misji. W późniejszych misjach oprócz malowania ścian, reklam i innych zmyślnych punktów będzie trzeba również np. obsmarować sprejem przeciwników uciekających przed nami na danym obszarze mapy. Co do graffiti mamy kilka rodzajów od nazwijmy to prostych gdzie wystarczy jeden sprej i po prostu naciśnięcie odpowiedniego przycisku po dosyć skomplikowane, gdzie sprejów potrzeba o wiele więcej i namalowanie ich na ścianie jest dosyć długą sekwencją combo podaną w QTE. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nikt nam nie przeszkadzał. Z każdym zaliczonym graffiti i progresie pojawia się coraz więcej oddziałów policji z naczelnym detektywem, a w późniejszej fazie gry nawet śmigłowce ostrzeliwujące nas z powietrza!! Tutaj więc pojawia się bardzo przemyślana konieczność przyjęcia odpowiedniej strategii podczas wykonywania misji. Najlepiej oblecieć dany teren i zbierać spreje oraz sprawdzać jak bardzo skomplikowane graffiti trzeba będzie w danych punktach malować. Jeżeli zaczniemy od najłatwiejszych to przy tych wydawałoby się już ostatnich, trudniejszych nie damy rady spokojnie zrobić całego eventu QTE, bo będzie nam przeszkadzała chmara policji ostrzeliwującej nas podczas combo. Świetnie zostało to rozegrane przez twórców i czasami trzeba się nagłowić, aby ładnie wyczyścić mapę bez komplikacji i co najważniejsze ścigając się z uciekającym czasem. Oprócz skoku i przycisku akcji odpowiadającego za uruchomienie QTE przy punktach z graffiti, mamy również do dyspozycji przyśpieszenie, które pozwala nam się rozpędzić do odpowiedniej prędkości aby np. dobrze zgrindować odpowiednią rampę i uciec policji. Poruszanie się po terenach jest niezwykle satysfakcjonujące, piękna sprawa kiedy goni cię policja, a ty wskakujesz na rampę odbijasz się od ściany robiąc wallride’a i ostatecznie wyskakując w powietrze robiąc przy tym efektownego tricka łapiesz się nadjeżdżającego samochodu i zmykasz im z oczu machając nara frajerzy! 

Moja ulubiona postać!

Oprócz sprejów z farbą, znajdziemy również porozrzucane buteleczki z czerwonym płynem, które są najprościej ujmując apteczkami z życiem. Co progres w fabularnej ścieżce będziemy mieli możliwość powiększania naszej ekipy i co za tym idzie poszerzania palety grywalnych postaci. Zachwyceni naszymi podbojami będą pojawiać się w naszej bazie nowi ludzie, ale ich rekrutacja polega na pokazaniu naszego skilla. Każdy z nich będzie miał dla nas kilka sprawdzianów z ulicznego freestyle’u i dopiero po wykonaniu tego co będzie chciał dołączają do ekipy. Za najlepsze oceny na koniec misji, zbieranie dodatkowych rzeczy i progres w grze otrzymamy również nowe wzory graffiti, które możemy sobie personalizować. Bajerów tego typu jest sporo i trzeba zaliczyć ostry post game i wymasterować tytuł kompletnie, aby zdobyć wszystkie. Graffiti możemy też spróbować tworzyć sami za pomocą odpowiedniego edytora i teraz ciekawostka, w latach kiedy jeszcze oficjalne serwery gry działały, a podłączenie konsoli Dreamcast do sieci nie było hipsterskim dziwactwem, można było wrzucać swoje graffiti na oficjalną stronę i wymieniać się nawet nimi, zapisywało się ją w naszej memorce VMU oczywiście. Naprawdę urozmaicający grę motyw i szkoda, że dzisiaj już to nie jest raczej możliwe.

Niektóre z graffiti pochodzą bezpośrednio od legendy na tym poletku, czyli Erica Haze. Mi najprościej określić go jako Tony Hawka, ale w świecie graffiti. Oprócz dużego wpływu w danej gałęzi, odpowiadał też za styl okładek do albumów takich artystów jak Beastie Boys, EPMD czy LL COOL J. Aktualnie ikona ulicznych malowideł. Na jego nazwisku starano się też wypromować oczywiście Jet Set Radio. Europejska okładka do gry również została zaprojektowana przez Erica.

Fabularnie gra dupy nie urywa, ale też nie o to tutaj chodzi. Wszystko w pewnym momencie zacznie się kręcić wokół legendarnej czarnej płyty porozbijanej na kawałki, dzięki której po odpaleniu w gramofonie będzie można wskrzesić demona prosto z piekieł. Groteskowość całej narracji pasuje idealnie do klimatu gry. Oś fabularna podzielona jest na kilka aktów i główne trzy dzielnice Tokyo-to nie będą jedynymi odwiedzanymi przez nas lokacjami. Im bliżej końca tym co raz większe tereny dzielnic zostaną otwarte dla nas, więc warto podczas gry zapamiętywać dane lokacje, które będą rozbudowywać się równomiernie do progresu.

Oprawa audio – wizualna to kosmos. Niestarzejący się cel – shadding, wspaniała kolorystyka i soundtrack, przy którym będziecie tańczyć i praktykować kocie ruchy do narzuconego bitu. Od hip hopu po funk, chyba żaden utwór nie odstawał jakościowo od reszty. Wszystko w płynnym (chociaż zdarzały się raz po raz gruchnięcia) gameplayu i aż chce się wylecieć na miasto po sesji z Jet Set Radio, założyć słuchawy na głowę, wziąć sprej i machnąć na ścianie jakiegoś grafa. Każda z lokalizacji jest przygotowana z należytą starannością, ma swój unikalny klimat, gdzie w jednej z dzielnic spotkamy mnóstwo neonów bijących nas w oczy swoją kolorystyką i nadających odjazdowego charakteru. W drugiej zaś niczym w słonecznej Kalifornii, piękną portową dzielnicę pełną przybrzeżnych domków, pomostów itd. Szczerze to uwielbiam każdą z map i ciężko byłoby wybrać mi tę najlepszą.

Masayoshi Kikuchi miał spory problem z Jet Set Radio, nie wiedział w jaki punkt uderzać jeżeli chodzi o gatunek gry, która wstępnie miała być o dziwo RPG z antyrządowym tłem. Na pomoc przyszedł artysta odpowiadający za dizajn całego szpila – Ryuta Ueda, który naszkicował wstępne charaktery postaci. Inspiracją ostatecznie okazały się takie tytuły jak Fight Club, przez założenie antyrządowego charakteru oraz PaRappa the Rapper przez nasiąknięcie pop kulturą. Jet Set Radio jest też pierwszą grą, która wykorzystuje cel – shadding i chwała im za to, ponieważ Ueda z Kikuchim wymyślili świadomie bądź nie lek na starzenie się grafiki w grach. Tytuł do dzisiaj prezentuje się wspaniale.

Co ciekawe, wielu ludzi dzisiaj omija ten tytuł bądź żyje w dziwnym przeświadczeniu, że jest to następny Tony Hawk albo coś w tym stylu. Panowie i panie, to zupełnie inny klimat, zupełnie inny gatunek. Jet Set Radio nie skupia się wyłącznie na ciśnięciu co raz to lepszych tricków w ramach końcowego wyniku. Umożliwia robienie ich w celu efektowniejszego poruszania się po mieście, ale to tylko jedna z możliwości gry a nie jej główny trzon. Antyrządowa, sięgająca nawet walki pokoleniowej  i zahaczająca o powstawanie subkultur otoczka w popkulturowym sosie nadaje jej czaderskiego charakteru. Wszystko to podane w genialnym soundtracku, pierwszym użyciu grafiki w formie cel – shaddingu i niesamowicie wciągającej oraz co najważniejsze satysfakcjonującej rozgrywce. Na dodatek możliwość skupienia się na masterowaniu gry po ukończeniu podnosi jej replayability. Ciężko napisać coś nawet na siłę, nieszczerze złego na tego szpila. Nawet próbowałem w tekście wcisnąć jakieś negatywy, ale oprócz kilku przypadków małego trzaśnięcia animacji nie jestem w stanie nic wydłubać. Wolę jednak pokręcić głową do zapuszczonych rytmów od czcigodnego profesora K i ruszyć na ulicę głosząc prawdę młodego pokolenia. To jest freestyle kochana, tutaj nie ma ograniczeń! Ten tytuł nigdy się nie zestarzeje i po prawie 20 latach dalej gra się w niego wspaniale. Groteskowy świat, arkejdowy gameplay, kozacki ost, przepiękna grafika i konieczność użycia szarych komórek mózgowych w przypadku przyjęcia odpowiedniej strategii na daną mapę dają nam tytuł prawie, że idealny i co najważniejsze pełen konsolowej duszy.  Let’s dance!

ndl

Autor: ndl

First time?