Game session #3

Share

Nowy miesiąc, więc jest chwila na ogarnięcie frontu gierkowego. Co tam w dojo gamejitsu, czy dalej jest w różnych terenach świata grane i lubiane, zobaczmy. Zapraszam na trzecie wydanie ogranych sztosów.


Czarny Ivo/Karate snesmachine

Resident Evil 6 Zacząłem w 2020, ale skończyłem dziś. Przeszedłem tę grę już właściwie dawno z kolegą, chyba gdzieś w okolicach premiery i pamiętam że byłem na maxa zawiedziony. Tyle, że wtedy grałem z nastawieniem, że to gra z serii Resident. Tym razem przyświecała mi myśl, że to po prostu gra akcji. I teraz mogę przyznać, że to niezły średniak. Niestety kicz goni kicz i absurdem pogania. Wybuchy pościg ratunek tylko po to by wpaść w większe wybuchy, boss tyranozaur, wybuchy, kurwa. Jak sen jakiegoś nastolatka co ma mózg rozjebany telewizją. Pasowałoby to może do jakiejś gry o cyber samurajach z kosmosu, ale nie do… powiedzmy mrocznej strzelanki. Przyznam, że strzela się naprawdę przyjemnie. Przeciwnicy robią robotę, ale z czasem czuje się przesyt i tylko czekasz żeby już wyłączyć. Myślę, że dobre 6,5/10 się należy.

Donkey Kong Country 3: Dixie Kong’s Double Trouble (SNES) Ostatnia część oryginalnej trylogii. Panowie z RARE nie poszli na łatwiznę, bo od nowa zrobili wszelkie modele postaci dzięki czemu wszystko wygląda świeżo, a cały klimat jest taki jakiś pogodniejszy. Dużo tu słońca, plaży i ogólnie jasnych kolorów. Na główny plan idzie tytułowa Dixie a pomagał jej będzie ślamazarny Kiddy Kong. Uważam, że przywrócenie powolnej małpy to był zły krok, a już stworzenie kogoś tak mało charyzmatycznego jak Kiddy to w ogóle lipa, no ale z drugiej strony pasuje do narracji. Dixie się nim opiekuje podczas swojej prywatnej przygody. Trzecia część poziomem trudności dorównuje części drugiej, ale posiada kilka bardziej denerwujących plansz. Kurde, nigdy więcej nie chcę powtarzać planszy z rybą która za nami pływa i którą trzeba dokarmiać bo nas ugryzie. Niektóre plansze wydają się bardziej otwarte niż zwykle (zwłaszcza z wodospadami) i ogólnie duży nacisk jest postawiony na eksplorację. Trzeba się nieźle nakombinować aby odnaleźć wszystkie znajdźki, a żeby zdobyć symbole DK czasem nagłowić. Ogólnie jest ciężko i jest sporo momentów do przeklinania. Czasem przeciwnicy wychodzą zupełnie z dupy i łatwo się można nadziać lub zagonić i mieć nauczkę na później. Dostajemy też nowe rodzaje beczek. Ogólnie wszystkiego jest dużo, a mało tego na mapce świata też jesteśmy aktywniejsi bo i tu są miejsce do eksploracji. Załatwiamy sklepikarzom różne rzeczy za co oni nam dają kolejne i dzięki temu odblokowujemy nowe przejścia. Element olany w nowożytnych częściach, ale w Yooka Laylee fajnie zrobione z tego użytek w Zeldowaty sposób. Ogólnie świetna gra choć trudna i wnerwiająca i podsumowując z pierwszej trylogii najbardziej cenię dwójeczkę. Tutaj jednak i tak wysokie 9/10.

Guile

Saints Row: The Third Nie jest tajemnicą, że nie przepadam za serią GTA, a konkretniej za tym, czym się stała po pojawieniu się jej trzeciej części. Jednak to nie znaczy, że cały gatunek gier tego typu mnie odrzuca. Raz na jakiś czas trafi się coś takiego, co mnie się nawet spodoba na tyle, że chętnie zagram, a nawet skończę. Do tego grona zalicza się SR3. Dwójka mi nigdy nie pasowała, a czwórka chyba za bardzo odleciała, ale do trójki mocno mnie ciągnęło przez fajny, wesoły klimat i naprawdę zróżnicowane zadania. Gra jest naprawdę dobra, choć nie na tyle by chciało mnie się ją maksować. Warto dać szansę, nawet jeśli dostaje się odruchu wymiotnego na widok GTA. 7/10

Scott Pilgrim vs the World: The Game Wielki rerelease cult classica z czasów PS3. To nadal jest dobry beat’em up, który jest wpisany w bardzo nietypowy klimat z mnóstwem odniesień do wielu dzieł popkultury, ale przede wszystkim jest to naprawdę świetna adaptacja wydarzeń z fantastycznego komiksowego pierwowzoru. Posunę się do stwierdzenia, że osoby, które nie czytały komiksu, fabuły, a w zasadzie jej szczątków, w ogóle nie zrozumieją, ale nie muszą, by czerpać przyjemność z tego tytułu. Ta gra broni się sama. Graficznie mamy wykorzystane animacje robione przez Paula Robertsona, który swoim specyficznym stylem nadaje każdej swojej pracy niesamowitego klimatu. Wszystko to jest polane świetną muzyką w wykonaniu zespołu Anamanaguchi, która idealnie wpisuje się w to wszystko. Zrywając te wszystkie rzeczy jest to po prostu przyzwoita napierdalanka, która czerpie garściami z tuzów tego gatunku. Gra szczególnie zyskuje w trybie multi, gdzie można grać we czterech i do tego odpalać łączone ataki. Replayability też jest na niezłym poziomie, bo mamy do odkrycia sporo sekretów, w tym skróty, specjalne sklepy, a nawet dodatkowy boss. Jak za tę cenę (ok. 60 zł), to naprawdę wiele się dostaje. Fani komiksu będą się bawić jeszcze lepiej, więc tym bardziej im polecam. W tym wydaniu mogli dodać coś więcej. Wiadomo, że czas na powstanie tej był bardzo krótki, aby zgrać ją z premierą filmu, ale przez to sporo contentu zostało wycięte, więc teoretycznie mogli dodać coś więcej, poza DLC-kami. Niemniej jednak i tak bawiłem się przednio. Dla mnie mocne 9/10, a osoby niezaznajomione z komiksem mogą spokojnie odjąć od oceny oczko, dwa. Niemniej polecam wpierw się zapoznać z materiałem źródłowym.

Dillon

Return to Castle Wolfenstein: Tides of War (Xbox) Całkiem zgrabny port z PC cierpiący niestety na częste spadki animacji, ale szczęśliwie nie w kluczowych momentach gry. Jest to upierdliwe, ale nie uniemożliwia ukończenia tytułu. Względem oryginału dostajemy dodatkowy prolog w Egipcie. Feeling strzelania do niemieckich nazioli nadal daje masę frajdy. SI jest całkiem sprytne i naziolki nie idą pod lufę jak owce. Spory wybór broni, zróżnicowani wrogowie oraz wymagający bossowie. Fajnie wplecione wątki okultystyczne i paranormalne. Graficznie i dźwiękowo nadal daje radę. Ocena końcowa: 8/10

Dex (Switch) Przyjemna Metroidvania podlana cyberpunkowym sosem. Sporo nawiązań do twórczości Gibsona – stymy, kowboje, wszczepy itd. Ciekawa historia z paroma twistami i wyborami. Mnogość zadań pobocznych, proste i przejrzyste drzewko rozwoju, ale można trochę z skillami pokombinować. Walka na przyzwoitym poziomie, ale przeciwnicy mało zróżnicowani. Interesująco zaprojektowane hackowanie – w formie wirtualnego shmupa. Oprawa AV miła dla oka i ucha, szczególnie muzyka. Dla fanów gatunku będzie to naprawdę fajne doświadczenie.

Code: Vein (XSX) Gra z gatunku soulsowatych posiadająca spójną i całkiem ciekawą historię, wyważony poziom trudności (co w tym gatunku bywa raczej rzadkie) i niezły system rozwoju postaci zaczerpnięty z gier JRPG. Fabularnie akcja rozgrywa się w zdewastowanym świecie post-apo, gdzie światem rządzą dwie frakcje Revenants i Lost. W skrócie mówiąc obie należą do czegoś na wzór rasy wampirów z pominięciem długich zębów, braku odbicia w lustrze i alergii na czosnek. Oczywiście są one do siebie wrogo nastawione. Rozgrywka to typowy soulslike z taktycznym podejściem do walki ograniczonym zapasem staminy, odblokowywaniem skrótów, zbieraniem śmieci z ziemi, ulepszaniu ekwipunku itd. To co wyróżnia CV to system rozwoju postaci. W lokacjach i podczas rozmów z npc-ami zdobywamy nowe klasy. Każda z nich charakteryzuje się innymi statami i skillami. Jednak jeżeli nauczymy się danego skilla na stałe – możemy go przenieść na inną klasę. Daje to spore pole do eksperymentów i kombinowania z buildami. Fajny jest też motyw z znajdowaniem wspomnień Revenantów, gdzie odkrywamy zdarzenia z przeszłości, co fajnie rozwija lore świata gry. Stylistycznie tytuł utrzymany jest w klimacie anime, co też wyróżnia go na tle klonów serii FS. Przejście zajmuje ok 30h. Ocena końcowa: 8/10

Prezydent Emil

Never Alone (PS4) Całkiem sympatyczny indyk do ogrania w jeden wieczór z drugą połówką (albo pierwszą hehe). Puzzle platformer przypominający gameplayowo Limbo, czy inne Another Worldy. W sam raz na raz, było w plusie, można dać szanse.

Lara Croft and the Guardian of Light (PS3) Osz w kurwę, jakie to było dobre w coopie. Idealnie wyważona walka z eksploracją i zagadkami. Szczerze polecam zwłaszcza do pogrania w coopie czy to lokalnym, czy online. Rewelacja.

Silent Hill 2 (PS3) Za każdym razem jak kończę tę Grę (celowo z wielkiej), czuję się z tym jakoś… źle? Nie wiem, ciężko to opisać, ale mam wrażenie, że taki był właśnie zamiar twórców. Absolutne arcydzieło i Gra która moim zdaniem wykracza poza ramy jakiegokolwiek gatunku. Mistrzostwo świata. Ps. Wiem, że dużo złego mówi się o wersji na PS3 i fakt, nie chodzi ona idealnie, a przynajmniej tak jakby można było się tego spodziewać po remasterze. Niemniej poza kilkoma przypadkami gdzie animacja wyraźnie zwalnia, można ją spokojnie ukończyć i czerpać nie mniejszą przyjemność jak przed laty na PS2.

Dżony Switch

Forza Motorsport 7 Do tej pory dla forzy byłem w stanie kupić xboxa nawet jeżeli nie miał innych exów, czyli one. Uwielbiam fm i od pierwszej części stawiam ją nad GT. Przy piątce wydanej na szybko był spadek formy, ale szósteczka to 10/10. Forza 7 to chyba mój jedyny zaległy ex, którego nie ograłem na pogonionej łance czego mocno żałowałem, choć czytałem niezbyt pochlebne opinie. Więc jak jest? Graficznie jest spory postęp. Praga, która doszła w piątce wygląda o wiele wiele lepiej, a nawet Rio które trafiło do serii w szóstce, w siódemce jest ładniejsze. Grafika podczas jazdy w deszczu ociera się o fotorealizm. Kariera jest długa, a trasy i samochody zróżnicowane, ale za dużo tu bolidów formuły 1, formuły E, formuły hwdp itp. Największym minusem gry jest nastawienie na mikrotransakcje co podobno zostało naprawione, a i tak dużo trudniej zarabia się kasę na nowe samochody. Rozczarowaniem okazał się model jazdy. Wydaje mi się, że został troszkę uproszczony, a może to konkurencja zrobiła postęp bo jednak pod tym względem gran turismo sport jest o 2 levele wyżej. Gdyby gts miało karierę byłoby zdecydowanie lepsza grą, a tak jest remis. Może dobrze że nie wydali na premierę xsxa forzy 8. Niech ją dopracują zamiast wydać ładniejszą forze 7. 8,5/10

Crash Bandicoot the Wrath of Cortex Czyli prawdziwy Crash 4 bez względu na to co tam gada Activision, bo kto by ich słuchał? Jedyna moja zaległość ze starych crashów wreszcie nadrobiona. Czy warto było? Zdecydowanie. Czy to dobra gra? Tak. Czy to dobry Crash? Tak Czy to godny następca trylogii od ND? Nie.
Pierwsza cześć Crasha wydana przez nowe, ale nie też jakieś laickie studio musiała być zachowawcza i w nurcie poprzednich części. Ta gra jest do tego stopnia podobna do trójki, że gdybym nie wiedział że nie robili tego psiaki to po prostu założyłbym, że to ich gra tylko jeszcze ogarniają nową generację. To jest po prostu mission pack do trójki, a niestety dla mnie to nie za dobrze, bo z całej trylogii trójkę lubię najmniej. Jedynym autorskim pomysłem jest tutaj popierdalanie w kuli co się świetnie udało, te 3 etapy były najciekawsze. Reszta to typowy Crash 3. Ostatnio psioczyłem trochę na Mario Sunshine, ale tam chodziło mi o to, że to dobry platformer, ale niezbyt udany Mario. Crash 4 jest dobrym platformerem i dobrym Crashem, ale jednak od Sunshine dzieli go klasa jak nie dwie, dlatego wystawiam solidne 7.

Midnight Resistance Run n gun, o którym słyszałem sporo dobrego od znajomych którzy grali na tym na czym nie powinni czyli SROModorcach i lamigach, ale była też wersja arcade i na genesisa wiec nie ma wstydu tutaj pisać. Ok. Gierce daleko do contry. Sterowanie i dropy wołają o pomstę, a wiadomo że w takich grach to podstawa. Etapy to nic nadzwyczajnego, ale jest tu jakiś klimat. Nie wiem na jakiej wersji bazuje edycja wydana na everkejdzie, ale z tego co przejrzałem na judupie jest to raczej edycja z konsoli segi. Arcade, spectrum amigę i komodę wykluczam, a chyba na nic więcej nie wyszło. Na jednym filmiku widziałem fajny patent, że koleś biegnie do przodu a strzela do tyłu. Niestety mi nie udało się tego dokonać, a było to konieczne żeby przejść etap bez straty życia. No cóż. Płakał nie będę. Na końcu gry ratujemy naszą porwaną rodzinkę. Jest ich 6 i każdego uwalnia jeden…. hm powiedzmy przedmiot. Ja uratowałem 4 i pozostałą dwójkę mam w dupie, bo do gry nie wracam. 5/10 za klimat. Ps: Gra w wersji arcade wygląda bardzo dobrze jak na 89 rok. Gdyby tę wersję dali na everkejda ocena na bank byłaby wyższa, bo ona tak nie dropi.

Jana/Trzeba poczekać

Battletoads (XONE-GP) – Swego czasu zapowiedź nowej gry z żabami zrobiła na mnie duże wrażenie i od tamtej pory przyglądałem się temu projektowi. Po recenzjach byłem już troszkę mniej napalony, jednak jak wiadomo najlepiej przekonać się na własnej skórze. Pierwsze co rzuca się w oczy to gówniana kreska i humor rodem z bajek Cartoon Network nad czym trochę ubolewam, bo stare części charakteryzowały się takim lekkim dark fantasy, ale mówi się trudno. Główny trzon zabawy to klasyczne chodzone mordobicie, jednak jest tu też wiele innych atrakcji jak na przykład znane i lubiane motorki, liczne zagadki, mini gierki qte, levele shmupowe, ucieczka na saniach czy levele platformowe i w zasadzie tylko te ostatnie wypadły dla mnie kiepsko, bo cała reszta jak najbardziej daje radę. Dla mnie 7/10 i motorki, shumpy, ucieczki, zagadki dodają u mnie jeden punkt do ogólnej oceny bo tak by był średniak.

Alien vs Predator (Capcom Home Arcade) – Za małolata strasznie jarałem się wydaniem specjalnym AVP od TM-Semic, a po jakimś czasie gra o takim samym tytule wleciała na salony. Co by nie gadać gierka robiła ogromne wrażenie, a ilość postaci na ekranie przytłaczała i człowiek nawet nie śmiał marzyć że może mieć takie cudo na domowym sprzęcie. Dziś po latach jestem bardziej krytyczny wobec tej gry i to co było zaletą, czyli mnóstwo przeciwników i ostra zadyma na ekranie trochę męczy i jako beat em up AVP troszkę zawodzi i ustępuje innym hitom Capcomu. Z drugiej strony może już dość było klasycznych chodzonych bitek i twórcy chcieli trochę zaszaleć wypuszczając takiego akcyjniaka i nie ma sensu brać to jako minus. Tak czy inaczej gierka nadal robi wrażenie, wszystko zostało starannie narysowane, cieszą liczne nawiązania i smaczki z filmowych serii, a do tego udało się utrzymać klimat w podobnym tonie co kultowy komiks. Za gówniaka bym pewnie dał 11/10, dziś jednak oceniam na 8+.

1944: The Loop Master (Capcom Home Arcade) – Serię znam dosyć powierzchownie i z tego co pamiętam grałem w jakieś na nesa i psxa, ale dokładnie nie wiem ile tego wyszło. Shmupik jak to shmupik i nie ma tu jakiejś rewolucji, ale grało się bardzo dobrze i co dla mnie ważne na ekranie nie lata milion pocisków, które trzeba omijać i ogólnie jest większy spokój. Na uwagę zasługuje też długość gry co w przypadku shmupa jest rzadkością i mamy tu aż 15 misji do zaliczenia, co troszkę wydłuża całą zabawę. 8/10

Donkey Kong Country 2 (NS-SNES) – Przygody małpek zaliczone po raz trzeci i mam nadzieję że nie ostatni, bo to jedna z moich ulubionych gier platformowych na 16 bitowe sprzęty. Co się zmieniło w tej części to na pewno widoczny gołym okiem progres grafiki, która nawet dziś ma swój urok i potrafi zachwycić. Druga istotna zmiana to że w tej części gramy dzieciakami Diddy i Dixie co wprowadziło lekki powiew świeżości, a szczególnie Dixie, która jest bardzo pomocna dzięki umiejętności szybowania. Cała reszta to rozbudowanie tego co było w jedynce, czyli ujeżdżanie i przemiany w różne zwierzęta (w banjo jeszcze bardziej rozwinęli ten koncept), levele wodne i walki z bossami, które w tej części wypadają dużo lepiej. Przechodząc DKC2 nadal miałem wrażenie, że twórcy Crasha dużo pożyczyli do swojej gry, a ostatnia mapka z sterowcem na górze to już dla mnie lekki plagiat i aż dziwne że nikt się nigdy o to nie burzył. Dobra to jak tu ocenić ten tytuł? Powiem tak. Jakoś jedynka ma dla mnie taki swój unikalny urok i jest jakby jednak bliższa memu sercu, jednak dwójka też ma swoje plusy i pod wieloma względami została mocno rozbudowana, do tego bossowie w końcu są jacyś i mają swoją tożsamość (z pszczołą walczyłem ponad godzinę), muzyka również pierwsza klasa i czołówka snesa, a jedyną wadą jaką znalazłem jest znowu trochę ociężałe sterowanie choć w tej części odczuwam już poprawę względem jedynki. 10-/10
Ps: Gra jest zdecydowanie cięższa od pierwszej części.

Killer is Dead (PS3) – Kolejna porąbana gra od Sudy, która stara się nie iść utartymi ścieżkami i oferuje nieco odmienne doznania. Akcja dzieje się w przyszłości, a my wcielamy się w płatnego zabójcę, który wszystkie swoje problemy rozwiązuje kataną. Można powiedzieć że gra to przedstawiciel gatunku slasherów, jednak ten element mógł być spokojnie wykonany dużo lepiej i do czołówki gatunku dużo brakuje. Lokacje również mogły być ciekawsze i tak naprawdę tylko kilka z nich miały coś w sobie, a reszta to poziom gier z ps2, zresztą wiele elementów jest tu mocno przestarzałych. Zatem co jest dobrego w tej grze? A no na pewno ciekawa fabuła, fajny styl artystyczny, zboczony humor, dobre i zdrowe dupencje oraz kilka ciekawych pomysłów jak choćby pojedynek gdzie jedziemy motorem, a boss popyla na tygrysie. Paleta barw i częste oddalenia kamery też dużo dodają i czasem idzie odczuć, że to jakaś wyższa forma sztuki, niestety gra ma sporo technicznych mankamentów i jest bardzo krótka, a misje poboczne są zrobione na odpierdziel i rozgrywają się w tych samych lokacjach. Fajna gierka, jednak mimo unikalnego klimatu zawodzi na wielu płaszczyznach. 7-/10

NBA in the Zone (PSX) – Obok Tobala moja pierwsza gra kupiona razem z szarakiem w 96 roku, którą zapodał sobie Ojciec bo lubił gry sportowe. Została też wybrana, bo na pudełku było logo firmy Konami, która była mu doskonale znana z hitów na poprzednie konsole, więc to był pewniak. Gierka jest z 95 roku, czyli wczesny psx i to widać gołym okiem, ale wtedy to było coś pięknego i samo to że było w 3D i był komentator robiło ogromne wrażenie. Opcji też nie ma za wiele i najważniejsze są rozgrywki play-off, które można przejść w kilka godzin. Sama rozgrywka dziś może wydawać się biedna i taka też jest jednak granie przyniosło mi sporo radości, ale tu pewnie dużą robotę odwalił sentyment jakim darzę ten tytuł i mam z nim piękne wspomnienia. Szkoda że nie ma Jordana, ale to był akurat ten okres kiedy miał przerwę i wolał grać w baseball oraz w kosmicznym meczu z bugsem, ale nie jest źle i jest dużo innych znanych zawodników. Dla kogoś kto by odpalił dziś pierwsze NBA in the Zone gra może okazać się kałem, jednak u mnie ten tytuł zawsze będzie miał specjalne miejsce. 7/10

Heart of Darkness (PSX) – Pamiętam pierwsze zapowiedzi tej gry jeszcze w magazynie SS gdzie było zamieszczone tylko jedno zdjęcie, niestety lata mijały, a o projekcie było tylko tyle wiadomo, że wciąż powstaje. Gra pierwotnie miała wyjść na amigę, ale ostatecznie pojawiła się na pierwszym PlayStation gdzie najwyraźniej twórca mógł zrealizować swoje cele i trzeba przyznać że dobrze się stało bo gierka wygląda i brzmi fenomenalnie. Oczywiście gra nie odniosła dużego sukcesu bo cały świat był wtedy zachłyśnięty grami 3D ja jednak zawsze szanowałem starą szkołę. Miałem nosa do tego tytułu i kupiłem go jak tylko się pojawił i od tamtej pory przeszedłem go wielokrotnie. Historia opowiada nam o losach chłopca imieniem Andy, który wyrusza z odsieczą na obcą planetę bo źli kosmici porwali mu pieska, prawda że wzruszające? Pierwsze co rzuca się w oczy to przepiękna rysowana grafika i rewelacyjna animacja głównego bohatera, która moim zdaniem wyprzedza wiele współczesnych gier. Tła to również małe dzieło sztuki i widać że włożono tu masę pracy, wszystko żyje własnym życiem i jest na czym zawiesić oko. Rozgrywka mimo bajkowego stylu przypomina Another World gdzie biegamy od ekranu do ekranu i rozwiązujemy różne łamigłówki, ale nie ma się co dziwić bo to gra od tego samego człowieka. Dźwiękowo to również pierwsza liga i tu też widać że nie oszczędzano. Dawniej narzekałem na to że gra jest krótka i przechodziłem ją z łatwością na jednym posiedzeniu, dziś jednak w kilku miejscach miałem poważne problemy, a liczby zgonów nie zliczę co wydłużyło rozgrywkę o dodatkowe godziny. Zapewne 14 letni Jana by się ze mnie śmiał, ale druga płyta, a szczególnie końcówka sprawiła mi spore problemy, ale najwyraźniej wyszedłem z prawy. Dawniej bym tyle nie dał jednak dziś bardziej doceniam włożoną pracę w każdy element tej gry, uważam też że jest to najładniejsza gra 2D na psxa i jedna z najładniejszych w jakie grałem w całym swoim życiu. 9+/10

Jet Lee: Rise to Honour (PS2) – Z tego co pamiętam ta gra miała być czymś wielkim, czymś co pokaże siłę drugiej plejstacji, jednak nie do końca wszystko poszło jak planowano. Gra reprezentuje gatunek chodzonych mordobić jednak twórcy postanowili wprowadzić trochę nowoczesności i zamiast tradycyjnego systemu walki używamy prawej gałki, którą możemy wychylać w dowolnym kierunku, a l1/r1 do przechwytywania i bloku. Całości nadano filmowy sznyt i nie brakuje odniesień do kinowych produkcji z Jetem. Powiedziałbym nawet, że wiele scen to jawne inspiracje takimi filmami jak Romeo musi umrzeć, Od kołyski aż po grób czy Pocałunek Smoka co zaliczam na plus. Ogólnie widać że miało być nowocześnie i niektóre elementy wyszły spoko, jednak mechanika to era psxa, a nie ps2 i nowe szaty tego nie zmienią. Konstrukcja leveli, poruszanie się Jeta czy brak kontroli nad kamerą to straszna bieda i nawet urozmaicenia w postaci etapów gdzie strzelamy, skradamy się czy pościgi nie wiele pomagają, bo też można im wiele zarzucić. Dla mnie największym plusem jest świetne udźwiękowienie i filmowy klimat dzięki którym miałem siłę ukończyć ten tytuł jednak technicznie Rise of Honour był już archaiczny w dniu premiery i to największa bolączka tej produkcji. Był potencjał, ale sony nie sprostało i zmarnowało szansę. 5+/10

Rez (PS2) – Gra obserwowana od pierwszych zapowiedzi w PE w drimkastowym dziale i opisywana jako jedna z ostatnich gier na konsole Segi. Tak naprawdę mało kto wiedział czym dokładnie będzie ta gra i dopiero recenzja Kaliego dała jako taki obraz tego co mnie czeka, do tego wystawił 9/10 więc wypadało sprawdzić. Nie wiem czy Rez posiada jakąś fabułę, ale można założyć że akcja dzieje wewnątrz zainfekowanego komputera, a my jesteśmy antywirusem i musimy zrobić z wszystkim porządek. Do dyspozycji mamy cztery levele, każdy o innej kolorystyce i brzmieniu, a rozgrywka przypomina serię Panzer Dragoon jednak cała reszta nie ma swojego odpowiednika w postaci innej gry bo nic podobnego nie istnieje. Tak jak w wspomnianym PD nasza postać leci bezwładnie, a my sterujemy celownikiem eliminując hordy przeciwników, a na końcu każdego levelu czeka na nas boss. Brzmi jak całkiem normalna gra, ale wizualia i muzyka sprawiają że popadamy w pewnego rodzaju trans i to jest właśnie siła tej gry. Ost jest tak mocarne, że głowa mała i nigdy wcześniej nie słyszałem niczego podobnego. Niby mamy jakieś techno/transy, ale często w połączeniu z klasycznymi instrumentami co do dziś jest rzadko spotykane. Rez nie należy do długich gier, ale za zlikwidowanie 100% wrogów na czterech levelach dostajemy dostęp do piątego, który mocno odbiega od pozostałych. Tak, area 5 to całkiem inna bajka, a muzyka na tym levelu to już totalny odpał i jazda bez trzymanki. Zaczyna się spokojnie i niepozornie, ale co jakiś czas dochodzą nowe dźwięki, aby w kulminacyjnym momencie całkowicie zryć nam głowę. Ogólnie piąty level jest całkiem inny od poprzednich, posiada całkiem inną paletę barw i jest od nich kilkakrotnie dłuższy jednak zaliczenie go na 100% nie jest takie proste i wymaga kilku prób. Rez to jedna z moich ulubionych gier ever i od czasów dc wracam do tej gry co jakiś czas. Nie każdemu taki rodzaj gry podejdzie jednak dla mnie to jest czysty geniusz, a ostatni level zasługuje na najwyższe uznanie bo takich rzeczy nie zobaczy się w żadnej innej grze. 10/10

Sesek

Bloodborne Dwa lata przygotowań, żeby zacząć grać. Tak, zainstalowałem w 2018 i aż do grudnia 2020 czekało, aż będę psychicznie gotowy. Może dlatego, że 10 lat temu najpierw Demon’s Souls dał mi cholernie popalić, a potem po latach Dark Souls 2. Obie giery dały te same odczucia, czyli w chuj frustracji i w chuj radochy lub ulgi. Po Bloodborne spodziewałem się tego samego i gra nie wyprowadziła mnie z błędu. Słyszałem głosy, że jest łatwiejsza od innych soulsów, ze względu na dynamiczniejszą walkę, ale to nie okazało się prawdą w moim przypadku. Walka jest dynamiczniejsza i agresywniejsza, wręcz zachęca do ofensywy, ale to nie oznacza, że jest łatwiej. Jak to w tej serii bywa błędy potrafią być bezlitośnie karcone co kończy się regularnymi zgonami. Przejdę teraz do swoich wrażeń z gry, a te muszę przyznać, były fantastyczne. Design świata czyli wiktoriańsko-gotyckie Yarnham. Brakuje mi słów, żeby opisać jak klimatyczna jest to miejscówka i tylko powiem, że to jedno z najlepszych miejsc kiedykolwiek stworzonych w grach. Czystą przyjemnością i często nieprzyjemnością było eksplorowanie poszczególnych lokacji i polowanie na bestie. Napisałem nieprzyjemnoscią, a no jak to bywa w serii souls gra doprowadziła mnie na skraj załamania i rezygnacji jakieś 5 razy. Początek czyli samo dotarcie do Ojca Gascoigna kosztował mnie wiele i nawet się nie zorientowałem, że po drodze mogłem stoczyć pojedynek z innym bossem i odblokować latarnie do podróży by było szybciej. O ile Gascoigna i bestie kleryka zgładziłem przy pierwszym podejściu tak później zaczęła się moja droga przez mękę. Blood Starved Beast sprawił, że wycofałem się z obszaru bo tyle razy mnie zajebał i ruszyłem w innym kierunku tylko po to, żeby niemniejszy wycisk dostać od Vicar Amelia. Gdy wreszcie udało mi się ubić wyżej wymienioną dwójkę poczułem się bardzo pewnie i pierwszy raz zaczęło mi iść całkiem nieźle. No, ale do czasu. Trafiłem do obszaru Nightmare Frontier, który jak się później okazało był opcjonalny, a ja po prostu nie wiedziałem, że mogę iść gdzie indziej by popchnąć grę do przodu. Na szczęście po pokonaniu obszaru i bossa byłem znacznie wzmocniony i dalej szło wręcz bardzo dobrze. Potem była jeszcze jedna miejscówka gdzie chciałem rzucić padem, ale generalnie poszło już sprawnie i w końcu byłem prawdziwym łowcą, a nie zwierzyną. Prawdziwy roller coaster. Miałem pewne wątpliwości jaką ocenę dać , ale wczoraj po zobaczeniu zakończenia dałem minusa do oceny końcowej. Wiem jak są prowadzone historie w serii souls i w Bloodborne jest podobnie lecz tutaj uważam, że był niesamowity potencjał by opowiedzieć historię w normalny nie zagadkowy sposób. Po prostu materiał na jedną z najlepszych historii w grach, który wielu graczy nie zrozumie albo pozna tylko minimalnie. Wiem, rozpisałem się więc dodam na koniec, że jeśli nie lubisz soulsów albo po prostu nie masz ochoty się wkurwiać i nie lubisz takiego pokazania historii to nie masz czego tu szukać. Lecz jeśli chcesz poznać jedną z najbardziej unikatowych miejscówek w grach i jesteś zawzięty i cierpliwy wystarczająco to atakuj i nie czekaj jak ja 2 lata. 9-/10

Call of Duty Cold War 6/10 Po Bloodborne potrzebowałem jakiejś szybkiej odmóżdżającej gierki. Padło na nowe call of duty pożyczone od znajomego, który jak to z Anglikami bywa kocha Cody i Fifę. Call of Duty jest jakie jest, ale kampanie single player zawsze lubiłem przejść. Niedługa, intensywna, pełna skryptów. Zawsze brane pod paroma warunkami: kosztuje mniej niż 5 funtów, ktoś pożyczy albo dadzą w plusie. Nowa edycja to jeszcze krótsza kampania. Tak krótka, że jakbym nie grał na weteranie to bym skończył w jakieś 4 godziny. Tak wyszło jakieś 6-7h. Wprowadzili jakieś zmiany by urozmaicić rozgrywkę. Są zagadki do rozwiązania, zbieranie dowodów. Jest misja gdzie masz kilka sposobów osiągnięcia celu. Niestety porównując to do innych singlowych kampanii jest bieda według mnie i seria widziała znacznie lepsze. Gra również zaliczyła regres graficzny względem Modern Warfare i wygląda mocno średnio coś jak cyberpunk na zwykłym PS4. O multi się nie wypowiem, bo w multi nie gram i grać nie będę.

Jakub Wędrowycz

Mad Max 2015 Od razu napiszę że gra nie jest interaktywnym filmem, a sandboxem nawiązującym do czwartej części filmu z tytułowym szalonym Maxem. Mam już dość otwartych światów, ale uwielbiam uniwersum więc jako szanujący się fan musiałem ograć ten tytuł (kiedyś go ograłem na takiej bani, że nawet zakończenia nie pamiętałem), o fabule napiszę tylko że jest prosta jak konstrukcja cepa, jednak rewanżuje się mocną i bezkompromisową historią, co do rozgrywki podzielona jest na dwa segmenty, walkę wręcz i jazdę opus magnum (zastępczą furą Maxa), walka to rozwinięcie tego co widzieliśmy w Batmanach, tylko że tutaj Max nie jest żadnym fajterem, każda potyczka przypomina barową bójkę na śmierć i życie, można łamać, tłuc o ścianę, walić z bańki, podcinać gardła i skręcać kark na 101 sposobów, wygląda to cholernie efektownie, widać że maksio się męczy i improwizuje, drugi segment to jazda furą która jak dla mnie jest rewelacyjna, co najważniejsze, czuć progres postaci jak i samochodu. Na początku max i jego furmanka to jajko na kamieniu, które w każdej chwili może się rozbić, z biegiem czasu zamienia się w istną maszynę śmierci, polecam wszystkim fanom szalonego Maxa. 8/10

Medium Zacznijmy od tego czym medium jest, medium to przedstawiciel gier typu point&click w klimacie paranormalnego thrillera, reklamowany jako horror z nowością w postaci podróżowania po świecie astralnym oraz fizycznym w obu momentach naraz, patent fajny, ale jak dla mnie trochę przereklamowany, jak na grę typu p&c mamy tu sporo zagadek które niestety są zbyt banalne, a całą grę przeleciałem jak Jakimowicz, Jolę Rutowicz w basenie, bez żadnego problemu i dość szybko, jeżeli chodzi o fabułę jest sprawnie napisana i w pewnym momencie mamy ciekawy zwrot akcji, niestety kiedy wszystko się ułożyło i było jasne, miałem ogromne uczucie deja vu, otóż główna oś fabularna to jak w mordę strzelił zmodyfikowany pomysł żywcem wyjęty z filmu z 2005 roku pod tytułem “An American Haunting”, to tyle o historii gry, moja ocena końcowa to 8/10, dlaczego tak dużo pomimo mojego narzekania, odpowiedź jest prosta, dawno nie miałem tak żeby usiąść do gry zacząć ją i skończyć za jednym podejściem siedząc do czwartej nad ranem przed konsolą, wielkie brawa dla bloober team, co nowy tytuł to czuć ogromny progres, oby tak dalej.

Plabo

The Last Remnant Remastered – 73h platyna zdobyta, gra ograna na PS5 (te load timesy). Cóż to za gra? Jrpg z walkami turowymi, ale z pewną zmianą. Nie mamy tutaj grupy 3 bohaterów w klasycznym jrpgowym stylu, tylko prowadzimy do walki całe oddziały. Tak oddziały. Rekrutujemy postacie, ustalamy formacje (dającą różne bonusy) i dawaj na pole walki. Oddziałów na początku możemy mieć 1, na końcu nawet 5 z maksymalną liczbą postaci w nim 5 i w drużynie 18 (z czego chyba 50 w rezerwie jak chcemy). Może to się wydawać skomplikowane, ale nie jest. Gra się w to jak starego dobrego jrpga z tym, że rozkazy jakie wydajemy uzależnione są od morale naszej grupy, jak jest niska to nie są chętni na współpracę, dostajemy też większy dmg, ale jak uda nam się zwiększyć morale to i ataki do wyboru są lepsze, cyferki też wyższe latają. Jest naprawdę przyjemnie, walka jest cudowna (choć wiadomo, dużo tu randomu). Gra jest specyficzna w założeniach, mamy postacie, ale nie możemy im przydzielać ekwipunku, sami się nas pytają czy np. mogą założyć jakiś pas do siły (wyjątek stanowi główny bohater), jest to ciekawe i idzie się przyzwyczaić, ale nieraz wolałbym założyć im to co chcę, a nie czekać aż się upomną. Podobnie z upgradem broni, jak wchodzimy na towarzysza, widzimy jakie przedmioty potrzebuje na upgrade.

MUZYKA: 3/3 – Świetne kawałki wpadające w ucho, a końcowy utwór to sztos powodujący ciary. GRAFIKA: 2.5/3 – Gra jest z 2008 roku, czego aż tak nie widać. Momentami jest bardzo ładnie, szczególnie podczas walk. Najbardziej in minus rzucają się w oczy niekiedy drewniane cutscenki zrobione na silniku gry. Ogólnie graficznie przyjemnie.

GRYWALNOŚĆ: 4.5/5 – tutaj gra bryluje. Fabuła może nie jest za długa, ale side contentu tu od groma. Mamy masę side questów, postaci do rekrutacji (30? różnych unikalnych postaci plus masę randomów), miast do odkrycia (40% jest opcjonalna), dunegonów (z 50% opcjonalne jak nie więcej), zadania gildiowe, DLC zawarte w wersji remastered (8 bossów). No i walka, która jest mega rajcująca i sprawia, że chce się grać dalej i stawiać czoła kolejnym wyzwaniom.

Ostatecznie powiem, że gra mi się bardzo podoba. Szkoda, że Square Enix nie dało więcej pieniędzy na nią bo widać, że w niektórych elementach mogła być bardziej doszlifowana. Kontynuacja gdyby była to by pozamiatała. Ocena: 9/10.

999: Nine Hours, Nine Persons, Nine Doors – PS5, 20h, wszystkie zakończenia odkryte. Jest to pierwsza część z serii Zero Escape (na Vicie, PS4, PC, DSach wyszedł pakiet 1+2 zatytułowany Nonary Games, jest też 3 część Zero Time Dilemma), thrillerowatych visual novel połączonych z escape roomami. Zaciekawiony inną grą studia – Danganronpa, zdecydowałem się spróbować Zero Escape, o której dużo dobrego słyszałem. Ta gra to ciekawy przypadek, jedno przejście można zaliczyć gdzieś w 4-5h, po obejrzeniu zakończenia szczerze to wystawiłbym ocenę 7/10 najwyżej bo niby ciekawie, ale dużo dziwnych rzeczy się dzieje i człowiek nie wie o co chodzi. Co się okazało, obejrzałem jedno z 6 zakończeń gry, a myk w tej serii polega na tym, że przechodząc grę, dokonujemy wyborów, do których w każdej chwili możemy się cofnąć co spowoduje, że podążymy inną drogą (w każdej chwili mamy dostępne drzewko wyborów). Jest to mega intuicyjne i działa bezproblemowo (przykładowo możemy się przenieść do jakiejś rozmowy i zmienić wybór, czy do pewnego momentu w escape roomie), nawet nie musimy się przeklikiwać przez znane dialogi bo po prostu wciskamy “skip” i 10minutowy dialog miga nam w 30sek zatrzymując się jeżeli są nowe zdania. Po pierwszym przejściu miałem takie WTF, ale mówię 5h zeszło to spokojnie sprawdzę inny wybór i zobaczymy co się stanie. Odłożyłem grę po sprawdzeniu wszystkich wyborów 15h później. A na koniec odpaliłem od razu drugą część Virtue’s Last Reward żeby dowiedzieć się kilku rzeczy. Ocena finalna? 9/10. Voice acting na duży plus, tylko ścieżka dźwiękowa taka se (choć innym się podoba). Polecam ogranie tego na PC bo na analogu jest tak sobie, bądź konsolce przenośnej bo gra aż woła o to.

Adam11

Metal Slug 2 to dla mnie pewnego rodzaju fenomen, ponieważ wszystkie najlepsze automaty doświadczyłem nad morzem, czyli hen daleko, a z tą gierką pierwszy raz w życiu spotkałem się u siebie w Zamościu (nawet jedynki wtedy nie znałem) co było dla mnie dziwne, bo moje miasto to zadupie, a tu taki sztosik. Mega tytuł, śliczna strzelanina 2d, z kreatywnymi etapami i bossami. Fajne są innowacje wprowadzone od pierwszej części w postaci nowych machin, które dosiadamy. Poza jedynym czołgiem możemy przejąć jeszcze samolot i mecha na dwóch nogach. Nowa broń w postaci lasera, a nawet można zjeść za dużo, przez co stajemy się grubi i wolniejsi, ale z tego co mi się wydaje silniejsi. Klasyka. 9/10

Cyber Shadow Przyznam, że spodziewałem się tutaj hiciora, ale dostałem jeszcze więcej niż oczekiwałem. Rewelacyjny platformer akcji w świecie robotów z piękną pikselową graficzką, animacja to również 8bitów z wyższej półki. Precyzyjne sterowanie, rozwijanie umiejętności bohatera (raczej standard: shurikeny, podwójny skok, przyleganie do ściany, itp.) oraz wspomaganie się dodatkowymi broniami, które przy nas fruwają (tutaj już ciekawiej i można je nieźle strategicznie wykorzystać). Jedenaście fajnych i zróżnicowanych etapów ze świetnymi bossami do których trzeba podejść w odpowiedni sposób. Poziom trudności stanowi wyzwanie, ale raczej nie frustruje i jest sprawiedliwy. Zdecydowanie jeszcze nie raz będę miał ochotę do gry powrócić. 9+/10

Draco Whatever

Darksiders Genesis Dobry twinstick shooter, dużo fajnych broni, trochę skakania i zagadek. Na minus brak możliwości choć lekkiego dostosowania kamery “bo taka wizja artystyczna” więc czasem ni chuja wiesz gdzie skaczesz w co celujesz, a brak możliwości przybliżenia kamery sprawia, że twoje postacie zlewają się z tłem. Fabuła nawet spójna, choć polskie dialogi nieco zbyt teatralne. 8=

Grifter

Jedi Outcast i Jedi Academy – 7/10 – dobre szpile, widać, że już typowo pod konsolki robione (truchła wrogów znikają, bo konsolka by się zesrała). Dobre strzelanie i wymachiwanie mieczem świetlnym – lepiej dopracowane niż wcześniej. Sagę ‘Dark Forces’ niniejszym uznaję za zakończoną. Dobrze się bawiłem!

Mashi

Demon’s Souls REMAKE (PS5) Bez zbędnych słów i pierdololo: 9+/10… no dobra, kilka zdań streszczających pozycję Bluepoint Games: Nie będę rozpisywał się i rozbijał na czynniki pierwsze, dlaczego gra otrzymuje ode mnie tak wysoką ocenę – jest po prostu tego warta i tyle. To moja pierwsza gra „soulslike” i od razu zostałem kupiony przez każdy aspekt produkcji. Klimat, stronę audiowizualną zrywającą czapki z dupy (60 klatek na sekundę), gameplay i satysfakcję z każdego pokonanego przeciwnika. Ludzie mówią, że gra jest trudna – bzdura! Jest wymagająca i potrzebuje cierpliwości do kupy z samozaparciem w brnięciu dalej. Ograłem w życiu sporo trudniejszych gier, jednak żadna nawet w marginalnym stopniu nie była tak konsekwentna i bezwzględna przy popełnianiu błędów jak właśnie Demon’s Souls. Jak dla mnie jest to absolutny „Mast hef” każdego posiadacza PlayStation 5 i z miejsca wskakuje do ścisłego TOPu 9 generacji. Przejście tej gry, to była dla mnie sprawa honoru (haha).

UMBASA!

ndl

Valkyrie Profile (PSX & PSP) – pierwszy raz ograłem gierkę dwukrotnie przy tym prawie, że równolegle na dwóch innych sprzętach. Przy 4 rozdziale w wersji na psp trochę zakłopotany małym prawdopodobieństwem wbicia A endingu, postanowiłem ruszyć równolegle wersję na szaraka i porównywać chociażby scenki fabularne, które w wersji na psx są animowane, zaś w wersji na handhelda idąc z duchem czasu nieanimowane XD (zapomniałem jak je nazwać). Powiem tak, VP to twór dziwny, w którym jakis chory japończyk wymyślił sobie warunki do wbicia endingu A na takim poziomie, że bez guidebooka się nie da. Nawet grając z opisem w tym wypadku, do samego końca nie byłem pewien czy nie popełniłem gdzieś błędu i nie zabraknie odpowiedniego poziomu seal Value aby striggerował się true ending. Czy było warte to takiego zachodu? Oj tak, mimo że ostatni boss i tak przewidywalny, a sama walka była… meh. To sama końcówka, scenka, feeling był po prostu nieziemski.

Mechanicznie to dziwny rpg, z broken itemami i brakiem jakiegokolwiek grindu. Tak naprawdę czasami łapałem się, żeby walnąć grind bo boss dawał za mocno radę, ale to nic a nic nie pomoże, trzeba spędzić naprawdę sporo czasu w ekwipunku i dobrze zrozumieć grę. To mi się zajebiscie w niej podobało. Trochę uderza w przypadku samej walki w Xenogears, dodatkowo platformowa eksploracja 2D dungeonów z świetnym gimmickiem w postaci strzał lodu/czy tam jakiejś wiązki energii. Wspaniały klimat, w którym jako Walkiria ruszamy zebrać bohaterów, aby ostatecznie wysyłać ich do Odyna, który przygotowuje się na Ragnarok.

Niesamowicie mi siadł ten motyw, każdy z bohaterów poznanych po drodze ma świetnie napisaną historię, w większości pełną dramaturgii, a jak każdy wie zapewne, poznajemy ich w ostatnich chwilach życia. Walkyria bowiem to półbóstwo, której ze śmiercią do twarzy. Enigmatyczna, magiczna, cudowna – polubiłem na tym samym poziomie co Xenogears. Aaaaa, co do endingów, na szaraku wbiłem B, czyli ten jakby standardowy, gierka na koniec mówi ci że to nie koniec historii i zachęca do ogrania ponownie, tak naprawdę to tylko po to jest ten ending, czyli żeby powiedzieć ci że hoooya widziałeś, rozprostowałeś kości to wracaj wbijać i główkować nad drugim. Na psp wbiłem A. 9,5/10, psxowa wersja lepsza, no i ta muzyka proszę państwa, no i intro!!!!! Nibelung Valesti!!!!– na koniec roku w topkach i tak będzie dycha, do tego po prostu czas musi zrobić swoje.

Streets of Rage (Sega Mega Drive) – tyty tyrytytytyty. Oczywistym jest fakt zanucenia wejściowego kawałka w gierkę, ta bowiem wydaje się pisana i tworzona… muzyką. Yuzo nie przez przypadek wisi w menu głównym z adnotacją. Co ja mogę napisać, od czasu odpakowania konsoli, podłączenia jej wieczorem i wciśnięciu w nią kartridża, czyli późny wieczór piątek, do późnego popołudnia w niedzielę prawie w ogóle nie spałem, wyszedłem po fajki, dostałem od Kasi jeść i napierdzielałem jak poimany. I było rukwa warto kochani!!!!!! Bowiem ta gierka to majstersztyk, prawie dwa dni zajęło mi non stop powtarzania całych misji i tłumaczenia zaimanej japońskiej instrukcji z wskazówkami. A dlaczego tyle zachodu? Odpowiedź jest prosta i brzmi: MonaLisa, ale nie ten obraz za krocie, tylko Mona i Lisa, czyli dwie bliźniaczki pojawiające się w poziomie 5. Tak jak tam można to ograć nawet nie znając mechanik i używając naszego blond ziomeczka, który napindala z bazuki jako special attack, tak już wjeżdzamy w poziom 8, czyli ostatni i jedziemy z boss rushem, a tutaj… bazuki rukwa nie ma. Timing, pozycjonowanie, ogarnięcie mechaniki uniknięcia zabierania HP przy łapankach przeciwników, wykute animacje każdego z przeciwników i ich możliwości – czułem się jak dziecko w Karate Kid, które przez kilka dni myło ten głupi samochód, żeby wrukwionym już na brak porządnego treningu karate usłyszeć od dziadka – “Teraz jesteś gotów”, i rukwa byłem!

Gierka pękła na jednej blaszce. Co do szczegółów i reszty to ciężko tu się rozpisywać, ale sprite samochodu na samym dole, a raczej jego dachu w pierwszym stage’u to już 4K, nawet rysownicy street fightera tego nie potrafią, plakaty napalonego, umięśnionego cowboya w drugim poziomie haha, plaża z przepięknym tłem, deszczem, a nawet poruszającymi się falami, czwarty poziom to piękne miasto gdzieś tam hen daleko, piąta na statku to poezja, szósta jest najsłabsza bo jakieś tam fabryki i motyw z urządzeniami próbującymi nas zgnieść… no i wtedy pojawia się siódma, ta bez bosa, ale jakże piękna i przepełniona zajebistoscią miejscówka na windzie!!! TO tło wieżowca oświetlonego, potem już dachy i na końcu panorama całego miasta, banderas w juch. A jak tego ktoś nie widzi, to niech chociaż słyszy bity Yuzo, bo takich już się powtórzyć nie da, wyprzedził czasy. Dobrze, że znam gościa co z nim kręcił winylem i płytami zaimanymi z studia MTV JAPAN. 10/10.

Street Fighter Zero 2 (Saturn) – OOOOOONICHANO, stalkerka Sakura zgłasza się do wklepania legendarnemu Ryu! Nie będę się rozpisywał, to po prostu 10/10. Animacje najwyższa półka, stejdże, które robią taki klimat, że nie mam pytań. Nie mogę przypomnieć sobie teraz żadnego słabego, Chun li z rowerkami w tle, sakura i domek w którym chłopak w tle naciera na konsolecie, mroczny zaułek miasta u Gena (boże te muchy przy świetle jak tam latają!!), następnie stage z basenem na statku, z plejadą gwiazd Capcomu i w tym Kurosawa jest tam w staniku!!!!!! Przez to kilka razy przegrałem na tej mapie, nie fair zagrywki. Genialna, majestatyczna Japonia, przeludniony Hong Kong, Wenezuela w survival mode, Rolento i Fujitsu oj jakie to przekozackie.

Ale jest coś jeszcze… muzyka, w porównaniu do jedynki, która miała świetne tracki, tutaj w niektórych momentach to drgał mi jak poimany i czasami musiałem stopować rozgrywkę bo krwawiło z nosa. Tak naprawdę, ogrywałem dwójkę przez prawie 2 miesiące, codziennie. Naprawdę, codziennie wlatywała partyjka, czasami jedna, dwie, czasami arkejd kimś albo survival, a czasami kilka godzin pod rząd, w szczególności w weekendy, siadło mi niesamowicie. Nie ma mowy o przepychu z trójki w przypadku rostera, tutaj jest po prostu pod tym względem zajebiście sprawa zbalansowana.

Ograłem każdym arkejd, najlepszymi postaciami z mojego rostera survival i znowu arkejd, ale z wbiciem mid bossa. Oprócz tego wersja na Jowisza jest oczywiście wersją kompletną i najlepszą, posiada tradycyjne stroje z dwójki dla chun li, artbook w grze z 99 przezajebistymi grafikami oraz status bycia grą na saturnie, Jowiszu jedynym, najlepszym. Zaliczam do ogranych, bowiem stówka godzin pękła co najmniej, a to jeszcze nie koniec, i nie mam zamiaru jeszcze przeskakiwać na trójeczkę. Kupuję drugiego pada, siadam na rynku i otwieram scenę w Katowicach. Chętnych zapraszam na priv, pozdro!

ndl

ndl

First time?

Może Cię również zainteresować: