Game session #2

Share

Zapraszam na drugi odcinek ogranych gierek przez czytelników Crossa (musiałem haha)! Listy spływały cały miesiąc, piękne wdzianka azjatek zostawiam dla siebie, prawilny biznes gierkowo-czytelniczy dla was. Co tam na froncie gierkowym, przekonajcie się sami.


 

Plabo

Demon’s Souls Remake PS5 – 35h w sumie wyszło. Gra jest niewątpliwie piękna, czujesz jakbyś grał w nextgenowe soulsy. Loadingi szalenie szybkie, pamiętam jak na początku ekran main menu, klikam continue i odruchowo odkładam pada i chwytam komórkę żeby zobaczyć co tam na disco, a tu gra mówi po 4 sekundach, że możesz już grać. Ciężko się przyzwyczaić, ale niewątpliwie jest to cholerna oszczędność czasu. Jako ciekawostkę dodam, że momentami architektura, księżyc czy chociażby rzeka krwi sprawiały, że czułem się jakbym grał w remake Bloodborne. A jak sama gra wypada? Z jednej strony są to świetne soulsy (dla mnie nowość, bo nie grałem w oryginał) chociaż trącące myszką, co widać po bossach w większości mających po kilka ataków i nie sprawiających większych problemów (nie są to mistrzowie z DS3 czy BB), z drugiej Bluepoint zbytnio chciał żeby ten remake nie odbiegał od oryginału i tak mamy tu takie dziadostwa jak: 45 sek. winda przed bossem (po jaką cholerę?), do której oczywiście musimy przez cały poziom dobiec, cutscenkę bossa trwającą 1 min. odpalającą się jeszcze przed wejściem przez mgłę, a cóż, zanim do mgły dojdziemy to mamy bardzo wąską drogę z dwoma strasznie wkurzającymi mobami, które łatwo mogą cię zabić z uwagi na brak miejsca, także odradzasz się, idziesz, cutscenka, padasz i znowu, dalej ostatni boss, po którego ubiciu mamy tonę dusz, a możemy je użyć do lvlowania dopiero po 1 bossie w NG+ (tak, straciłem je), dodajmy do tego limit itemów jakie możemy mieć przy sobie (chociaż tutaj zastosowali pewne odstępstwa względem oryginału i możemy itemy automatycznie przesyłać do “pana skrzynki”). Ocena? Ci co grali w oryginał pewnie dadzą 10/10 i rozumiem dlaczego, ja traktuje to jako nową grę, nowe soulsy i muszę dać 9/10. Poza tymi głupotkami z oryginału są to świetne soulsy, do których trzeba się przyzwyczaić, polecam odważnym. Wracam platynować, zobaczymy czy wytrzymam ;).

Suikoden 1 20h i Suikoden 2 50h ukończone, w obu 108 postaci zdobyte. Suikoden 2 zawsze był jednym z moich ulubionych jprgów ever. W Suikodena 1 kiedyś próbowałem grać, ale nie ukończyłem. Teraz przy okazji posiadania Vity i śmiesznej ceny obu tytułów na PS Storze postanowiłem oba ograć. Suikoden 2 to jrpg doskonały, dwóch kumpli, którzy zostają postawieni po przeciwnych stronach konfliktu, militarno-polityczna intryga, jeden z najlepszych złoli w jrpgach, zdobycie i rozbudowa zamku, rekrutacja 108 postaci, masa mini gierek i niezapomniany soundtrack, no jest cudownie. Ostatecznie daje dwie oceny: nostalgiczne 10/10 i 9/10 przez kilka irytujących rzeczy. Suikoden 1 na tle 2 to taki ubogi krewny. Nie jest to zła gra, zwłaszcza jak się w nią gra przed 2. Dla mnie to taka dwójka w kapsułce, wszystko jest na miejscu, ale widać, że to był test przed kontynuacją. Ocena 7.5/10

Xenoblade Chronicles Definitive Edition – 65h, a bez side questów można odjąć z 5-10h. Bardzo dobry mmosingleplayerjprg. Z jednej strony mamy klasycznego (bardziej niż X2) jrpga pod względem historii, walki (z tym, że brak turowości, ale założenia proste i klasyczne), a z drugiej mamy naleciałości mmo w postaci milionów side questów, wątpliwej jakości gdzie 95% to zabij, przynieś, albo zabij i przynieś, no i ogólnego feelingu wielkich pustych map, choć ładnych (Monolith potrafi świetnie designować lokacje). W pewnym momencie w fabule dotarłem do miasta, po wstawkach fabularnych miasto zostało oddane do dyspozycji, a ja nabrałem 45! Tak 45! Side questów… Koniec końców aż tak to nie przeszkadzało, bo po przeklikaniu wypowiedzi i pozbieraniu questów większość wykonujemy po drodze po prostu, traktujemy jako przyspieszenie lvlowania, coś jak w mmo. Gorzej jak jeden z tych side questów prowadzi do zyskania dodatkowego skilla albo historia jest dobra, a Ty o tym nie wiesz bo wszystko przeklikujesz jak każdy inny quest, w końcu ten tak samo wygląda… Graficznie jest nierówno, są miejsca, że buzia się krzywi, a za chwile język opada nam do ziemi, bo niektóre miejscówki są przepiękne. Ogólnie w porównaniu z Xeno2 tutaj jest surowiej, ale to wciąż bardzo dobry jprg, który warto zaliczyć. Definitive Edition dostaje dodatkowy chapter względem oryginału z WII, który możemy odpalić po skończeniu fabuły. Pograłem 2h i wywaliłem. Niby więcej tego samego, ale ilość futrzaków na metr kwadratowy przekracza wszystkie normy, a ja tego nie zdzierżę. Poza tym podobno historia w nim też szału nie robi. Ocena 8.5/10. Xenoblade 2 lepsze.

 

Dżonathan

Super Robin Hood Gra mojego dzieciństwa razem z super mario bros. Ukończyłem raz w życiu po wielu mękach. Dzisiaj dzięki everkejdowi mogłem wrócić do tamtych chwil. Znam grę na pamięć, więc co przed trudniejszymi momentami gdzie najwięcej za bajtla ginąłem (trampolina pod kulą na łańcuchu) robiłem sejva. Jak się okazało, kilka razy słusznie. Piękna gra, piękna muzyczka piękne wspomnienia.

Xeno Crisis Od kilku dni jak Aśka jest w pracy ja jebie się z tym tytułem, jak spij ja jebie się z tym tytułem, jak mam opiekować się małym włączam mu psi patrol i jebie się z tym tytułem, a wszystko przez to że w grze są kontynuacje, ale nie można ich użyć bo wtedy nie będziemy mieli walki z finalnym bossem. Zapytacie po chuj one? Otóż po to żeby użyć je na walce z finalnym bossem. Logiczne? No właśnie tym bardziej że nie jest on specjalnie trudny. Gra to siedem etapów contry widzianej z góry, gdzie czasem ratujemy ludków niczym w metal slugach. Bossowie to popkulturowe dziwadła. Jest predator, jest ctuhlu. Ogólnie gra jest w chooj trudna, jednak walki z bossami za którymś razem nie stanowią wyzwania. Kluczem do sukcesu są przewrotki. Gdy je robimy jesteśmy nietykalni, ale trzeba wyliczyć gdzie wylądujemy, jeżeli będzie to przeciwnik to tracimy serduszko. Mamy ich na początku 3, ale możemy zupgradowac do max 7. Pamietajcie, że nie można używać kontynuacji. Na początku ograłem easy, bo na hardzie zostałem zgwałcony. Na easy też zostałem zgwałcony więc stwierdziłem że najpierw ten tryb. Doszedłem do końca. Czas na harda. Ok, trochę nauczyłem się grać na tym easy, ale na hardzie nie widzę żadnej różnicy. Tyle samo kontynuacji. Tyle samo serduszek, przeciwników i chuj wie czego jeszcze. Chyba jeszcze raz skończę na easy i sprawdzę. Aha. Gra na easy dropiła, a na hardzie nie. Może dropy miały być ułatwieniem. Ogólnie polecam. Świetna zręcznościowka dla masochistów. 8/10

Super Mario Sunshine Grałem w to krótko po premierze, ale już wtedy coś mi w tym tytule nie pasowało. Zrzucałem to na to, że po prostu gry przestały mnie bawić po śmierci Dreamcasta, a druga sprawa to że po Sonic Adventure i Jak&Daxterze nic już nie było wstanie zaskoczyć. Jednak mario to mario i przecież nie może być słaby, średni czy po prostu dobry. Dlatego kupiłem grę jeszcze raz na gcna, ale nadal przeleżała w szafie czekając na swój moment, który nie nadszedł. Dopiero wersja na uberkonsolę sprawiła, że sięgnąłem w majtki po psikawkę i…. nadal nie pykło. Dzisiaj dałbym jeszcze nizszą ocenę niz lata temu. Na 8 gwiazdek na świat, 4-5 są ciekawe. Reszta do wyjebania. Niektóre misje są powtarzalne. W zasadzie najbardziej podobają mi się etapy, gdy cygan shadow zabiera nam psikawkę. Świat też nie jest jakoś mega ciekawy. Dla mnie naciągane 8.

Celeste Czyli historia dziewczynki, która pogrążona w depresji zamiast kupić jak człowiek rowerek magnetyczny wspina się na górę, by wygrać ze swoimi słabościami. Głupia. Co do gierki to jest to chyba najtrudniejszy zręcznościowy platformer w jakiego grałem w ostatnich latach. Samo przejście jest wymagające, ale zdobycie wszystkich truskaweczek, kaset i przejście trudniejszych wersji etapów to już hardcore jednocześnie tak mało frustrujący że się o niego pokuszę. To mi się właśnie w Celeste podoba, że choć jest trudna to nie irytuje. Ścieżkę dla takich gier wytyczył meat boy i od tamtej pory pojawiło się takich indorów cała masa (wróć, mowa o indorach) całe kila, ale Celeste robi to na swój zajebiaszczy sposób. Warto było brać pudło. Kto wie czy nie pokuszę się o edycje lrg. Wstępnie 9/10, ale może urosnąć do 10 jak scalakuję.

Death Stranding 9-/10 Dzięki miesięcznemu chorobowemu wreszcie miałem czas, żeby zabrać się za tytuł. 70 godzin na liczniku i powiedziałem basta. Czas ten zleciał o dziwo bardzo szybko. Ledwo dostarczyłem parę paczek, a tu już 2 godzinki pękły. Początkowe epizody spokojne tempo, które akurat mnie nie znudziły, ani nie zmęczyły. Z wielką przyjemnością pizgałem najpierw z buta, potem motorkiem, a na koniec ciężaróweczką i tyrolkami. O ile do pewnego momentu tempo jest spokojne tak później zaczyna się jazda ujawniająca naprawdę świetna fabułę i historię. Grając poznajesz świat, który masz zjednoczyć i odbudować dla lepszej przyszłości. Gra daje też dużo do myślenia , a poruszane wątki są naprawdę na czasie i warte rozkminienia. Grając na początku mało budowałem korzystając z budowli innych graczy, tak od pewnego momentu jak zacząłem budować tak nie mogłem przestać. Budowa autostrad, tyrolek czy generatorów radowała mnie niezmiernie. Na koniec taka ciekawostka. Moja żona zaczęła patrzyć jak gram. Po dosłownie minucie usłyszałem obok “o ja pierdole”. To była jej reakcja na widok bobasa w pojemniku. Jak wyjaśniłem co robi i do czego służy, jak go czasem trzeba ululać to złapała się za głowę. Jak zapytała kto jest taki zryty, że takie rzeczy zrobił odpowiedziałem krótko: HIDEO. Musiałem koniecznie opowiedzieć kim jest ten zryty kolo i co tworzy w swoich grach. Muszę przyznać, że gra przerosła moje oczekiwania i bawiłem się naprawdę świetnie. Polecam gorąco każdemu kto ma ochotę pozapierdalać jak wielbłąd obładowany pudłami.

Advance Wars 8/10 Moje drugie podejście do tej gry po chyba 15 latach. W szkole średniej nie dałem rady przejść ostatniej misji myśląc, że była po prostu za trudna. Co za lamer ze mnie był. Miałem obawy przy drugim podejściu, które okazały się nie słuszne. Gra ma swoje lata, ale grafika i muzyka są spoko dla oka i ucha. Mamy tutaj typową turówkę gdzie musimy rozsądnie przemieszczać swoje jednostki podczas naszej rundy, a potem pora na przeciwnika. Proste założenia, które bardzo wciągają. Mamy jednostki lądowe, morskie i lotnictwo. Każda ma określony zasięg ruchu i siłę oraz zasięg ataku. Stwarza to różne opcje i warianty ofensywne lub defensywne. Wydaje się to proste na początku, ale im dalej w las tym coraz bardziej trzeba myśleć i kombinować. Czasem jedna zła twoja tura potrafi skopać twój wysiłek i trzeba wczytywać parę rund wcześniej i naprawić błędy. Fabuła całkiem spoko, która stopniowo ukazuje intrygę i kto jest prawdziwym wrogiem. Gdy wreszcie nadeszła ostatnia misja miałem spocone łapy i byłem nastawiony na najgorsze. Po paru turach połapałem się jak można obić mordę adwersarzowi i jednocześnie stwierdziłem, że lat 15 temu byłem strasznym noobem, który nie potrafił wygrać mimo wielu prób. Polecam każdemu kto lubi turówki. Gra idealnie się nadaje na nawet krótkie partyjki po parę tur.

Doom Eternal (7+/10) Doom z 2016 jest dla mnie jedną z najlepszych strzelanek w jakie grałem na tej generacji, dlatego do eternala podchodziłem z dużymi oczekiwaniami. Co dostajemy w nowej części? Praktycznie to samo z małymi ulepszeniami. Gra dalej jest niesamowicie dynamiczna i trup ścieli się gęsto. Teraz wydaje mi się że poziom zadymy jest większy i łatwiej zginąć, ale dzięki dodatkowym życiom, które można zebrać na planszy nie giniemy i wracamy do miejsca gdzie przed chwilą nas uśmiercono. Levele są takie same jak w ostatnim doomie. Wielopoziomowe teraz z dodatkiem parkour, który uważam jest do dupy i często spadałem nie wiedząc co źle zrobiłem i dlaczego Slayer nie złapał się ściany albo rurki. W pierwszym Doomie pod koniec byłem ciut zmęczony killroomami, ale nie rzutowało to na odbiór ogólny. Tutaj liczyłem, że będzie inaczej to rozegrane lecz niestety jest tak samo co sprawiło, że bardzo szybko poczułem znużenie. Końcówka też przeciągnięta i po prostu chciałem dograć do końca. Na wielki plus zaliczam muzykę, która po prostu jest niesamowita. Ocena końcowa będzie inna dla osoby, która grała w Dooma 2016 i inna dla osoby która nie grała i pewnie lepiej odbierze grę i wyżej oceni. To dalej dobra gra, ale niestety dla mnie to takie DLC wydane jako pełniak.

Sudden Strike 4 Definitive Edition 7/10. Pamiętam jak wieki temu grałem na PC w Sudden strike 2 i był to całkiem zacny tytuł. Magia wspomnień i chęć pogrania w jakąś strategie w klimatach 2 wojny światowej skierował mnie na 4 odsłonę w edycji Definitive. Co dostajemy? A no naprawdę dużo: 3 podstawowe kampanie (szkopy, alianci, sowiety) plus wszystkie dlc (Dunkierka, Finlandia, pustynia, Pacyfik). Prawdę mówiąc ocean grania. Podstawowe kampanie to jakieś 20-30 godzin plus dlc jeszcze raz to samo. Świetny wynik jak za 15 funtów, bo tyle dałem za pudełkowe wydanie. Jak to wygląda w praniu? Grafika całkiem przyjemna dla oka. Mapy dość szczegółowe, modele pojazdów również, efekty świetlne mogą się podobać. Niestety przy większych bitkach animacja lubi chrupać. Tyle jeśli idzie o technikalia. Gameplay jest spoko. Inaczej gra się ruskimi, inaczej aliantami i też odmiennie szkopami co uważam za fajny plus. Ciekawą opcją są doktryny, które możesz wybrać czy to dla piechoty, czołgów czy wsparcia. Jednakże by w ogóle zacząć się bawić trzeba przystosować się do sterowania na padzie. Początki nim człowiek ogarnie mogą być naprawdę ciężkie i uważam, że wielu może to odrzucić po godzinie zabawy. Dopiero gdy się nauczymy sterowania na przyzwoitym poziomie można czerpać przyjemność z gry. Po przejściu trzech kampanii i dwóch dlc dopadło mnie znużenie i zmęczenie materiału więc gierkę odstawiłem. Jeśli macie ochotę na spoko strategie i jesteście w stanie zdzierżyć początkowo toporne sterowanie i zarządzanie na padzie możecie się nieźle bawić. Cena również zachęca do wypróbowania tytułu.

 

 

Mega Man 11 (PS4) Nie będę się rozpisywał, bo z tego co się orientuję to nikt tu nie przepada za Megamanem, ale to tylko źle o was świadczy. Bardzo przyzwoita kolejna część. Graficznie dostosowana do dzisiejszych czasów, ale zachowująca ducha oryginału. Levele całkiem długie i ciężkie, a bossowie naprawdę wymagający i bardzo widowiskowi. Przejmowane bronie są ciekawe i bardzo wzbogacają rozgrywkę. Warto ich używać w trakcie planszy, a czasem to nawet trzeba. Trochę przymało poziomów w zamku Wilego, bo na 4 etapy dwa to pełnoprawne plansze, a dwa to sami bossowie. Muzyka raczej kuleje. Seria przyzwyczaiła do nutek z wyższej półki, a tu jest poprawnie. 8,5/10

Dead Space 3 (PS3) Podchodziłem do tej gry już 2x wcześniej, ale jak to mówią do 3 razy sztuka i w końcu przeszedłem. Żeby było przyjemniej przechodziłem z kolegą w coop po sieci. No cóż, o żadnym survival horrorze nie może być tu mowy. Jest to gra akcji pełną gębą gdzie amunicji nam nigdy nie brakuje, a zdrowie może nie regeneruje się samo, ale apteczek mamy pod dostatkiem. Jednak to wciąż gra pełna mrocznego klimatu, w którą bardzo przyjemnie się gra. Necromorfy atakują dużymi grupami i czasem potrafią podnieść ciśnienie. Na dużą uwagę zasługują całkiem fajni i bardzo duzi bossowie. Na początku byłem sceptyczny co do pomysłu tworzenia własnych broni, bo jednak wolę bronie z góry narzucone i dobranie sobie tego co mi pasuje, a tak to nie wiadomo czy to co sobie wybuduję sprawdzi się w boju i tylko zmarnuję zasoby. Jednak trochę posiedziałem przy “benchu” zrobiłem sobie cholernie mocny pistolet z piłą, a na większego zwierza wyrzutnię rakiet i dobrze się z tym bawiłem. Jednak to kombinowanie i zbieractwo to całkiem spoko pomysł. Historia jest całkiem spoko i nieźle zamyka całą trylogię. Misje poboczne ostatecznie na minus, bo o ile strasznie fajnym pomysłem było, że w tych kooperacyjnych jedna postać miała omamy, które były niewidoczne dla drugiej to niestety większość była na jedno kopyto. Często nawet powielały się pomieszczenia ze zmienionym jedynie wystrojem. Ogółem naprawdę spoko gierka choć nieco odstaje od poprzednich dwóch stając się pełnoprawnym akcyjniakiem. 8/10

Blue Shadow/Shadow of the Ninja/Kage (NES) Bardzo fajna platformówka w stylu Ninja Gaiden z możliwością gry na dwie osoby. Trybu dla dwóch osób jednak zbytnio nie polecam, bo miejscami występują tak kosmiczne spowolnienia, że slajdy wydają się być szybsze. Do tego dzielimy z partnerem kontynuacje, których jest 5. Jeśli druga osoba lami i wytraci nam wszystkie to ostatecznie zostajemy sami w dupie. Sama gra jest średnio trudna. Nie ma nic, co by nas zabiło jednym strzałem, a nawet przepaście teleportują nas na bezpieczny grunt z jedynie obciętą częścią zdrowia. Podstawowym orężem jest miecz, który możemy dwukrotnie ulepszyć dając nam zwiększony zasięg. Katanę możemy wymienić na Kusarigamę (sierp na łańcuchu) i ona również ma dwa stopnie ulepszeń. Do tego dochodzi limitowane użycie shurikenów i granatów. Poziomy są ciekawie zaprojektowane, ale raczej nie oferują jakichś oryginalnych, ciekawych myków. Bossowie są fajni i klimatyczni. Całość skąpana w wysokiej jakości grafice i udźwiękowieniu, co dla produkcji Natsume jest normą. Przyzwoite 8/10 albo 7,5/10.

Final Fight (Capcom Home Arcade) – Salonowy przebój i gra legenda, tak można krótko opisać Final Fight. Osobiście nigdy nie miałem przyjemności widzieć tej gry na salonie, bo za moich czasów na topie były już inne chodzone bitki Capcomu i dopiero później na emulatorach i przeróżnych składankach mogłem cieszyć się tym klasykiem. Szczerze to teraz po latach bardziej doceniam ten tytuł i jakoś wszystko bardziej mi się w nim podoba, klimat brudnych i niebezpiecznych ulic juesej lat 80/90 aż wylewa się z ekranu, drugi plus to bardzo fajne postacie, zarówno te grywalne jak i przeciwnicy, którzy w późniejszych latach pojawiają się w głównie w sf alpha, ale nie tylko bo na przykład boss policjant pojawia się na arenie Xmen vs street fighter, a mnie strasznie jarają takie smaczki i mrugnięcia w stronę fana. Rozgrywka raczej nie jest skomplikowana i ciosów nie mamy za wiele, ale trzeba sobie zdać sprawę kiedy ta gra wyszła i to ona była wzorem dla późniejszych chodzonych bitek. Dla mnie 9/10 i mówię to jako lamusiak, bo na jednej blaszce nigdy bym tego nie ukończył, ale zabawa była przednia i nawet żonie się podobało z którą zaliczyłem gierkę w coopie po kilku drinach.
Giga Wing i Progear (Capcom Home Arcade) – Żadnej z tych gier nigdy nie widziałem na maszynach, jedynie Giga Wing ograłem swego czasu na makaronie i całkiem mi się podobał choć wolę shmupy gdzie jest większy spokój i nie lata tyle kulek na ekranie. Za to Progear nawet nie znałem i dopiero teraz miałem okazję zapoznać się z tym tytułem i go ukończyć. Obie gry są do siebie dosyć podobne, bo w jednej i drugiej jesteśmy zawalani dużą ilością pocisków. Tak, że czasem na ekranie praktycznie nic nie widać i największą różnicą jest to, że w Giga Wing lecimy w górę, a Progear w prawo. Nie traktujcie tego jako jakąś reckę lub rekomendację bo to było takie powierzchowne przejście z żoną gdzie jakbyśmy grali na prawdziwym automacie to byśmy stracili majątek. Obie gierki oceniam na 8, bo dobrze się grało i na pewno jeszcze nie raz wrócę do tych tytułów.
Alice: Madness Returns (X360-XONE) – Praktycznie od premiery ciekawił mnie ten tytuł jednak zawsze wychodziło coś innego i z biegiem czasu zapomniałem o nim, ale zobaczyłem że jest w passie i postanowiłem nadrobić zaległość. Gra jest kontynuacją tytułu wydanego tylko na fortepiany i gołym okiem widać jej rodowód choćby przy poruszaniu się naszą postacią. Największą zaletą jest świetnie wykreowany psychodeliczny i pokręcony świat rodem z bomby po grzybach oraz bardzo dobra ścieżka dźwiękowa w klimatach horroru Halloween lub wyliczanki Frediego. Gameplay to połączenie platformera, strzelanki i slashera, ale każdy z tych elementów mógł spokojnie zostać wykonany lepiej i nawet ciekawe mini gierki w postaci leveli 2d i kulanie głowy lalki nie pomogły uchronić Alicji od uczucia monotonii. Jest spoko, ale moim zdaniem był potencjał na coś znacznie lepszego. 6+/10
Donkey Kong Country (NS-Snes) – Pamiętam jak dziś gdy moje młode oczy zobaczyły pierwszy raz reklamę DKC na niemieckim kanale Pro7. Ciężko było uwierzyć, że to co widzę to gameplay bo wyglądało to za dobrze i gdybym nie miał wtedy 10 lat to zapewne by drygał. Jednak nie było mi dane zagrać, bo w tamtych latach miałem lepszy 16bitowy sprzęt od konkurencji więc musiałem obejść się ze smakiem i na swoją kolej musiałem czekać aż do 2001 gdzie mogłem ograć na dremcascie dzięki emu, a po kilku latach na gba. Dziś jednak dzięki najlepszej konsoli obecnej generacji mogłem po raz trzeci ograć przygody małpek i mogę tylko tyle powiedzieć że ta gierka nic, a nic się nie zestarzała i nadal wygląda fenomenalnie. Systemowo może nie jest to pierwsza liga platformerów, bo postacie wydają się trochę sztywne i ociężałe przez co zawsze miałem odczucia jakbym kierował jakimś głazem i w zasadzie jest to dla mnie jedyna wada tej gry, ale to może moje indywidualne fobie. Graficznie tak jak wspominałem jest bardzo dobrze, levele są klimatyczne i zróżnicowane, a dosiadanie zwierzaków tylko dodaje ognia. Muzycznie również jest bardzo dobrze, a kawałek z wodnych leveli to czołówka w moim snesowym rankingu. Trudno też nie odnieść wrażenia, że twórcy Crasha mocno wzorowali się na DKC bo część leveli, przeszkadzajek i przeciwników (pancerniki, sępy…) czy lasencja przy zapisie stanu gry wygląda jak protoplasta hitu z szaraka. 9+/10 w moim skromnym rankingu i gdyby nie wspomniane sztywne i ociężałe sterowanie to by była dyszka.
Gato Roboto (XONE) – Gość o imieniu Gary rozbija się swoim statkiem kosmicznym na nieznanej planecie i kiedy już odmówił całą koronkę i przekazał hajsy Rydzykowi odbiera tajemniczy sygnał, jednak że sam jest pipą to wysyła swoją kotkę Kiki żeby sprawdziła co się dzieje. Gato Roboto to nic innego jak Metroid tylko że z kotem zamiast Samus i jedyna różnica jest taka że nasza kotka potrafi opuścić swój skafander i dzięki temu dostać się do niedostępnych miejsc. Jednak trzeba uważać, bo jest wtedy na jednego strzała. W wybranych miejscach można też wsiadać do łodzi podwodnych i stacjonarnych działek, jednak większość przygody spędzimy w kosmicznym skafandrze. Ogólnie gierka jest bardzo fajna, klimacik jest bardzo miły, muzyka cieszy ucho, jednak moim zdaniem jest zdecydownie za krótka i za łatwa przez co trochę traci na ogólnej ocenie.
Ace Combat 6: Fires of Liberation (X360-XONE) – Z serią jestem od samego początku kiedy to pierwszy raz zobaczyłem jedynkę u kumpla i zagrywaliśmy się na dzielonym ekranie (co ciekawe taka opcja już później nigdy się nie pojawiła). Krótko po tym zaopatrzyłem się w japońską wersje dwójki, którą zaliczyłem największą ilość razy. Podobnie było z trójką, która była pięknym zwieńczeniem trylogii na szaraka. W późniejszych latach seria nadal miała się dobrze, a ps2 doczekała się swojej trylogii i choć nadal prezentowała się bardzo dobrze to jednak wolałem wersje z szaraka. Ace Combat 6 obserwowałem od pierwszej zapowiedzi i byłem mocno zaskoczony, że gra będzie exem na x360 bo marka była kojarzona z PlayStation tak samo jak Tekken czy Ridge Racer. Jednak, że jakoś nie było mi po drodze z x360 to pozostało się ślinić do recek, aż do teraz kiedy po latach zaopatrzyłem się w swoją kopię i mogłem ograć na xone dzięki wstecznej. AC 6 nie wprowadza praktycznie żadnych istotnych zmian za co można być tylko wdzięczny, bo po co zmieniać coś co dobrze działa. Fabuła to jak zwykle farmazon gdzie zmyślone państwa prowadzą między sobą działania zbrojne bla bla bla, szczerze to później wyłączałem filmiki, bo to jakieś pierdoły. Rozgrywka to stary dobry AC, rozwalanie ogromnych baz, latających fortec, wlatywanie do ciasnych tuneli i rozwalanie wroga od środka czy kanion gdzie nie możemy lecieć za wysoko, bo wykryją nas radary jak w klasycznych częściach, jak zwykle świetne ost, do tego wzorem części z ps2 możemy wydawać proste rozkazy swojej ekipie, jednym zdaniem jest tu wszystko, co powinno być by zadowolić starych fanów Ace Combat. 8+/10.

Katana ZERO (XONE) – Gra opowiada historię pewnego samuraja, a zarazem weterana wojennego, który nie może sobie do końca poradzić w normalnym życiu. Mieszka na slamsach gdzie psy chujami wodę piją, chodzi do psychiatry na rozmowy, a kiedy zapada zmrok bierze swój miecz i wyrusza w miasto robić porządki. Katana Zero od pierwszych chwil wciąga jak cholera i wręcz uzależnia, a całość choć ukazana z innej perspektywy przypomina mi Hotline Miami gdzie levele są podzielone na krótkie sekcje, a naszym zadaniem jest wyeliminować wszystkich wrogów, a w razie niepowodzenia powtarzamy czynność do bólu. Na uwagę zasługuje też rewelacyjna ścieżka dźwiękowa, która idealnie komponuje się z tym co dzieje się na ekranie, a dzieje się na prawdę dużo, bo tempo rozgrywki urywa głowę. Świetny i niezwykle wciągający szpil i jego jedyną wadą jest to że jest trochę krótki, ale taki już urok mniejszych produkcji. Mocarne 9/10 i obowiązkowy tytuł do kupna pudła na switcha, bo jednak taki tytuł wypada mieć na półce.

Cool Spot (SMD) – Platformer z czerwoną tabletką z loga 7up to całkiem spoko gierka jednak bez jakiegoś szału i na 16bitowe sprzęty było dużo lepszych tytułów z tego gatunku. Rozgrywka polega na eksploracji leveli i zebraniu odpowiedniej ilości czerwonych kropek, które uaktywniają przejście do kolejnego świata i tak dalej i tak dalej. Ogólnie gierka wygląda bardzo ładnie jednak wszystko jest takie trochę bez jajeczne, a poziom trudności jest bardzo niski i zaliczenie gierki z wszystkimi tabletkami nie stanowi żadnego wyzwania. 6/10

Spot Goes to Hollywood (SMD) – Kontynacja czerwonej piguły idzie z duchem czasu i oferuje pseudo 3D w rzucie izometrycznym jednak sama formuła nie zmieniła się za mocno, bo znowu aby przejść dalej trzeba biegać po levelu i zbierać czerwone tabletki. Nowością jest też to, że w tej części jak sam tytuł wskazuje nasza piguła dostała się do Hollywood i wszystkie światy inspirowane są różnymi gatunkami filmów, a czasem nawet konkretnych tytułów i tak mamy świat piracki, przygodowy mocno inspirowany Indiana Jones, horror, kosmiczny w stylu Star Wars i finałowy level z motywem Obcego, gdzie głównym bossem jest matka z decydującego starcia, ogólnie jest fajnie i różnorodnie. Ta część podobała mi się bardziej od poprzedniej jednak tu również nie ma mowy o jakimś hicie. 7-/10
Wild Guns (NS-Snes) – Dzikie spluwy to czysto arcadowa strzelanka, która jednak nigdy nie debiutowała na salonach za to wylądowała na Snesie gdzie zapewne została przyćmiona nawałnicą hiciorów i została zapomniana, a przynajmniej ja o tej grze nigdy nie słyszałem. Rozgrywka to celowniczek jednak nie taki typowy, bo musimy ogarniać zarówno celownik jak i naszą postać, którą musimy unikać pocisków za pomocą skoków lub turlania i muszę przyznać że początkowo sprawiało mi to lekkie problemy, bo ciężko było mi się skupić na dwóch rzeczach na raz. Do dyspozycji mamy dwie postacie, gościa i babeczkę, a całość została okraszona westernowym klimatem z steampunkowymi akcentami, z mechanicznymi przeciwnikami i nowoczesnymi giwerami włącznie. Wild Guns to bardzo intensywna arkejdówka, lecz co za tym idzie krótka gierka, jednak ma swój niepowtarzalny urok, a zabawa dostarcza solidnej porcji rozgrywki i dla mnie jest to miłe zaskoczenie, bo myślałem że znam już wszystkie lepsze gierki na snesa.
Wild Guns Reloaded (NS) – Po przejściu wersji Snesowej odpaliłem sobie rimejk i muszę przyznać, że bardzo ładnie to wygląda. Wszystko stało się czytelniejsze, dostaliśmy szeroki ekran, dzięki któremu więcej się teraz dzieje i trzeba być jeszcze bardziej ogarnięty, a rozgrywka stała się nieco trudniejsza. Twórcy dodali też dwie nowe postacie, niemieckiego babochłopa i psa z dronem jednak nie umiałem nimi za bardzo grać i lepiej mi szło podstawowymi postaciami, warto też dodać że rimejk oferuje zabawę dla czterech graczy, a nie dwóch tak jak oryginał, jednak nie miałem jak na razie możliwości sprawdzenia. Podsumowując to już wersja snesowa zrobiła na mnie duże wrażenie, a rimejk tylko wszystko podkręcił przez co gierka jest jeszcze lepsza. 9/10
Flaku
Katana Zero 9 na jebane 10. Hipnotyzująca gra. Wciąga jak bagno. Syndrom jeszcze jednego razu. Genialne udźwiękowienie. Pojebana w pizdu historia.

ASTRO’s PLAYROOM: 9/10 Technologiczne demo mówili… Tsaa, ale nie grali! Ta pozycja, to kapitalna podróż po całej historii marki PlayStation! Cztery różne krainy, a każda z nich to dana epoka poszczególnych generacji konsol Sony, wraz z całą ich otoczką i grami! Ileż to razy zaśmiałem się pod nosem kiedy widziałem scenkę z kultowego tytułu, gdzie w rolach głównych występowały małe sympatyczne robociki Astro! Lara Croft skacząca po skalnych półkach, Snejk skradający się w kartonie, ICO, Silent Hill, WipeOut, God of War, Crash, małpki z Ape Escape i wiele, wiele innych! Jest tu tyle nawiązań, tyle sentymentalnych zagrań, że ciężko to opisać! A finałowy boss? B A N D E R A S!!! Już sama droga do niego, to nostalgiczna podróż związana z uruchomieniem kultowego Demo One… Sama gra to najzwyklejsza w świecie prosta i mało wymagająca platformówka (ale zapewniająca masę miodu!) gdzie zbieramy puzzle i artefakty, które następnie trafiają do „Laboratorium PlayStation”. Tam są odpowiednio układne w całą kolekcję tworzącą ponad 25 letnią historie PS. Wszystkie smaczki trzeba poczuć samemu, poszukać, przestawić się na „stare”. Kiedy podejdziesz do PSone z ekranem LCD i uderzysz w przycisk POWER odpali się kultowy ekran bootowania szaraka, wraz z oryginalną muzyką. Ciaryyyyyy! Subiektywnie wystawił bym 10, bo gra dodatkowo w mistrzowski sposób wykorzystuje możliwości nowego pada Dual Sense, ale… wziąłem na wstrzymanie  9/10 – platyna to była formalność!
drk
Clive Barker’s Jericho (X360) Przez trzy pierwsze chaptery miałem ochotę wyjebać płytę z napędu. Droga przez mękę. Już prolog sprawił, że prawie się porzygałem z nudów. Później nie jest lepiej, ciemnobure lokacje, korytarzowy gameplay prowadzący od kill roomu do kill roomu. Nie dziwię się, że ludzie wystawiali niskie noty odbijając się już na samym początku. Lepiej robi się dopiero gdy trafiamy do starożytnego Rzymu, a szczyt możliwości gra osiąga w Sumerze, żeby spierdolić wszystko zakończeniem. Fabuła momentami ciekawi, szczególnie Rzym i jego zbryzgane krwią budynki (takich ilości to dawno nie widziałem), ale jako całość tyłka nie urywa. Przełączanie się między członkami grupy działa i używanie mocy daje jakiś tam fun. Później jest to dosyć często używane przy walkach z bossami. Gra miała potencjał, ale niestety go nie wykorzystano. Ocena końcowa: 5/10

Grifter

Nietoperzozwierz: Geneza Arkiszynki Arkham Asylum był fantastycznym zaskoczeniem, City potężnym rozczarowaniem. Wydawać by się mogło, że krytykowana przez ludzi (pal licho, że przez wersję PC i liczne błędy, których dziś już nie uświadczysz) odsłona Origins będzie jeszcze gorsza. Ale nie – jest znacznie fajniejsza niż nieszczęsne City, bo poprawiono wszystkie elementy które tam nie grały i irytowały. Teren działań uległ skurczeniu, a spora część znowu, jak w Asylum, wrzuca nas do ciaśniejszych lokacji. Nawet jeśli śmigamy po mieście i kolejnych dzielnicach (w sumie 9) to dodano nam „szybką podróż” (no proszę, dało się jednak) Batwingiem, więc nie latamy jak debile w tę i z powrotem do jednego duperela. W dodatku wszystkie wejścia do znaczącyh obiektów są tym razem zaznaczone na mapie – nie będziecie latali jak kretyni i szukali gdzie było to wejście do stacji metra, które odwiedzałem 7 godzin wcześniej. Zmniejszono też liczbę Riddlerowego gówna (tym razem zebrałem wszystkie, bo mnie nie zmęczyło) i gra stanowi doskonały dowód, że „znajdźki” muszą mieć określoną, tolerowaną ilość, by nie zmęczyć gracza. Super. Sama fabuła podobała mi się chyba najbardziej ze wszystkich trzech odsłon, choć pewnie tu zdania będą podzielone. Sam gameplay nic się nie zmienił – dodano nowe gadżety w tym „super klej”, który stał się moim ulubionym (Szkolny się chowa), czy rękawice Elektroegzekutora (który wyrósł na jedną z największych pizd świata gier wideo – oczywiście całkowicie zamierzony ruch). Zauważyłem też, że gra stała się łatwiejsza (co też kontrastuje z opiniami z sieci, że jest jakoby trudniejsza, WTF?). Zdaje mi się (ale mi się wiele rzeczy zdaje, kweh!), że czas między kolejnymi uderzeniami do ułożenia comba wzrósł i margines błędu jest znacznie większy to jeszcze w połowie gry dostajesz owe rękawice, które moooocno ułatwiają rozgrywkę.

Wrócił też stary dobry klimat – zaśnieżone, mroźne i ponure miasto robi wrażenie. Zadania poboczne są o wiele ciekawsze, a każde związane z innym skubańcem ze świata Gacka, doda z pewnością kilka godzin do przygody. Ciekawie wypadła też rekonstrukcja scen zbrodni, które możemy przewijać w przód i tył, w poszukiwaniu określonego dowodu. Proste, ale bardzo pomysłowe i angażujące. Prócz tego sporo smaczków dla fanów Gacka (mniaaaaam!!). Jest nawet kultowa przyśpiewka Jokera – „Cicha noc, Batman kloc…” wyśpiewywana przez jednego z bandziorów z Blackgate. Nie mam zastrzeżeń. Aha, w polskich napisach znalazłem babol, gdy Shiva wypowiada zdanie – „Walczyłeś dzielnie, więc śmieć będzie szybka”. Tak, śmieć. Spokojnie jednak – gra żadnym śmieciem nie jest. Warto sprawdzić. 24 godziny gry 8/10

DLC Serca Twego Chłód Piękny, poetycki tytuł polski, nieprawdaż (w porównaniu do zimnego ‘Cold Cold Heart”). Moje serce nie jest na tyle zimne, by go zmienić. Zmierzymy się z panem Freezem, który dzięki kultowemu ‘The Animated Series” z idiotycznego złola ze starych komiksów stał się postacią tragiczną, który wykiwany przez złą korporacją, balansuje na granicy śmierci. Podobnie jak jego żona, którą tylko chciał uzdrowić przed nieuleczalną chorobą. Bardzo ładny przykład miłości. Gorącej, ognistej, mimo swego chłodu, wychuchanej w temperaturze poniżej zera… 4 godziny (z wszystkimi znajdźkami) dobrej rozgrywki i smutnej, tragicznej historii. Też warto!! 7/10

Wielka Kradzież Samochodów V Kifflom!! Nie ma co jebać psa w jego chorą dupę – wszystko co zostało powiedziane o tej produkcji jest prawdą. To, że jest najlepszą odsłoną serii, bijącą na ryj nawet kultowe ‘Vice City’, czy ‘San Andreas’. Że ma najciekawiej wykreowane postacie w serii. Że ma najlepiej napisany scenariusz, z dialogami, które są absolutną czołówką gier wideo. Że posiada najlepsze misje główne i poboczne w serii. Że na każdym kroku jesteśmy zaskakiwani pomysłowością twórców. Że to najbardziej szydercza gra na współczesną popkulturę. Że wkurwiła wiele osób od lewa, z feministkami na czele, po prawaków, bo możemy m.in. odpalić zaćpanego Jezusa. Po 80 godzinach gry skończyłem ją na 100% i wyczyściłem singlowe trofea. I jestem kurwa zachwycony. To co się tutaj miejscami odpierdala, nie dostarczy wam żadna gra wideo. Cudo!! Kifflom!! 10/10

ndl

ndl

First time?

Może Cię również zainteresować: