Game session #1

Share

Każdy z nas mimo przeciwności wieku, czegoś tam jeszcze zapewne i w ogóle; cały czas pielęgnuje tajemną technikę gamejitsu na swój sposób, jedni przechodzą więcej w rok, drudzy mniej, ważne jednak że płomień gierkowania nie gaśnie. Zapraszam na przegląd ogranych gierek i kilka opinii na ich temat świetnych ludzi, którzy mimo swojego wieku dalej dbają o swoją pasję udowadniając, że nic w przyrodzie nie ginie, bo wybiła 30, bo dzieci na karku, bo żona chce nowe buty, bo gierki są dla dzieci, taki wał kochani!


Growe sesje to mam nadzieję, ale zapewnić nie mogę, cykliczny (wrzucać będę pewnie jak Nintendo gierki w abonamencie) przegląd, do którego również was zapraszam w celu podzielenia się, w co tam szpilacie, co skończyliście ciekawego ostatnimi czasy itd. Nie samą poważnie niepoważną publicystyką człowiek żyje, a opinia na temat gry zawsze jest w cenie, [uwaga!] mogą czasami paść przekleństwa, humorystyczny ton, bądź wylana rozpacz. Jako, że miałem to zrobić już o wiele wcześniej w tym nr będzie trochę większy przedział czasowy brany pod uwagę, następne odcinki postaram się wrzucać częściej, chyba że nikt nie będzie już ogrywał z ekipy gierek, w co nie wierzę.

Adam11

Tytuł kończyłem lata temu wiele razy i dzisiaj dalej Ninja Gaiden 2 daje masę frajdy. Kiczowata fabuła, czasem etapy wydają się jakby niedokończone, ale spełniają swoją funkcje (i jest różnorodnie). Grafika to nic nadzwyczajnego, chyba że mówimy o animacjach postaci i o tym jak się one poruszają, szczególnie w wirze walki, bo te są już z najwyższej półki i w tym aspekcie NG2 nie ma sobie równych. To, co można zrobić z przeciwnikami, którzy napadają nas w ilości dwucyfrowej, to krwawa poezja. Po bitwie zostają tylko odcięte kończyny, głowy i korpusy wrogów, a wszystko to uwalone w czerwonej posoce. Ilość ciosów podporządkowana dziesiątkom broni (z których każda jest ciekawa i warta sprawdzenia), spokojnie mogłaby znaleźć się w dobrej bijatyce. Kombosy, rzuty, reversale – można się tutaj trochę pobawić. Szkoda jedynie, że nie pokuszono się o bardziej skomplikowane mapy ze skrótami niczym w jedynce. Tutaj po prostu przemy do przodu… i zostawiamy za sobą tysiące zmasakrowanych trupów:) Moja ocena 9/10

Super Mario Galaxy 9+/10 Nie ma co się rozpisywać na temat tego klasyka, bo to wręcz synonim gry wideo. Super platformer z masą kreatywnych etapów. Napisze tylko, że przeniesienie tej gry na switcha to rewelka. Gra sprawdza się w trybie przenośnym, jak i tradycyjnym. Która opcja lepsza? Obie tak samo fajne i dobrze jest mieć wybór.


Jana84

Ninja Gaiden 2 (x360-xone) -W tamtym roku zrobiłem sobie małe porównanie NG Black z NG Sigma i mimo wizualnych ulepszeń i kilku dodatków bezdyskusyjnie wygrał Black, teraz przyszedł czas na część drugą. Ninja Gaiden 2 to bez wątpienia pierwsza liga slasherów, a system ciosów zawstydza wszystkie inne gry z tego gatunku, a nawet niektóre bijatyki 1 vs 1 i jak się troszkę poćwiczy to na ekranie można podziwiać prawdziwy balet. Do tego dochodzi możliwość obcięcia praktycznie każdej kończyny, a krew leje się na lewo i prawo dekorując całe otoczenie i po takiej bitwie aż człowiek podziwia i napawa się tym pięknym widokiem. Fabuła w tej części jest strasznie słaba, ale szczerze to wisi mi ona i dla mnie w takiej grze wystarczy tylko tyle, że muszę rozjebać wszystkich wrogów, ale muszę przyznać, że pod tym względem jedynka wypada lepiej. Druga sprawa to troszkę nudnych lokacji, które lekko odstają od wspaniałej reszty, ale to też można przeżyć. Mimo tych niewielkich wad grało się wybornie, widać że gra jest dopracowana i śmiga jak szalona. Dla mnie gierka minimalnie gorsza niż Black i wystawiam jej 9+/10 
Redeemer Mega miodne połączenie twin stick shootera z beat’em up’em od braci Rosjan, rozgrywka zbliżona do świetnego ruinera, ale z naciskiem na egzekucje i wykorzystanie otoczenia do unicestwienia przeciwników, bardzo fajny pomysł z rozwijaniem postaci przez częste używanie danej broni (białej lub palnej), im dalej w las tym nasz rosyjski mnich dezerter ma więcej do zaoferowania, bloki, rozbrojenia, wyrywanie ramion, egzekucje specjalne itd. Gra na jakieś dwa, trzy wieczory lub jedną posiadówe, o ile jesteś piwniczakiem. 8/10.

Guile

Xenoblade Chronicles Definitive Edition Gra, w której czysto teoretycznie wszystko powinno być super, ale niestety nie wszystko zagrało jak należy. Nigdy w oryginał nie grałem, ale z twórczością Monolithsoftu jestem zaznajomiony od dość dawna, więc w zasadzie wiedziałem, dostanę porządną produkcję. Fabularnie jest naprawdę pierwsza klasa, gameplay również od początku dość przyjemny. Niby zaimplementowany auto-attack, ale trzeba było nieco pomyśleć czasem, bo idąc na pałę nietrudno zginąć. Jednak gra ma swoje bolączki, które w ostatnich godzinach, które z nią spędziłem, bardzo się uwydatniły. Sub questy na początku wydają się ok, ale jest ich tak ogromna ilość, że wręcz przytłaczają. W dodatku wiele z nich polega na chodzeniu z punktu A do B, co przy dość rozległych mapach jest szalenie męczące. Same mapy są naprawdę piękne i nieraz potrafią dech w piersi zapierać, ale chodzenie po nich pierdyliard razy jest mało przyjemne, a wystarczyło dać jakiegoś mounta, który ów przechadzki by przyspieszył. Wiele przedmiotów można zdobyć tylko przez grind, którym rządzi RNG, ze zbierajkami to samo. Gra w pod koniec wymaga mocnego manewrowania po skillach i ekwipunku, aby poradzić sobie z najpotężniejszymi bossami, ale przez to, że cała reszta gry była względnie prosta, więc można było wszystko ustawiać na pałę. Ogółem gra naprawdę bardzo dobra i warto jej dać szansę, ale należy mieć na uwadze, że jest w wielu aspektach przekombinowana i cierpi na typowe jRPG-owe bolączki przez co pod koniec mocno irytuje. Dodatek przejdę, gdy trochę odpocznę od tej produkcji. 8/10

 

Captain Tsubasa: Rise of the New Champion Jako spory fan Kapitana Hołka, miałem parcie na tę produkcję od pierwszej zapowiedzi, więc niedługo po premierze zasiliła moją kolekcję i od razu przeszedłem do jej przechodzenia. Od początku mamy do czynienia z dwoma trybami Story. Nie będę mocno wnikał w szczegóły tutaj, bo będę pisał pełną recenzję tej gry na CP, jednak chciałbym się podzielić nieco wrażeniami na szybko. Gra z początku może się wydawać strasznie przekombinowana mechanicznie, ale z czasem dostrzega się czemu i ostatecznie jest się w stanie przyswoić wszystko, co najważniejsze w trakcie ogrywania trybów story. Tak, “trybów” bo są dwa. Pierwszy z nich jest takim bardziej rozbudowanym samouczkiem, który opowiada historię Nankatsu w trakcie XVI Krajowych Mistrzostw Młodzików. Drugi tryb jest znacznie ciekawszy, bo tworzymy od zera postać, którą będziemy rozwijać przez całe story. Poza rozwijaniem statystyk, nasza postać może się też uczyć nowych umiejętności poprzez rozmawianie z innymi graczami i to nie tylko tych spośród naszej drużyny, ale również z innych, dzięki czemu w zasadzie możemy się nauczyć wszystkiego. Trochę gorzej wypada to, że story samo w sobie jest strasznie przegadane i nawet, jak się dzieje coś ciekawszego to, zamiast tego pokazać, to najczęściej jest po prostu opisywane, przez co często można odczuć nudę. Do tego warto mieć na uwadze, że nie ma czegoś w rodzaju New Game Plus, więc po zakończeniu tego trybu, postać zostaje zarejestrowana w takim stanie, w jakim jest i nic poza umiejętnościami nie można w niej już zmienić. Biorąc pod uwagę, że wyniki poszczególnych meczy mają ogromny wpływ na to, jak mocno można rozwinąć swoją postać, jest to jednak trochę słabe. Miałem też nadzieję, że po skończeniu story będzie można rozegrać wszystkie mecze jeszcze raz, aby porobić specjalne zadania, ale nawet tego się nie dało zrobić i można najwyżej zacząć jeszcze raz. Online nie grałem, ale pewnie popróbuję w wolnym czasie. Muzyka jest dość przeciętna i szkoda, że tak rzadko można posłuchać kultowego Moete Hero. Niby wersja bez wokalu, ale lepsze to niż nic. Graficznie jest ok, jak na Switcha. Na PS4 jest po prostu mniej “ząbków”. Martwi trochę zapowiedź najbliższego updejtu, który ma wprowadzić nową walutę do gry i nowy sklep, co by znaczyło, że trafią do niej mikropłatności, a mając na uwadze, że już teraz mamy tam mechanizmy typu gacha, nie nastraja to zbyt pozytywnie. Ogółem oceniam na mocne 8/10, bawiłem się naprawdę dobrze, ale jest pole do poprawy. Grałem w znacznie lepsze “fantastyczne” piłki nożne (np. Inazuma Eleven), ale nie żałuję wydanej kasy. Może jeśli wyjdzie druga część, to będzie lepiej, ale to Bandai Namco, więc niczego nie można być pewnym.
Alfik
Ultimate ski jumping 2020 (switch) Ja pierdole :waldus: :waldus: za dychę można sprawdzić jak ktoś lubił Deluxe ski jumping na fortepianie.
Picross: The Legend of Zelda: Twilight Princess Gra logiczna, połączenie sudoku i sapera gdzie do rozwiązania często dochodzi się jak po nitce do kłębka. Zajebista łamigłówka i przyjemny zabijacz czasu (z motywami z zeldy!), do wyrwania za friko na 3dsa za 1000 platynowych punkcików na mynintendo, polecam.
Drk

Sinking City (Switch) Na starcie postawię sprawę jasno – to nie jest gra dla ludzi, którzy nie są zaznajomieni z twórczością Howarda. Liczba odniesień do jego książek jest ogromna. Spora część zabawy to wyszukiwanie i kojarzenie tych smaczków. Od strony technicznej tytuł niczym nie zaskoczy, wręcz może wywołać znużenie. Rozwiązujemy sprawę za sprawą, odwiedzamy archiwa, żeby odszukać podejrzanych lub świadków. Penetrujemy miasto, żeby odnaleźć nowych zleceniodawców. Markery na mapie stawiamy sami w oparciu o dedukcję i kojarzenie poszlak. Nikt nie prowadzi nas za rączkę, co w dzisiejszych czasach jest godne podziwu. Wątek główny wciąga i zaskakuje paroma ciekawymi zwrotami. Od strony dialogów i aktorstwa też jest naprawdę dobrze. Elementy śledztwa przypominają to co zrobił Chmielarz w Zaginięciu Ethana (układamy w kolejności sekwencje zdarzeń i dochodzimy do tego co się naprawdę wydarzyło). Muzyka oszczędna i nienachalna, a graficznie otrzymujemy poziom z poprzedniej generacji. Twórcy wrzucili prosty system rozwoju postaci i craftingu. Walka z potworami to najsłabszy element, bo tych jest w chuj, a amunicji mało i ciągle trzeba latać po kontenerach i zbierać części. Fanom HP i gier detektywistycznych mogę polecić. Ocena końcowa: 7/10

 

Quake 4 (Xbox 360) Raven Software nie odpierdala lipy jak pracuje z silnikiem ID. Przyjemny feeling strzelania? Jest. Masy Stroggów do rozjebania? Są. Mroczny klimacik? Jest. Widać sporo inspiracji trzecim Doomem, bo gierka jest mocno korytarzowa i sporo w niej kombinacji: ciemne pomieszczenie/korytarz + jump scare. Nie zapomniano jednak, że to Quake, więc strzelania jest odpowiednia ilość. Oprócz standardowego prucia ołowiem dostajemy też sekwencje wieżyczkowe oraz kilka sekcji za sterami mecha albo innego pojazdu opancerzonego. Graficznie trzyma poziom, jedynie muzyka niedomaga. Nie wpada w ucho i do pięt nie dorasta temu co Sonic Mayhem zrobił w Quake 2. Dobry, klasyczny FPS. Ocena końcowa: 8/10
Plabo

Luigi’s Mansion 3 – 15h, ranga B na koniec, większość poziomów po 3 gemy zebrane, późniejsze 4-5. Świetna gra zdecydowanie warta swojej ceny. Piękne miejscówki, szczegółowe, każde piętro inne, masa bossów (co prawda niektórzy irytujący bo nie wiadomo co z nimi zrobić, ale jak już wiesz to leci), dużo sekretów, na pewno będziesz zadowolony ile jest tu zawartości. Bezproblemowo wystawiam 9/10 i ODKURZACZE W DŁOŃ.

 

Phoenix Wright Ace Attorney Trilogy (2/3) – 2 gry z serii za mną: Ace Attorney i Justice For All, została trójka Trials and Tribulations, ale to za jakiś czas. Czym jest Ace Attorney? To w połowie point and click gdzie chodzimy po miejscach zbrodni, szukamy dowodów, rozmawiamy ze świadkami, a w drugiej sprawy sądowe gdzie wszystkie nasze zdobyte dowody używamy w bitwie na inteligencje (i czasami chybił trafił :D) Świetne postacie jak tytułowy Phoenix Wright – charyzmatyczny prawnik żółtodziób, Miles Edgeworth – prokurator, wielki przeciwnik Phoenixa z sami sądowej, Sędzia – wdający się z nami w utarczki słowne główny prowodyr śmiesznych sytuacji, Mia – świeci cycem i poradami No i wszechobecny specyficzny humor, który sprawia, że każda ciągnąca się sprawa nie jest nudna. W I częsci mamy 5 spraw (po 4-5h każda, tylko ostatnia dłuższa), w II 4 sprawy i podobnie ost dłuższa do tego dochodzi III część chyba z 5 sprawami, co daje przynajmniej 60-70h świetnej zabawy. Szczerze polecam. Ocena? Wydam już teraz bo wątpię, że 3 część coś zmieni, a ogram ją za jakiś czas dopiero. 9.5/10.

 

ndl

 

Parasite Eve II – Aya Brea wraca, krótkie włosy, silne zgrabne nogi i spluwa w kaburze, a no i pasożyty naokoło. Jak duży skok odwalono w porównaniu do jedynki w gameplayu, z ciekawego action jrpga z craftingiem z lekkim zakrętem w stronę survivalu, gierka poszła w full surwiwal resident evil wannabe (a trójka znowu poleci już w inny gatunek), tak mocno że na początku przez pierwszą godzinkę czułem się nawet podczas gry nieswojo. Zamiast klimatycznego, bożonarodzeniowego Nowego Jorku, tym razem zadupie na pustyni, chociaż miasteczko na pustyni bardzo fajne, gorzej z laboratorium i juch wie co to było, bez pięknych widoczków, niestety gierka pod względem miejscówek szczególnie w drugiej połowie gry trochę leży, za dużo kombinatoryki i prób bycia jak król Residen Evil. Mimo wszystko, zagadki były wyborne, szczególnie te do 100%, opcjonalne, nad którymi się trochę nagłowiłem. Graficznie to majstersztyk i jedna z najlepiej wyglądających gierek obok Dino Crisis 2 i czegoś tam jeszcze . Muzyka dalej daje radę, chociaż już bez Yoko, tak naprawdę nie dziwię się że ludzie mieli ostry meltdown przy dwójce, zeszła z tego klimatycznego kolorytu jedynki, idąc swoją kosmiczną drogą ostro sponiewierając powieść do której zgrabnie nawiązywała przecież jedyneczka stając się trochę generycznym resem z blondi w roli głównej i pasożytami. Potwory takie sobie, jedynka miała ciekawszy bestiariusz, fabularnie to japońskie dziwactwa, bossowie na plus, chociaż ten jeden wielki na balkonie to. Gierka idąc w założenia surwiwali jest stosunkowo krótka, udało mi się wbić true ending (ja pindole ale namieszali z wytycznymi żeby to zrobić) i skończyć w niecałe 6 h, ale widać stosunkowe replayability jak to w resach wannabe i możliwość spidranów, dodatkowo odblokowało się kilka fajnych trybów jak Hunter Mode. Zabrakło również głównego charakterystycznego złego, w jedynce była EVE i aż się prosiło o podobne rozwiązanie z zacieśniającym się stosunkiem między antagonistą i protagiem… niestety tego tutaj brak. Aaaaa Brea w dwójce już nie należy do oddziału policji, została agentką MIST, tajnej organizacji skupiającej się na walce z takimi anomaliami pasożytniczymi. Za grę odpowiadał gość od scenariusza pierwszego resa, czyli Kenichi Iwao, więc pójście w deseń residentów z samego wyjścia już był przesądzony jak widać. Na drugi plan schodzą również w tej części moce Brei, są jakby wrzucone po to żeby nikt nie sapał. Mimo wszystko bawiłem się dobrze, sztos – 7,5/10. PSX

Yakuza Kiwami – Jako, że jedynkę miałem okazję ograć na PS2, kiedy jeszcze mówiono na te gierki “GTA bez samochodów” to postanowiłem że jedną dżakuzi i to właśnie tę pierwszą zrimejkowaną polecę na 100%… i na chuj mi to było, karaoke, madżong, łażenie z Haruką za rączkę przez kilometr żeby wbić jebany dzbanek. Pierwsza część jest bez fajerwerków, Kiwami wrzuca nowe mechaniki, fabularnie to upadek naszego ziomka za którego Kiryu poszedł do paki, braterska walka na końcu jak najbardziej na plus, co ciekawe – na PS2 walka na dachu wieżowca z jednym takim była o wiele trudniejsza, pamiętam że płakałem przy niej za młodu, w Kiwami jest o wiele łatwiej. Wkurzający i latający na około Majima potrafi zapewne zniechęcić ludzi do gierki… ale tak już jest trzeba się z tym pogodzić. Start serii i historii Kiryu oraz Haruki jak najbardziej dla mnie w porządku, w szczególności kiedy spojrzy się w przyszłość i jak to się rozegra. Do platynki trzeba było wyjebać wszystkie rzeczy poboczne, przejść jeszcze raz grę na legend (9 misja ja pierdole) i pokonać najtrudniejszego opcjonalnego bossa Anona oraz ograć wszystkie challenge po pierwszym przejściu, było czasami hardkorowo, ale najgorsze to te jebane madżongi, karaoke z poziomem dla psychopatów i uzbieranie 100 broni, płakałem. Mimo wszystko platka równomiernie wynagrodziła starania i prawie 100h nie poszło na marne. 8/10 PS4

Metroid Fusion – Samus… jaka ty piękna jesteś w tym kombinezonie na GBA SP to nie mam pytań . Ostatnia fabularnie, z nowym pasożytem na pokładzie, brakiem Adama w sieci… i przekozackim feelingiem metroidów 2D, zastanawiam się teraz po co ten Prime 4, kiedy 2D odsłony można klepać na spokoju haha. Muzyka niszczy skalę, akcje pokroju wjazdu do laboratorium i odkryciu prawdy oraz typowy time rush w końcówce to coś wspaniałego, i te sprajty no nie mam pytań jak ta gierka się prezentuje, pokój z chargem to odwiedzałem nie po to aby naładować amunicję i życie, a żeby obejrzeć ten ekranik z różowym napisem, no coś wspaniałego. Jak końcówka w ogóle w tym wypadku serii? Jest rukwa zajebiście, ale ja mam słabość do metroidów 2D po Super ultra Metroidzie na Snesie, łykam to jak poimany. Oczywiście żeby wbić ending z innym zdjęciem Samus, które btw jest gorsze od tego które wbiłem trzeba walnąć spidrana poniżej 2h z 100%. U mnie było to niecałe 6h i 100%, świetnie rozwiązane shinesparki, czasami lekko pogłówkowałem gdzie się tym wbić, mechanika musi być opanowana wybornie i to jest w Metroidach piękne, jeżeli chce się lecieć w 100%, bo fabularnie to niestety nie ogarnie się tych mechanik.. i tyle. Sztos nad Sztosy. 9/10

Nanobreaker – slashery to jeden z najzajebistszych gatunków konsolowych i tyle, a Nanobreaker to co ciekawe slasher bez podziału na standardowe misje i oceny, a z półotwartym światem. Wymagający, w szczególności z nawet sporym marginesem wejścia, ale po 30 – 40 minutach ogarniecie co i jak i odpali się dobroć klasycznych slasherów z generacji 6, bez udziwnień, combosy w postaci chipów, dodatkowa moc power upów i hektolitry krwi oraz rozczłonkowanych stworów, które były kiedyś ludźmi. Jake bowiem wlatuje jako nanomaszynożołnierzagent (btw. Konami i nanotechnologie haha) na wyspę gdzie eksperymenty wymknęły się spod kontroli i musi zrobić mały porządek, chroniąc przy tym jedyną panienkę inżynier magister która wie jak to załagodzić. Wybiłem w pizdu przeciwników, statystyki mówiły coś o 2k ponad, HP-eków jest mało, ale można kapki życia farmić z grindu na falach mobków. Do tego kilka fajnie rozwiązanych sekwencji platformowych, czasówek i zręcznościowych momentów. BTW. Gierka oczywiście mocno przypomina w kilku momentach późniejszą produkcje sponsorowaną przez Konami – MGR. Spodziewałem się solidnego slashera w starym stylu i takiego dostałem, PS: gierka od ekipy IGI, zresztą na silniku Lament of Innocence. Mastering poszedł z dwoma przejściami i odblokowaniem postaci oraz rozimaniem Splattermode, czyli czasówek w stylu arkejd na niszczenie motłochu. PS2 8/10

Live a Live – jeżeli gierki musiały przeżyć kilka generacji dla dobrej narracji, ciekawego świata, intymnych relacji, manifestacji egzystencjalnych problemów i dramaturgii to… ktoś gdzieś się po drodze musiał pogubić, że tak twierdzi. Debiut Takashiego Tokity, tego od Chrono Triggera i np. Parasite Eve jako jego pierwszy ważniejszy projekt nad którym trzymał wodze wyszedł wybornie, ale mało tego, to również pierwsza gra w której swoje łapska wcisnęła Yoko Shimomura, zaraz po dołączeniu do Square i… to co odwaliła z ostkiem do 16 bitowej gierki w swoim debiucie to już jest kosmos, aż zacząłem szukać całego ostka po japońskich amazonach. Potężny majstersztyk dźwiękowy, i te motywy w finałowych walkach, no coś pięknego. A czym jest Live a Live? To 8 różnych chapterów, z różną stylistyką (do każdego z nich zatrudniono w kwestii stylistycznej innego popularnego w tamtych latach mangakę), różnym podejściem do eksploracji, różnymi bohaterami i historią, tak naprawdę jedno je wstępnie łączy – sama walka, która przypomina taktyczne jrpgi, mamy szachownice i jedziemy z tematem, bardzo ważne przy tym jest pozycjonowanie, nie ma czegoś takiego jak mana, a każdy skill jest odblokowywany w większości przez levelowanie automatycznie. Gra do samej końcówki jest dosyć prosta, mamy świetne rozwiązania, różne, świeże w każdym z aktów, raz będą random encountery, raz nie, raz w ogóle nie będziemy nawet poruszać się po lokacjach (akt z gościem co chce być najsilniejszy na świecie np.) a raz będzie troche zwiedzania. Mimo wszystko chaptery są krótkie, ale treściwe i mocne w feeling, po prostu wchłaniałem je jak pojebion, w szczególności rozdział z Sundownem na dzikim zachodzie, gdzie np. musimy obronić miasteczko i porozkładać pułapki/przerażonych mieszkańców aż dzwon uderzy w miasteczku 6 razy, od naszego rozłożenia będzie zależał wynik potyczki, niczym w strategii. Raz będą to typowe jrpgi/taktyki, aby np. w rozdziale fightera, wybierać tylko karty najlepszych zawodników i zaraz wlatywać w walkę z nimi, tam liczy się np. kolejność wybierania przeciwników, bowiem po każdej wygranej uczymy się czegoś nowego, więc źle wybrany przeciwnik na starcie i liżemy glebę. Naprawdę pomysłów tutaj jest ocean, narracja jest dorosła, mocna, wybitnie skonstruowana, łącząca się świetnie w rozdziałach dodatkowych – końcówce. Tutaj to się świetnie wszystko ostatecznie spina. Jedyne jednak do czego można się przyczepić to poziom trudności, i pójście po łebkach w samym rozwoju postaci na rzecz narracji i fabuły, co może też być w sumie dla kogoś plusem. Nie spodziewałem się tak świetnej gry, żałuję że nie dostała jeszcze oficjalnego tłumaczenia i mam nadzieję że to się zmieni (no witam panie Switch). Moje ulubione rozdziały: western i historia Sundowna, Ninja i typowa stealth kampania, zapaśnika który chciał zostać najlepszy na świecie, Akiry z mecha robotem i religijną sektą oraz chińskiego mistrza sztuk walki, który trenuje i wybiera swojego następcę, jak sami widzicie, to co Tokita robi z Live a Live to zabawa mechanikami, stylistyką , formą, która świetnie narzuca tempo narracji, fabularnie dodając kolorytu, no jestem po prostu w szoku jak ciekawy to był szpil, chociaż z mechaniką nie powinno się aż tak kombinować, gracz lubi jednak kiedy czuje się po kilku godzinach swojo w danym uniwersum gierek, a czasami ma się wrażenie jakby była jako dodatek, bo jakoś trzeba było to rozwiązać. Wbite wszystkie endingi, do true endingu trochę trzeba było pokombinować, zebrać najlepsze części jednej zbroi i przyfarmić, mimo wszystko było warto, bo napisy końcowe mnie zgniotły. Ode mnie mocarne 9/10. MINI SNES

 

Może Cię również zainteresować: