Fist of the North Star: Ken’s Rage 2

Share

Jak wspominałem w recenzji pierwszej części Ken’s Rage, jestem fanem uniwersum, w którym rozgrywa się ten tytuł. Lubię postacie, lubię poszczególne style walki i lubię ciosy specjalne. Nie zmienia to jednak faktu, że w przypadku drugiej części mam dość mieszane uczucia. Dlaczego? Zapraszam do przeczytania mojej recenzji, to wszystkiego się dowiecie.


Przybyłem z północy, by przynieść wam wszystkim śmierć

Nie będę się rozpisywał mocniej na temat fabuły, bo wszystko co musicie wiedzieć znajduje się w recenzji pierwszej części. Powtarzanie tego samego nie ma sensu, a korzystając z dobrodziejstw internetu możecie to szybko sprawdzić. Co warto napisać we wstępie to fakt, że byłem na ten tytuł napalony niczym gimnazjalistka na koncert Biebera. Pierwsza część dała mi nadzieję na to, że deweloperzy wiedzą co robić. W końcu co w tym trudnego? Dać więcej postaci, poprawić grafikę, zamieścić całą fabułę znaną ze stron mangi i nieco przyśpieszyć rozgrywkę. Dla Omega Force, to nie powinno być trudne i nie było, dlatego też to zrobili.

Od pierwszych informacji się zapowiadało na to, że ta część będzie zawierała wszystko czego mógłby zażyczyć sobie w tej kwestii fan serii. Pełna fabuła – jest. Znacznie więcej postaci, 21 w podstawce plus dodatkowe trzy w DLC, czyli ponad dwa razy więcej niż w jedynce, więc super. Grafika znacznie poprawiona, a rozgrywka przyśpieszona. Jedyne czego mi brakowało w tym momencie do dostania palpitacji serca i niepohamowanego ślinotoku z ekscytacji, to odwzorowanie na tym silniku gry openingu do anime, jak to niegdyś zrobił Fist of the North Star na PSX-a. Niestety aż tak pięknie nie było. Grunt, że w moje łapy zmierzało coś, co było niemalże idealne, prawdziwy mokry sen każdego fana przygód Kenshiro. Ubolewam nad faktem jak bardzo się myliłem.

Spokojne wody przezwyciężą rozszalały strumień

Jako, że jest to sequel nie ma sensu od nowa wszystkiego dokładnie tłumaczyć, więc skupię się przede wszystkim na zmianach. Ken’s Rage 2 poprawiło trochę grafikę. Nie w jakiś znaczący sposób, ale wystarczający aby postacie mogły swoim wyglądem prezentować coś więcej niż kamienne twarze bez uczuć. Stonowano kolory, dzięki czemu klimat post apokalipsy był znacznie bardziej odczuwalny, jednak wiązało się z tym kilka bolączek, które głównie były związane z przerywnikami. Tych były trzy rodzaje. Pierwszy rodzaj i najczęściej spotykany był przedstawiony w formie nieruchomych postaci poukładanych niczym na kadrach mangi. Jest to rozwiązanie ciekawe, ale nieraz miałem wrażenie jakbym oglądał jakiś specjalny odcinek Robot Chicken. Postacie gdy się nie ruszają wyglądają niemalże jak lalki z tego serialu, więc efekt trochę jakby umykał. Drugim rodzajem były już w pełni animowane przerywniki na silniku gry. Wypadały one nieźle, ale często można było dostrzec ograniczenia silnika. Ostatnim były prerenderowane filmiki, ale tych było bardzo mało, a szkoda, bo zdecydowanie najlepiej wypadały. Ogólnie lepiej to wypadało od “gadających głów”, które można było widzieć w pierwszej części, więc fajnie. Co warto wspomnieć to, że wszystkie scenki posiadały pełen dubbing. W każdym razie krok w dobrym kierunku.

System walki również wypada lepiej. Jest przede wszystkim szybszy, została dodana opcja uników i zrezygnowano ze zwolnień. Poza tym to w sumie ten sam system znany z pierwszej części i nie jest to złe, ale znalazło się kilka mankamentów. Przede wszystkim zrezygnowano z tego, żeby bohater wymawiał nazwy swoich technik specjalnych. Rozumiem, że coś za coś, brak zwolnień za brak krzyczących wojowników, ale co by nie mówić, to dużo klimatu serii przez to umyka. Kolejnym mankamentem są tzw. Finishery. Po skończonej walce z bossem należy mu zaaplikować jeszcze taki ostateczny cios, który wszystko kończy i podczas, gdy w pierwszej części było to zrealizowane za pomocą prostej kombinacji, tak teraz wystarczy wcisnąć jeden przycisk jak tylko pojawi się na ekranie. To był wyjątkowo głupi pomysł, bo lubię mieć poczucie, że jednak mam jakiś wpływ na ostateczne rozwiązanie walki. Zamiast tego wciskam jeden przycisk, zawsze ten sam i walka się kończy, co prawda po efektownej animacji, ale mimo wszystko wypada to po prostu słabo i sprawia, że walka z prawie każdym bossem jest na jedno kopyto.

Mimo tego, że twoje pięści kruszą ziemię, nie są one w stanie skruszyć mego serca

Kolejną sprawą jest rozwój postaci. W poprzedniej części był to system dość przystępny i umożliwiający w prosty sposób na wymaksowanie postaci, a także na kilka smaczków jak zmiana stylu. Teraz wszystko musiało zostać zmienione i niestety na gorsze. Podczas gry zdobywa się specjalne zwoje, które mają do siebie przypisane poszczególne statystyki. Im większy poziom zwoju tym bardziej zwiększało to daną statystykę. Poza tym łącząc ze sobą poszczególne statystyki ze zwojów dodatkowo zwiększało się całościowe dopakowanie bohatera. Część z tych zwojów miało przypisywane dodatkowe specjalne umiejętności.

Nietrudno zgadnąć, że ciężko było się w tym wszystkim połapać. Tym bardziej, że zwoje dostawało się losowo, było ich od pyty i ciutciut, a gracz ma ograniczoną przestrzeń na ich przechowywanie. Jedyne co było dobrego w tych zwojach, to że pozwalały one niejako na szybszy rozwój postaci, z których akurat nie korzystaliśmy, ale był haczyk. Transfer zwojów pomiędzy postaciami można było wykonać tylko raz na zwój. Innymi słowy raz przeniesione zwoje nie mogły być przekazane innym postaciom. Oczywiście i tak tych zwojów było więcej niż nam było faktycznie potrzeba, ale i tak wypadało to ogólnie słabo. Oczywiście postaci rozwijały swoje statystyki również niezależnie od używanych zwojów, ale niestety było to znacznie bardziej czasochłonne i na dłuższą metę mijało się z celem.

Smuci również fakt, że muzyka to w zasadzie zremixowane utwory z pierwszej części. Szkoda to wielka, tym bardziej, że zrezygnowano z Ai wo Torimodose, które to było pierwszym openingiem do anime. Takie smaczki sprawiają, że fani mają do czego szczerzyć japę, a w takich grach jak ta właśnie o to chodzi, by fanów zadowalać. Fanserwis to bardzo ważny aspekt, który niestety został trochę zaniedbany w tej części.

Nie żałuję niczego w życiu, które przeżyłem

Tak jak w poprzedniej części mamy dwa główne tryby gry, czyli Legend Mode i Dream Mode. W tej części dodano jeszcze tryby kooperacji offline i online, ale w sumie niczym się one nie różnią od Dream Mode. Po prostu jest więcej postaci na mapie. Legend Mode to typowe story i tutaj trzeba przyznać, że twórcy odwalili kawał niezłej roboty. Tym razem nie wybiera się postaci, którą się chce je przejść, tylko gra tymi, które w oryginalnej historii te momenty odgrywały. Oczywiście sprowadza się to do tego, że przez większą część Legend Mode używa się postaci Kenshiro, ale w ogólnym rozrachunku wygląda to lepiej, niż ciągłe powtarzanie tych samych plansz. Warto też zaznaczyć, że dostajemy niemalże kompletną fabułę znaną z mangi. Walczymy ze wszystkimi najważniejszymi, a także tymi mniej ważnymi zakapiorami. Na sam Legend Mode należy przeznaczyć około 30-35 godzin, a są przecież jeszcze inne tryby.

Gorzej przedstawia się natomiast sprawa z Dream Mode. Bardzo ten tryb chwaliłem w poprzedniej części, bo dostarczał mi wielu ciekawostek na temat uniwersum, poza tym stawiał przed graczem jakieś wyzwanie. Niestety w obu tych kwestiach po prostu druga część wypada słabo. Dream Mode w tej części głównie się skupia na wydarzeniach pobocznych do wydarzeń znanych z serii. Nie jest to samo w sobie złe, ale wolałem raczej opcję z “Co by było gdyby…” znaną z poprzedniej części. Poza tym zmieniły się także misje. Teoretycznie wygląda to tak samo jak w przypadku Dream Mode z pierwszej części, ale jak to mówią, diabeł tkwi w szczegółach.

W pierwszej części należało zdobywać terytorium poprzez pokonywanie określonej liczby przeciwników w danych punktach i tak samo jest w drugiej części, ale na tym podobieństwa się kończą. W poprzedniczce przeciwnicy mogli zająć terytorium, które pozostawiłeś bez opieki, a teraz sami do Ciebie lgną dając Ci wolną rękę do zajmowania kolejnych punktów. Zdobycie danego terytorium z najwyższym wynikiem punktowym wymaga od gracza pokonania danej ilości przeciwników w określony sposób i nie byłoby to złe, gdyby nie fakt, że sposobów jest dosłownie kilka (np. pokonanie przeciwników w określonym czasie, albo przy użyciu stalowego pręta). Jakby było tego więcej to by było fajnym urozmaiceniem, a tak mamy do czynienia tylko z frustrującą przeszkadzajką. Poza tym nie trzeba, a w zasadzie nie można już zdobywać wszystkich punktów. Po zdobyciu piątego wszystkie punkty dostępne na mapie są już oficjalnie twoje, otwierają się wszystkie przejścia i czeka na Ciebie boss.

Wszystkich takich misji są dziesiątki i każda jedna przedstawia się dokładnie tak samo. Jedyna różnica polega na tym, że aby zwiększyć poziom trudności dodaje się na mapie większą ilość sub-bossów, którzy gdy atakują kupą, to stają się całkiem realnym zagrożeniem, ale i tak jest to słabe zagranie. Ogólnie tak jak Dream Mode w pierwszej części przechodziłem z wypiekami na twarzy, tak po skończeniu go jedną grupą postaci mój entuzjazm całkowicie opadł pod względem tego trybu. Po prostu jest on słaby i jedynym powodem do jego skończenia jest nabicie trofików do platyny i nic więcej. Niestety, aby zmęczyć ten tryb trzeba na niego poświęcić co najmniej drugie tyle co na Legend Mode. Do dzisiaj zadaję sobie pytanie jak można było to aż tak spieprzyć…

Jeśli pisane jest mi umrzeć, będzie to w walce

Zawiodłem się. Teoretycznie dostałem to czego chciałem, ale z drugiej strony musiałem przypłacić to ceną tego, że odebrano mi to co faktycznie sprawiało mi frajdę z grania w tę produkcję. Smutne jest to tym bardziej, że prawdopodobnie nie doczekam się kolejnej części, która mogłaby naprawdę dać mi to czego chcę. Ken’s Rage 2 sprzedał się trzykrotnie gorzej od swojego poprzednika. Na nową część zaś w tym uniwersum trzeba było czekać do 2018 roku, kiedy to wypuszczono Lost Paradise, ale tutaj już do gry wleciała Sega i studio odpowiedzialne za Yakuzy.

P.S.

Do oddzielenia od siebie poszczególnych części tekstu posłużyłem się cytatami znanymi z serii.

Może Cię również zainteresować: