Home WOLNA REDAKTORKA Evergreen: 15 lat Xboxa 360

Evergreen: 15 lat Xboxa 360

by Duki

2 grudnia mija półtorej dekady od debiutu drugiej konsoli Microsoftu w Europie, która oficjalnie rozpoczęła siódmą generację. Kiedy o tym myślę, na usta ciśnie mi się podstawowe pytanie – czy Xbox 360 to już „retro”?


Wbrew pozorom odpowiedź nie jest wcale prosta, wszak to ostatni duży sprzęt pamiętający slot na kartę pamięci, czy kontrolery z pełnym okablowaniem. Z drugiej zaś strony cała infrastruktura sieciowa wciąż działa, a aktywni gracze do dziś mogą pobierać darmowe gry w ramach Games With Gold – nie ma więc ustalonych konkretnych ram czasowych wskazujących, w którym dokładnie momencie hardware zaczyna być klasyfikowany jako retro. Produkcję zakończono 20 kwietnia 2016 roku z wynikiem 84 milionów sprzedanych egzemplarzy – co prawda nie zapewniło to firmie miejsca na najwyższym podium, aczkolwiek Microsoft nigdy nie był tak blisko swojego największego rywala, czyli PlayStation. Historia tej konsoli to z resztą długa sinusoida wzlotów i upadków – lwia część społeczności kojarzy ją zapewne z aferą wokół Red Ring of Death, napędem rysującym dyski, czy ogólnie kilkoma innymi awariami. Zaoferowała innowacje rozwijane obecnie przez wszystkich (system Osiągnięć), przegrała walkę z Blu-Ray (HD-DVD), czy miała przedłużony cykl życia dzięki Kinectowi – było tego naprawdę sporo. Jednak traktuję ten wpis bardziej personalnie, więc zamiast rozwodzić się nieustannie nad faktami, opiszę własne doświadczenia.

Sercem od zawsze byłem za PS2, lecz w ostatecznym rozrachunku to właśnie Xbox 360 był konsolą, która miała największy wpływ na kształtowanie mojego gustu. Przemawia za tym fakt, że w okresie posiadania tego sprzętu stawałem się graczem świadomym, krystalizowało się moje zamiłowanie do konkretnych gatunków. Start siódmej generacji to w domu rodzinnym czasy bez regularnego dostępu do Internetu – jedyną opcją było przeciąganie kabla sieciowego przez całe mieszkanie od komputera stacjonarnego do gniazdka telefonicznego i krótkie (bo drogie) sesje na zamulonych stronach z klockami Lego. Z czasem zacząłem wyszukiwać informacji o zbliżających się next-genach, jednak głównym źródłem pozyskiwania wiedzy okazywały się naturalnie periodyki związane z elektroniczną rozrywką – PSX Extreme i nieodżałowany Neo-Plus. Mając niespełna 10 lat zajmowało mnie głównie oglądanie screenów i analiza różnych solucji do gier, ale relacje z targów E3 zamieszczone w lipcowych numerach z 2004 roku szybko sprawiły, że zacząłem interesować się kolejnymi tekstami, a wszystko za sprawą pierwszych doniesień o następcy Xboxa. Do teraz widzę przed oczami obrazy z groteskowymi prototypami „trzystasześćdziesiątki” i podświadomie nakręcałem się na świeży sprzęt, będąc wtedy posiadaczem poczciwej PS2. W tym momencie zaznaczę, iż z perspektywy czasu Microsoft wykonał bardzo dobry ruch, startując rok wcześniej od Sony i Nintendo – pozwoliło to nie tylko sprzedawać przez okrągłe 12 miesięcy jedynego next-gena i zbudować ogromne zainteresowanie, ale też wyprzedzić rywali w wielu dziedzinach, przedstawiając rozwiązania, które potem były powielane przez resztę. Kiedy w 2005 roku, tuż po imprezie w Los Angeles karty wyłożono na stół, nowy Xbox stał się obiektem moich westchnień. Nigdy nie zapomnę, jak pewnego weekendu, będąc wraz z kolegami i rodzicami na pikniku nad jeziorem, blask płomieni oświetlał nam czasopisma, a my z wielkim zaangażowaniem czytaliśmy o systemie zdobywania osiągnięć, innowacjach związanych z Xbox Live, czy oglądaliśmy screeny z The Elder Scrolls: Oblivion. To takie typowe, że dzieciak rozmarzył się o nowej konsoli, aczkolwiek w tamtym czasie mogłem faktycznie jedynie sobie wyobrażać, że jestem w jej posiadaniu, bo finanse swoją drogą, ale w domu panowała żelazna zasada – mogę mieć tylko i wyłącznie jeden sprzęt do grania.

Jeśli więc chodzi o moją osobę, launch X360 to rzecz jasna styczniowy numer PSX Extreme i obszerna recenzja, której autora już niestety nie pamiętam. W pamięci mam z kolei wiele szczegółów z tamtego tekstu, ponieważ dokładnie wtedy również i ja wszedłem na rynek prasy za sprawą swoich zeszytów, ochrzczonych jako „Notatniki Gracza” – bazgrałem recenzje, wklejałem wycinki z gazet i między innymi sam pisałem o nowym Xboxie, nie widząc go nawet na oczy. Łapy na hardwarze miałem zaś okazję położyć już w kwietniu 2006 roku, kiedy mój przyjaciel dostał własny egzemplarz z niemieckiej dystrybucji. Była to wersja Core System okrojona nie tylko z dysku twardego – pady ograniczone zostały przewodami, a tacka na nośniki nie odznaczała się chromowanymi elementami. Premierowe modele w ogóle borykały się z ograniczeniami, ponieważ nie posiadały jeszcze portu HDMI, zaś łączność WiFi zapewniał jedynie dokupowany osobno moduł. Sam design wystarczył z kolei żeby wywrzeć ogromne wrażenie – jasny kolor i bryła będąca na „wdechu” to moim skromnym zdaniem wciąż najładniejszy Xbox, a kontroler z asymetrycznym położeniem analogów świetne leżał w dłoniach. Pierwsze tytuły, w jakie przyszło mi zagrać, to produkcje ogrywane ówcześnie na PS2, czyli Need for Speed: Most Wanted oraz Burnout: Revenge. W tamtym okresie bardzo lubiłem gatunek pozycji wyścigowych i szczególnie port NFS’a względem wersji na „Czarnulę” prezentował się znakomicie – nigdy nie zapomnę słów jednego z recenzentów Neo-Plus, który pisał, że „X360 to konsola, która wreszcie udźwignęła Most Wanted”. Kilka miesięcy później mój sąsiad wraz z bratem także otrzymali sprzęt, jednak w wersji Premium, bogatszej o 20GB pamięci, headset, czy bezprzewodowe kontrolery. Do premierowej partii dorzucano też pilot multimedialny, którego w zestawie u kolegów już nie zastano, ale wciąż nie posiadali portu HDMI – te zaczęto implementować dopiero od sierpnia 2007. Dużej różnicy nikomu to nie robiło, bo i tak graliśmy jeszcze na kineskopowych odbiornikach. Pomimo lichej jakości obrazu bez HD Ready, dziewiczy kontakt z Dead Rising zapamiętam do końca życia – nigdy wcześniej nie widziałem tylu jednostek na ekranie, a swoboda w poruszaniu się po centrum handlowym i eliminowanie zombie kasą fiskalną to istny majstersztyk. Nakręcony byłem, co nie miara, lecz na swoją konsolę czekałem aż do lutego 2008 roku.

W międzyczasie poznałem kolejne przełomowe produkcje, takie jak Gears of War – gra stała się nową wizytówką Xboxa i wprowadziła rozwiązania z jakimi nie miałem dotychczas do czynienia. Zdecydowanie znajdowałem się poza jej docelową kategorią wiekową, lecz rozcinanie Szarańczy Lancerem stało się uzależniające, podobnie jak rozparcelowywanie oponentów na kawałki pozostałymi spluwami wzbogaconymi o mechanikę perfekcyjnego przeładowania. Mrok, brutalność i sprane kolory nadały Gearsom ciężki klimat, który pokochałem od pierwszego wejrzenia i skończyłem je niezliczoną ilość razy, znając przebieg każdego rozdziału na pamięć. W tamtym czasie Microsoft wzbogacił się o line-up złożony z samych hitów i nawet jeśli część z tych gier stanowiły pozycje multi-platformowe, to w ogólnym rozrachunku to nie PS3, a Xbox 360 posiadał w mojej opinii najciekawszą bibliotekę tytułów. W 2007 roku generalnie wystąpił zalew kultowych produkcji na wszystkie platformy i ogrywanie kolejnych gier u znajomych sprawiało wrażenie niedosytu, bo upragnione posiadanie „trzystasześdziesiątki” u siebie w domu stanowiło priorytet spędzający mi sen z powiek. Po ciężkim rozstaniu z PS2 posiadałem jeszcze przez kilka miesięcy handhelda od Sony, którego też w końcu się pozbyłem. Zebrane fundusze pozwoliły przymierzać się do zakupu, aczkolwiek docelowa wersja Premium znajdywała się delikatnie poza zasięgiem. Odbyłem pertraktację z rodzicami, kiedy to w kojarzonym chyba przez wszystkich sklepie Ultima trafiłem na ofertę wymarzonego modelu w pakiecie z Perfect Dark Zero za dokładnie 1049 zł – brakowało mi kilku stów i szybko przekonałem dorosłych, że kupowanie zestawu Arcade i tak się nie opłaci ze względu na brak jeszcze droższego dysku. Nie ma już odwrotu – po kilku dniach przyjechał kurier, a ja znalazłem się w zupełnie odmiennym ekosystemie.

Nabyty przeze mnie egzemplarz posiadał oznaczenie Falcon, co jest dość istotne w całej opowieści, a do czego wrócę za chwilę. W każdym razie poznawanie IP Microsoftu stało się moim chlebem powszednim i był to bardzo ekstremalny czas jeśli chodzi o gry. Minęły niecałe dwa miesiące, a na rynku ukazała się kolejna odsłona Grand Theft Auto, przez którą załatwiłem sobie szlaban na granie za zbyt dużą częstotliwość sesji. Historię Niko Bellica uważam za opus magnum Rockstar, tuż obok Vice City – po przerysowanym San Andreas (w zasadzie to każda część odlatywała za wysoko), zaimponowała mi dramaturgia opowieści o imigrancie ze Wschodniej Europy. Tytuł mimo ograniczeń względem poprzedniczki zaoferował jednak zupełnie unikalne doświadczenie w eksploracji autentycznie żyjącego miasta, a całości dopełniał nowy silnik i fizyka, dzięki którym główny bohater lecący przykładowo przez przednią szybę pojazdu sprawiał wrażenie niczym wystrzelonego z procy. Z resztą legendarnymi pozycjami z tamtego okresu mógłbym się zachłysnąć – kolejnym kamieniem milowym okazał się Bioshock, wprowadzający sposób opowiadania historii w światach elektronicznej rozrywki na wyższy level. Miał unikalny design i niezapomniane otwarcie w postaci katastrofy lotniczej, po której nastąpił dziewiczy kontakt z podwodnym miastem Rapture. Narracja przez środowisko nadawała otoczeniu autentyczności i z dziką przyjemnością szukało się notatek oraz audiologów, natomiast spotkanie z Big Daddym… kto grał, ten wie. Takich niezapomnianych pozycji można wyliczać godzinami, dodatkowo  zabawę urozmaicał cały aspekt sieciowy. Boom na odblokowywanie osiągnięć przerósł chyba nawet oczekiwania Microsoftu, który stale rozwijał cały system. W dużych pozycjach gracz mógł zdobyć do tysiąca punktów (z czasem przełamano tą barierę), z kolei małe rzeczy z segmentu Arcade dało się „wycalakować” zdobywając 200GS. Rynek Marketplace przyczynił się w głównej mierze do rozwoju współczesnej infrastruktury sieciowej i modeli dystrybucji jakie znamy obecnie. Sam miałem okazję wypróbować tytuły pokroju: Braid, Hexic HD, bądź bardzo oryginalne Limbo – zabawne, jak mocno te gry wpłynęły nieświadomie na rozwój całego środowiska indie. Ściganie się ze znajomymi w rankingach trwało w najlepsze, a w PSX Extreme poświęcono temu osobną rubrykę, gdzie debiutowali najlepsi gracze w Polsce. Na podium bardzo długo znajdował się niejaki Arizona – nie jestem w stanie przypomnieć sobie dokładnie jego nazwy użytkownika, gdyż zawierała kładki oraz większe, powtarzające się litery, lecz był to chyba pierwszy osobnik przekraczający w kraju nad Wisłą próg magicznych stu tysięcy punktów GS. Dla porównania ja miałem wtedy jakieś piętnaście tysięcy, ale pielęgnowałem swój profil i starałem się, by wyglądał profesjonalnie – dlatego miałem ustawiony status „Underground” świadczący o moim bezprecedensowym podejściu i rozgrywaniu długich sesji przy konsoli.

Nie tylko niezapomniane tytuły definiowały wtedy Xboxa 360, ponieważ marka stała u progu dużych zmian, wynikających m. in. z postępu technologicznego w dziedzinie wyświetlanego obrazu. Standardem stawały się płaskie telewizory, zastępujące kineskopy i gdy ujrzałem Project Gotham Racing 4 na 27” Samsungu HD Ready u sąsiadów, zwyczajnie się zakochałem. Niestety i tym razem przyszło mi na odbiornik LCD trochę poczekać – zdecydowałem się więc pójść na pewne kompromisy i po żmudnym przeczesywaniu for internetowych wpadłem na pomysł aby wykorzystać swój 17” monitor z komunijnego komputera. Był nim LG Flatron F700B, model znany dzisiaj ze środowiska memów typu „jak grałeś w Icy Tower na takim monitorze, to miałeś dobre dzieciństwo”. Aby podłączyć konsolę do tak nietypowego urządzenia, musiałem zaopatrzyć się w kabel VGA. Niestety o ile w przypadku każdego standardowego monitora na tym by się zakończyło, tak ten model okazał się wyjątkowo archaiczną konstrukcją i potrzebowałem dodatkowej złączki, ponieważ urządzenie nie posiadało żadnego gniazda – przewód odpowiedzialny za obraz był wbudowany niczym ten zasilający. Na szczęście udało się przejściówkę dorwać i koniec końców rozdzielczość monitora 1280×1040 pikseli oraz niezła ostrość obrazu pozwoliły uzyskać mi zdecydowanie lepszą jakość aniżeli na starych CRT. Ekran był w zasadzie prawie kwadratowy, więc zdarzało się, że obraz wyświetlany z adekwatnym formatem stawał się zbyt rozciągnięty albo ucięty, co zwyczajnie zawężało widoczność. Pomysł mógł wydawać się absurdalny, ale koniec końców rozdzielczość monitora 1280×1040 pikseli i niezła ostrość obrazu pozwoliły uzyskać mi zdecydowanie lepszą jakość aniżeli na starych CRT. Ekran był w zasadzie prawie kwadratowy, więc zdarzało się, że obraz wyświetlany z nieadekwatnym formatem stawał się zbyt rozciągnięty albo ucięty, co zwyczajnie zawężało widoczność. Totalnie hardkorowy performance nie odstraszył mnie jednak, by zaliczyć na Flatronie masę kozackich produkcji pokroju: Army of Two, Devil May Cry 4, RaceDriver: GRID, lub Call of Duty 4: Modern Warfare. No i fundamentalny plus całej sytuacji – Xboxa w końcu mogłem trzymać u siebie w pokoju, a nie w salonie, gdzie często przegrywałem potyczkę o telewizor.

Niestety Xbox 360 posiadał też swoją mroczną stronę w postaci licznych błędów technicznych z jakimi borykał się na przestrzeni kilku lat. Słynne przeróbki na YT i memy nie wzięły się znikąd – według danych statystycznych napływających od takich sprzedawców, jak Gamestop, EB Games, czy Best Buy usterki posiadało nawet 33% egzemplarzy, ogólnie zaś mówi się nawet o 50%. Skala problemu rozrosła się na tyle, że w samej Wielkiej Brytanii serwisy naprawcze zaprzestały przyjmowania wadliwych jednostek, gdyż nie posiadały odpowiednich sił przerobowych, aby się z tym uporać – dziennie klienci potrafili przysyłać do 2500 zepsutych konsol. Chodziło w głównej mierze o błąd systemu, sygnowany wyświetlaniem się czerwonych diod na froncie hardware’u, a ich poszczególna ilość przypisana była konkretnej usterce. Pojedynczy LED oznaczał nieprawidłowe funkcjonowanie któregoś z komponentów i wyświetlał nam odpowiedni, dwucyfrowy kod erroru. Dwie lampki to z kolei wadliwe chłodzenie, kiedy temperatura odbiegała od normy, a wiatraki wyły wniebogłosy. Niesławny „Czerwony Pierścień Śmierci” to już zdecydowanie poważniejsze kłopoty dla sprzętu i niestety z takim defektem spotkała się olbrzymia część graczy. Jedynym wyjściem okazywało się wysłanie Xboxa do serwisu, ponieważ przyczyn takiego stanu rzeczy może być wiele, lecz głównie zapracowały na to kiepskiej jakości bezołowiowe luty. Na wskutek wysokiej temperatury podzespoły takie, jak GPU czy CPU odrywały się od płyty głównej – rozszerzalność cieplna powodowała, że spoiwo łączące wszystkie elementy elektroniczne stawało się kruche i podatne na pęknięcia. Konsole dosłownie się sypały, z czasem zaś w USA został złożony pozew przeciwko Microsoftowi, a na jaw zaczęły wypływać niewygodne fakty – chęć zaoszczędzenia pieniędzy na stosowanych materiałach, bądź kiepskie wyniki przy testach podczas produkcji, których przeprowadzono za mało. Gigant z Redmond dwoił się i troił, by zapobiec nieszczęsnej pladze, lecz początkowo na próżno, bowiem modele z lat 2005-2008 o oznaczeniach Xenon, Zephyr, Falcon i Opus często zawodziły. Wiąże się z tym nawet ciekawa anegdota opowiedziana po latach dla serwisu Windows Central przez wiceprezesa działu interaktywnej rozrywki w Microsofcie, Petera Moore, który wspomina trudną rozmowę z ówczesnym CEO firmy, Stevem Ballmerem. Po wyliczeniu kosztów wyszło, że koncern musi wpompować w reklamacje aż 1,15 miliarda dolarów z czego około 240 milionów należało się kurierom przewożącym wadliwe systemy. Gdyby Ballmer natychmiastowo nie przyklepał decyzji o zwrotach i naprawie każdej konsoli, marka Xbox mogłaby dzisiaj nie istnieć.

Napisałem o tym wszystkim dlatego, że mnie oczywiście też spotkała taka nieprzyjemność. Pamiętny sylwester 2008 roku – tak, grałem w grę zanim to było modne, ale nie w Tomb Raider, a Fable II, które mnie zwyczajnie oczarowało opowieścią o narcystycznym bohaterze i możliwością podążania ścieżką dobra, lub zła. Znacie może te memy z uszkodzonym pudełkiem karty graficznej Nvidii i pokrzywionym obrazem z Wiedźmina 3? To dokładnie tak wyglądał mój wyświetlacz na kilka sekund przed Red Ring of Death – w pierwszej chwili zdezorientowany podjąłem instynktownie próbę resetu X360 żeby potem przekonać się, że i mnie dopadło wielkie nieszczęście. I początkowo bałem się wysyłać sprzęt na gwarancję – przypominam, iż wszystko działo się dwanaście lat temu, do Internetu dostęp miałem od roku, a pieczołowite monitorowanie paczek nie należało do standardów. Konsolę wysłałem zupełnie gołą, zdejmując nawet przedni panel w obawie o jego utratę. Pewnego dnia śledząc status przesyłki zamarłem widząc powiadomienie o zwrocie paczki do nadawcy – gorączkowo zadzwoniłem na infolinię i obsługa klienta szybko mnie uspokoiła, tłumacząc, że wszystko przebiega pomyślnie, ponieważ Xbox został odrestaurowany i wraca z serwisu do firmy przewozowej, czyli tytułowego nadawcy. Cały zabieg trwał łącznie dwa tygodnie, a „trzystasześćdziesiątka” wróciła w pełni sprawna i to nawet z nowym panelem. Podejście do klienta i usługi Microsoft miał na najwyższym poziomie już ponad dekadę wcześniej, rozumiem więc na co poszły te miliony zielonych.

Od tamtej pory nie miałem już jakichkolwiek problemów i zagrywałem się w kolejne hity. Dziesiątki godzin żywota skradło mi wtedy Halo 3, a wszystko to w czasach, kiedy na serwerach gry siedziało więcej graczy niż w przypadku Call of Duty, co dzisiaj jest nie do pomyślenia. W pełni skosztowałem esencji rozgrywki multiplayerowej, poznałem graczy, prowadząc długie, luźne rozmowy na czatach. Skory do działania stworzyłem wraz ze wspomnianym kilka akapitów wyżej sąsiadem stronę internetową xbox-zone.pl, gdzie przez prawie dwa lata codziennie wrzucałem newsy, a czasem i recenzje. Nie mam pojęcia, czy ktoś w ogóle pamięta jeszcze o tym portalu, lecz kojarzę ruch na jakimś minimalnym poziomie. Zaczęliśmy zastanawiać się nawet nad stworzeniem wojewódzkiego rankingu Xbox Live, który uwzględniałby wyniki graczy z najwyższym wynikiem punktów GS w danym regionie. Pamiętam też, że bardzo chcieliśmy, aby strona wyglądała niczym pierwsze menu X360, to z kolorowymi, interaktywnymi zakładkami – doprawdy ciekawe czasy. W maju 2009 roku rozstałem się z konsolą z bliżej nieokreślonych przyczyn i tutaj przytoczę pewną zabawną anegdotę – pochodzę z dosyć małego miasteczka i nowym właścicielem okazał się znajomy z widzenia, taki, z którym jest się „na cześć”. Lekceważąc totalnie higienę konserwacji wszelkich danych, podjechałem do kupca z całym zestawem i oddałem mu wszystko, tak jak wcześniej stało pod moim TV. Chłopak stał się pełnoprawnym użytkownikiem Xboxa oraz całego profilu, przywłaszczając sobie także mój oryginalny GamerTag. Co więcej, nie zmienił nawet maila i wszystkie informacje o potencjalnych zmianach na profilu, włącznie z potwierdzeniami dokonywanych cyfrowo zakupów trafiały prosto na moją skrzynkę. Zaglądałem na nią rzadko, to też zorientowałem się po dłuższym czasie, jednak pewnego razu mieliśmy z kolegą ubaw po pachy, kiedy zalogowawszy się na to konto, zmieniliśmy mu status z opisem na Xbox Live, podszywając się pod hakerów i zostawiając w ramach niespodzianki wymowne „We Are Anonymous”. To był dokładnie ten gorący okres, kiedy wszyscy huczeli o ACTA, w tym o licznych atakach na serwery wielkich korporacji. Wystraszony i zdezorientowany dodawał wpisy na FB i szukał pomocy, jak się lepiej zabezpieczyć. Z czasem wszystko mu wyjaśniłem, pomijając naturalnie kwestię naszych nietuzinkowych zdolności okiełznywania Sieci – musiałem to zrobić, ponieważ zdarzyło się kilka razy, że na forach ktoś się do mnie odzywał, szukając tak naprawdę niewłaściwej osoby – bo koniec końców, swojej ksywy nie porzuciłem nigdy. Konsoli z kolei w tym długim okresie nie miałem żadnej – panujący we mnie wewnętrzny konflikt sprawił, że chciałem odciąć się od świata elektronicznej rozrywki. Za pieniądze ze sprzedaży kupiłem jakiś tani telefon i ciuchy ,przechodząc równocześnie w stan pewnej hibernacji – w taki sposób przespałem pół następnej generacji, włącznie z drugim etapem życia siódmej generacji wynikającym z ogona jaki dorobiono konsoli za pośrednictwem Kinecta (Sony miało PS Move) – no bo przecież każdy chciał powtórzyć sukces Nintendo Wii.

Podświadomie wiedziałem jednak, że nie jest to hobby, z którego wyrosnę niczym ze spodni – w 2015 roku nabyłem Xboxa One wraz z kolekcją Halo oraz nowym Wolfem i zacząłem przygodę na nowo. Od tamtego okresu mija ponad pięć lat, a w momencie publikacji tego tekstu będziemy dwa tygodnie po premierze next-genów. Mam zamiar nabyć Series X, a potem PlayStation 5 i cieszyć się wirtualnymi światami, jak nigdy dotąd. I jeszcze jedno – nie odpowiedziałem też na pytanie z samego wstępu, a mianowicie, czy X360 to już „retro”. Cóż, odpowiedź wcale nie stała się łatwiejsza, aczkolwiek uważam, że nawet teraz warto posiadać ten hardware, ponieważ ukazało się na niego masę świetnych pozycji, które dalej nie są dostępne we wstecznej kompatybilności i można się nimi rozkoszować tylko w jednym miejscu. Tym bardziej jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, jak tanio można dorwać używany egzemplarz oraz gry, które zapewne prędzej czy później zyskają na wartości.

Moje TOP 10 gier na Xboxa 360 – wybór cholernie trudny i w sumie listę bez mrugnięcia okiem rozszerzyłbym w kilka sekund do dwudziestu pozycji:

Polecamy również

Nynek to koci pupil Cross-Play. Stronka korzysta z whiskasa, czy nakarmisz Nynka? Nakarm Nynka Przeczytaj więcej o polityce prywatności