Du ju spik Mozambik? Gry wideo a języki obce

Share

Polskie edycje gier dziś już nikogo nie dziwią: nasz rynek stał się na tyle duży, że po prostu opłaca się zrobić polskie napisy, zatrudnić niezłych aktorów do podkładania głosu (choć z tym bywa różnie) i tak dalej. Kiedyś była to domena wyłącznie gier komputerowych, ale i rynek konsolowy tu i tam przełamał lody (no chyba że Nintendo), coraz śmielej poszerzając grono swoich odbiorców o ludzi nie czujących się najpewniej, gdy przyjdzie do grania po angielsku. Dochodzi nawet do sytuacji, że sypią się negatywne reakcje, gdy coś polskiej wersji mieć nie będzie – i to ostatnie budzi takie moje podświadome zdziwienie.


 

Kiedy zaczynałem grać, a był to początek lat 90., polski tekst można było napotkać tylko w, uch, polskich grach, a takich pojęć jak „save”, „load” czy „game over” musiałeś się nauczyć sam. Żarty na bok – z angielskim jest o tyle prosta sprawa, że bardzo szybko stał się on wszechobecny i wydaje mi się, że każdy w mniejszym lub lepszym stopniu coś tam rozkminia. Choć edukacja językowa w szkołach pozostawia wiele do życzenia, sądząc po fakcie, że ludzie po tak wielu latach nauki w podstawówce i szkole średniej nadal miewają spore problemy, to jednak coś zawsze w głowie zostaje. Jest też mnóstwo naleciałości, słownictwa specjalistycznego, piosenek, klipów na YouTube i tak dalej, że po nauczeniu się podstaw języka (przyjmijmy, że gdzieś do połowy B1) można się dalej spokojnie rozwijać po prostu oglądając bzdury na YouTube albo grając w gry. Zgadnijcie, która z tych dwóch rzeczy w latach 90. nie istniała.

No właśnie – w 2019 roku zdałem egzamin wprawdzie na certyfikat CAE, uzyskując ocenę C2. Krótkie wyjaśnienie dla tych, którzy nie wiedzą, co znaczą te tajemnicze numerki i cyferki: to są poziomy CEFR, czyli w skrócie klasyfikacja sprawności językowej. A1, A2: początkujący, B1 – coś z ciebie może być, B2 – całkiem spoko, C1 – naprawdę spoko, C2 – rozumiesz prawie wszystko, łącznie z „odcieniami szarości”. Języki inne niż europejskie mogą korzystać z innej klasyfikacji, ale też raczej to będzie skala pięcio- (japoński) lub sześciostopniowa (mandaryński).

Wracając do tematu – po zakończeniu szkoły średniej nie miałem żadnej formalnej edukacji na wyższe poziomy zaawansowania angielskiego (pomijając kilkumiesięczny kurs przygotowujący do samego egzaminu), a znakomitą większość poznałem dzięki grom.

Zaczynałem na Pegasusie i na Amidze, a gry, w które grałem, rzadko zawierały ściany tekstu, tak więc nie było się czym za specjalnie przejmować. Na myśl przychodzi mi Ishar 2, gdzie były jakieś listy i inne teksty do przeczytania, ale bez dogłębnej ich znajomości też mogłeś sobie poradzić – nawet pamiętam sytuację, że wciągnąłem się tak mocno, że zapomniałem pójść na lekcje angielskiego właśnie, co szczerze mówiąc zazwyczaj mi się nie zdarzało.
Potem przyszło Nintendo 64, a wraz nim rytualne wycieczki do pobliskiego Empiku (skromne 20 minut piechotą), który w tamtych czasach miał rzecz wyjątkową na półkach: zagraniczne czasopisma. A wśród nich prasę o grach, która – choć pojawiała się z kilkutygodniowym opóźnieniem, to i tak często miała dostęp do informacji i opisów, których w polskich tytułach próżno było szukać. Kupowałem te na temat Nintendo 64 i czytałem od deski do deski – i sięgając pamięcią wstecz jestem dość mocno przekonany, że to wyciągnęło mój angielski z podstawowego na średni. To i Final Fantasy VII.

Nigdy wcześniej nie grałem w grę, gdzie tekstu byłoby tak dużo i byłby on tak ważny – a w roku 1999, gdy taki nintendowy beton jak ja dorwał się do własnego FF7 i „szaraka”, przeszedłem tę grę wiele, wiele razy. Podczas wakacji tegoż roku więcej miałem do czynienia z angielskim niż polskim z powodu tej gry. Podchwyciłem z tej gry wiele odzywek („that’s the idea”) i hasełek, których… parę lat później musiałem się oduczyć, bo jak się okazało, wersja angielska gry była robiona w morderczym tempie i wiele z dialogów brzmi sztywno i/lub dziwacznie, potrafią być poważnie zmienione w stosunku do oryginału (o tym później w tekście) albo po prostu są błędnie przetłumaczone. Natomiast nie ulega wątpliwości, że to dzięki tej grze – w sposób niemal automatyczny – podłapałem sporo języka. Zresztą nie jestem w tej kwestii odosobnionym przypadkiem – krążą historie o ludziach, którzy mieli do dyspozycji tylko wersję niemiecką gry i w ten sposób się nauczyli, ślęcząc setki godzin nad słownikiem.

Oczywiście na tym historia się nie kończy – później pojawił się internet i zbyt dużo czasu, by można było się otwarcie przyznać, spędzonego na czytaniu artykułów, opisów, esejów i historii, których istnieje więcej, niż zdołasz w ciągu swego żywota przeczytać – rzecz jasna większość z tego dotyczyła i dotyczy gier.

ゲボかわいい

Japoński był dla mnie przeszkodą nie do pokonania już od najmłodszych lat. W pierwszej połowie lat 90. grałem w grę na Pegasusie „Dracula Kid”, która rzecz jasna była bootlegiem gry wtedy wyłącznie japońskiej. Oczywiście kolejne etapy robiły się coraz trudniejsze, ale po stracie wszystkich żywotów musiałem zaczynać grę od początku, bo nie mogłem rozkminić systemu haseł. Te składały się z trzech japońskich znaczków, których jakoś nie potrafiłem zapamiętać ani zapisać i nigdy sam nie dotarłem dalej, niż czwarty etap. Wszystko to wydawało się być dla mnie ścianą nie do przebicia: znaczki w Wallmarket w Final Fantasy VII na ten przykład.

マジ卍

Zresztą chyba każdy, kto miał do czynienia z grami tłumaczonymi z japońskiego, słyszał o niejasnych tłumaczeniach, różnych interpretacjach, inwencji twórczej angielskiego tłumacza (z zarówno dobrymi, jak i kiepskimi skutkami), cenzurze/”lokalizacji” i ogólnym poczuciem, że ktoś cały czas cię robi w konia. Jednak myśl o tym, by władować jakieś niesamowite ilości godzin w naukę pozornie niemożliwego systemu pisma, nigdy nie była na serio przeze mnie rozważana – do czasu, gdy obejrzałem serię filmików, gdzie niesławny Tim Rogers grał równocześnie w japoński oryginał i angielską wersję Final Fantasy VII, punktując różnice, wskazując błędy, odpowiadać na dręczące mnie od kilkudziesięciu lat niejasności („o co chodzi z tajemniczym napojem w Wall Market?”), opisywać, jak charakter co najmniej jednej postaci został drastycznie zmieniony…

Byłem w szoku. Wydawało mi się, że FFVII znam tak bardzo dobrze, a tu przyszedł ktoś i odsłonił mi zupełnie inny świat, który był ukryty dla mnie za barierą językową. Następnego dnia rano, bo to weekend był, ściągnąłem tabelki hiragany, katakany i zacząłem się uczyć.

To było pod koniec 2018 roku. W grudniu 2019 roku udało mi się zdać egzamin na certyfikat N5: najniższy możliwy. W sumie nie ma się jeszcze czym chwalić – po blisko półtora roku nauki raczej nie byłbym w stanie rozkminić japońskich gier bardziej skomplikowanych niż Super Mario Bros. Ale co z tego – COŚ udało się osiągnąć. Jasne, żałuję, że zabrałem się za to mając już 34 lata, gdy wolnego czasu jest jakoś mniej, niż gdy byłeś bezrobotnym żulem z bezwartościowym dyplomem w kieszeni, ale rozczulanie się nad tym nie ma sensu – trzeba robić możliwie najwięcej tu i teraz, póki jest jeszcze czas (tak, kryzys wieku średniego prawdopodobnie również grał rolę w decyzji o rozpoczęciu nauki języka obcego). I choć moja znajomość nihągo dalej jest bardzo kiepska (i ledwo załapałem się na Crossplay, gdzie wszyscy śmigają biegle w tym języku), to – patrząc wstecz – jest postęp. Ucząc się samemu rzecz jasna popełniasz wiele błędów w doborze metod i materiałów i gdybym pewne rzeczy wiedział od razu, to nauka poszłaby dużo sprawniej, ale może w przyszłym roku uda się zacząć poziom B1, czyli coś koło N3…? Jak dobrze pójdzie, to nie jest to wykluczone. Czy kiedyś będę w stanie zagrać w oryginał FF7 i zrozumieć wszystko? Może, kiedyś. Ale sam fakt zmierzenia się z czymś, co – świadomie lub podświadomie – uważałem za niemożliwe i odniesienie nawet małego sukcesu daje mi coś w rodzaju naturalnego haju. Znajomość języka na tak niskim poziomie raczej nie ma jeszcze praktycznego zastosowania, ale… Pamiętacie to japońskie wydanie Dracula Kid? Gra pojawiła się, również w swojej japońskiej, oryginalnej (no prawie: znak manji, czyli „odwrócona swastyka” symbolizująca szczęście i perfekcyjnie normalna w Japonii, choćby w postaci hasełka „maji manji”, zniknął z czoła pierwszego bossa) wersji w Castlevania Collection i w końcu rozgryzłem ten system haseł. To było to małe zwycięstwo.

Ich sehe keinen Grund dir zu helfen

Wspominałem o zagranicznej prasie w Empikach. Sporo z tych czasopism pochodziło z Niemiec i zawierały fantastyczny content, jak na przykład Nintendo Fun Vision, które miało opis Super Mario 64 wraz ze świetnymi mapami etapów, tak więc nawet bez znajomości języka mogłeś rozkminić co i jak.

Kupowałem te czasopisma, niestety z ich czytaniem szło dużo gorzej. Nie znałem żadnych podstaw, słownictwo szło opornie (im lepiej znasz angielski, tym początek nauki niemieckiego będzie szedł gorzej), i nawet gdy rodzice mnie zachęcali i kupili mi słownik polsko-niemiecki, to nic z tego wtedy nie wyszło. Mijały lata i stało się tak, że od dość długiego już czasu pracuję w niemieckiej firmie. Choć zajmuję się rynkiem anglojęzycznym (mówienie Chińczykom, że nie chcemy teraz inwestować w rynek akcji, bywa nawet zabawne), to słyszę moje koleżanki nawijające po niemiecku praktycznie w każdy dzień roboczy. Przy okazji nauki japońskiego zacząłem od Duolingo (tak, wiem, ale każdy kiedyś zaczynał) i trochę dla żartu, trochę z ciekawości włączyłem też kurs niemieckiego. Po paru tygodniach byłem w stanie składać proste zdania. Próbowałem się uczyć samemu, ale materiałów w necie jest po pierwsze nadmiar, po drugie zawierają potężne błędy, których musisz się oduczać, jeśli nie zorientujesz się w porę. W mieście, w którym mieszkam, pięknie nauczą cię każdego języka, pod warunkiem, że jest to angielski albo niemiecki: i zapisałem się na kurs, gdzie – siedząc w ławach szkolnych głównie z nastolatkami w wieku przedmaturalnym – powoli, acz stopniowo przyswoiłem ten język na tyle, że jestem na poziomie między A2 a B1. Klecenie zdań idzie jakoś łatwiej, czytanie również – po prostu nauczyłem się na tyle gramatyki i słownictwa, że powoli zaczynam czuć się pewniej i nawet mieć krótkie, proste konwersacje z native speakerami. Ale jest jeszcze jedna wartość dodana: moje Nintendo 64 i większość gier na ten sprzęt ma instrukcje w języku niemieckim. Powrót i odkrywanie de facto na nowo tego, co tam jest napisane, a do tej pory było zakryte, jest cudownym, satysfakcjonującym uczuciem.

Möchtest Du mit dieser Hexe treffen?

Jeśli twoją motywacją do nauki języka jest tylko i wyłącznie chęć spieniężenia tej umiejętności, to jest spora szansa na to, że nie wytrwasz. Skuteczna nauka wymaga codziennego zaangażowania i zwykłej, szczerej ciekawości – a chęć poznania gier wideo, najlepiej w ich oryginalnym języku, jest fantastycznym motywatorem i znacznie przyspiesza i umila naukę. Polskie wersje, oprócz rzecz jasna poszerzenia grona odbiorców, mają też drugą stronę: ten do tej pory obecny w polskiej przestrzeni growej motywator znika.

Omijając zrobione przez kogoś tłumaczenie jesteś w stanie wychwycić więcej z oryginału: ucząc się języka na jakimś tam nieco wyższym poziomie siłą rzeczy dowiesz się trochę więcej o historii, kulturze, sposobie myślenia native speakerów. A samo tłumaczenie też może być kiepskie, patrzcie na ten przykład:

Gobliins 2 to francuska gra, w którą grałem na Amidze – a jakże – po francusku. Angielska wersja też istnieje, ale słówko „faggot”, choć wcześniej oznaczało między innymi „pęk patyków”, obecnie jest używane w nieco innym kontekście, dlatego Winkle zwraca się do drzewa Kael per „ty stary pedale”…

Przykłady mało natchnionych tłumaczeń zresztą można mnożyć, bo tłumacz profesjonalny często musi tworzyć rzeczy, które go nie interesują i których nie „czuje”, a żyć z czegoś trzeba.

Dlatego też gorąco zachęcam, aby nie zamykać się w gronie polskich wersji, a spróbować zainwestować czas w poznanie języków obcych.

Zaraz, grałem w Gobliins 2 po francusku, nic nie rozumiejąc, a angielski tekst jest albo kiepski, albo drętwy…? Może warto sobie wrzucić do rozkładu jakieś lekcje podstawowego francuskiego…?

MSaint

MSaint

Łatwo osądzać, trudniej zrozumieć.

Może Cię również zainteresować: