Devil May Cry 5

Slashery… Jak ja kocham slashery! Niestety obecna generacja nie rozpieszcza nas pod względem beztroskiej sieczki i rozczłonkowywania przeciwników. Oglądając trailer DmC5 na E3 2018 aż mi się ciepło zrobiło na sercu, bo to jeden z moich ulubionych gatunków gier. Po raz pierwszy pojawił się na największych targach i zwiastuje powrót wciskania wszystkich przycisków, by wykręcić jak najlepszy wynik combo przy widowiskowej oprawie! Ale czy moje marzenie się spełniło?


Devil May Cry to seria z którą miałem styczność, ale nigdy nie potrafiła utrzymać mnie przy sobie na dłużej. Próbowałem swoich sił z kilkoma odsłonami, ale zagmatwana mechanika gry niekoniecznie dawały mi to, czego oczekiwałem, więc zwyczajnie sobie odpuszczałem. Trailer pokazany na E3 w 2018 roku zaintrygował mnie niemal od razu i wpisałem nowego Devila na listę życzeń! Niestety z powodu braku czasu nie mogłem zabrać się za grę w dniu premiery, a czas nieubłaganie płynął… Powodem, który zmotywował mnie do zabrania się wreszcie za tą produkcję było dołączenie do usługi Xbox Game Pass, gdzie gra zwyczajnie nie będzie na mnie wiecznie czekać.

Zacznijmy od tego co najlepsze, a mianowicie szlachtowania naszych oponentów. DmC 5 stawia na szybkie i widowiskowe combosy, które możemy wykonywać 2 broniami głównymi oraz atakiem specjalnym. Aktualnie w grze mam spędzone 9 godzin i w tym czasie zapoznałem się trochę z bohaterami danymi nam do dyspozycji, wypróbowałem ich styl walki oraz oręż jakim dysponują. Nero to taki typowy i prosty w obejściu miły kawaler, dość przystępny dla początkujących graczy co nie oznacza, że nie da się nim wykręcić bardzo przyjemnych wyników jeśli dobrze opanuję się odpowiednio jego umiejętności. Posiadany przez niego miecz możemy dodatkowo „nakręcić” by jeszcze szybciej dekapitować wrogów w połączeniu z bronią palną to oręż, którym przyjdzie nam się posługiwać w walce z demonicznymi hordami. Przechodząc kolejne etapy przyjdzie poznać nam V. Postać ta zdecydowanie kontrastuje na tle pozostałych bohaterów, bo nie rzuca sucharami, a raczej smutnymi cytatami i gdy się uśmiecha to sprawia wrażenie jakby sprawiało mu to ból. Dowodzi nn demoniczną latającą kurą, agresywnym tygryskiem oraz jakąś kupą błota przypominającą golema czy coś w ten deseń. Rozgrywka V polega na wydawaniu rozkazów swoim podopiecznym, a naszym zadaniem jest osobiste wykańczanie zmęczonych już zbieraniem bęcków przeciwników i choć walka wydaje się odrobinę zbyt prosta, styl V jest dość efektowny i efektywny! W moim odczuciu jest to trochę taki samograj, choć pewnie i taki styl rozgrywki znajdzie swoich zwolenników. Ostatnią postać jaką przyszło mi sterować jest Dante… Nooo, ma gość potencjał do kręcenia wystrzałowych combosów i posiada największy arsenał, który możemy naprzemiennie wykorzystywać do wesołego ciachania demonów. Ekwipunek jakim dysponuje Dante to rewolwery w liczbie sztuk: 2, jeden większy gnat, rękawica Mike Tysona, Sandał ojca Gaudentego oraz ładny mieczyk. Jednak to nie koniec potencjału jakim dysponuje Dante, bo oferuje on jeszcze „style” pozwalające dopasować go do naszego sposobu prowadzenia walki. Osobiście polecam sandał bez skarpety, bo można nim wykonywać wspaniałe kopniaki, które są tak blisko mojego serca, ze względu na zamiłowanie do sztuki walki taekwon-do. Umiejętność główna to przemiana w demona, dzięki niej możemy się uleczyć i wyswobodzić z opresji. Każda z tych postać prezentuje się inaczej na polu bitwy i każdą z nich możemy rozwijać poprzez wykupowanie umiejętności, ale Nero jest chyba najprzystępniejszą postacią dla nowych graczy. Gra oferuje możliwość kooperacji online, ale jedynie w pewnych miejscach, a na koniec możemy ocenić przydatność przyjaciela. Niestety nie zgłębiłem dostatecznie tematu coopa, ale na pewno nie jest to forma standardowego trybu kooperacyjnego znanego nam z innych gier. Niestety w tej beczce miodu jest łyżka dziegciu gdyż niekoniecznie podoba mi się walka… Przeszedłem prawie wszystkie części God Of War, Dante’s Inferno dało mi wiele radości a trylogia Darksiders umiliła mi wiele wieczorów. Te gry stawiały na widowiskowe walki i choć ich styl różnił się od siebie to zdecydowanie lepiej je wspominam niż to co zaserwowano nam w DmC 5. Nie zrozumcie mnie źle, fajnie się tu walczy, ale jakoś wciskanie jednego przycisku odpowiadającego za walkę wręcz niekoniecznie mnie kręci. Nie czuję tu siły uderzeń i choć walka jest widowiskowa to czegoś mi tu jednak brakuje…

Fabularnie nie wiem o co chodzi, ale z tego co zdążyłem zauważyć fabuła nie należy do zbyt interesujących. Standardowa historia, ze standardowym rozwinięciem z okazjonalnymi sucharami puszczanymi przez bohaterów. Gra daje możliwość poznania całej historii serii Devil May Cry, która zawarta jest w specjalnie zrobionym przez twórców filmiku, ale nawet oglądając to streszczenie nie byłem w stanie ogarnąć tego wszystkiego. Dobra wiadomość jest taka, że w moim odczuciu historia zawarta w grze jest jedynie zapychaczem, a pierwsze skrzypce gra tu walka, walka i jeszcze raz walka. Przeciwnicy spotykani na naszej trasie może są i niezbyt wymagający, ale różnią się znacznie od siebie przez co nie mamy tak często złudzenia powtarzalności. Lokacje, które przychodzi nam przemierzać są wykonane ładnie, ale tak jakby trochę monotonne… Pewne etapy są bardzo do siebie podobne, a korytarzowa formuła gry potęguje efekt znużenia kolorystyką otoczenia. W grze nie spotkałem jako takich znajdziek oprócz „tajnych misji” gdzie musimy wykonać zalecenie np. ubić wszystkie potwory w określonym czasie by dostać nagrodę. Forma takich niespodzianek jest według mnie jak najbardziej w porządku, ponieważ DmC 5 jest bardzo dynamiczną grą i szkoda by było zwalniać akcję na potrzebę zbierania jakiegoś badziewia.

Graficznie nowy Devil prezentuje się dobrze. Nie zauważyłem tutaj żadnej rewelacji graficznej, ale jest ładnie. Widać, że dopracowane. Grę napędza RE Engine 2, ten sam, który był zastosowany w Resident Evil 7. Warto wspomnieć, że na Xbox One X gra wspiera natywne 4k, HDR i płynne 60 fps. Jest na czym zawiesić oko i czasem zatrzymuje się by popatrzeć na otaczający mnie krajobraz. Bardzo miłym dla mnie zaskoczeniem są walki z bossami w których czuć, że mamy do czynienia z prawdziwie wysokiej jakości slasherem! Demoniczni przywódcy są z reguły duuuuużo od nas więksi i stosują różne ataki, a lokacja gdzie toczymy bój często potrafi się zmieniać lub nawet przemieszczać! Wrażenie wywiera rozmach wykonania tych pojedynków i co jak co, ale boss fighty na tę chwilę przypominają mi te z God of War III, mojego ulubionego slashera! Myślę, że jeśli lubisz odstresować się przy konsoli i nie masz ochoty zbyt mocno wytężać mózgu to nowy Devil May Cry 5 powinien trafić w Twoje gusta. Efektywne oraz efektowne walki to mocna strona gry, która potrafi zachwycić, a częsta możliwość wyboru postaci nadaje grze różnorodności oraz daje możliwość dopasowania gry pod siebie.

m4tekt

Autor: m4tekt