Captain Commando

Share

Świat komiksów i filmów ma swoich superbohaterów, Capcom na początku ostatniej dekady poprzedniego wieku wykreował również własną ikonę tego rzemiosła, która inspirowana właśnie była największymi tuzami w świecie nadprzyrodzonego heroizmu. Gry wideo też swoich superbohaterów mają! Poznajcie Kapitana Commando!


Rozpoczęliśmy serię bitek chodzonych od klasycznego Final Fight i dzisiaj wracamy do tego uniwersum, ale umiejscowionego w przyszłości (2026 rok). Dokładnie! Metro City znowu w opałach, niestety czasy kiedy wytrawni miłośnicy ulicznych sztuk walki stąpali po ziemi w swoich białych adidaskach już dawno się skończył, a dzisiejsze Metro City to enklawa futurystycznych gangów, mechów i potężnych broni przyszłości. W tym mizernym jak psia dupa z pchłami świecie jest jednak nadzieja i nie jest to wyłącznie nostalgiczny śpiew przeszłości. Do boju rusza kilku przekomicznych śmiałków w celu uratowania zniszczonej społeczności Metro City na czele z czaderskim Captain Commando!

 

Ze względu na futurystyczny charakter gry, nasi bohaterowie to już nie lokalni obywatele zamknięci w regionalnych problemach, ratując Metro City ratujemy również całą galaktykę. Jak widać sprawa w porównaniu do Final Fight jest poważna. Musicie przy tym wiedzieć, że nasze miasto to tylko zalążek problemów i ostatnie poziomy będą odbywały się na statku kosmicznym, a nawet na innej planecie o wdzięcznej nazwie Callisto. Bardzo fajnie to współgra z Final Fight, gdzie ostatni boss czekał na szczycie wieży, tutaj również w końcowych poziomach wyruszymy w górę… ale w stronę naszego nieba.

Nasi bohaterowie to po kolei tytułowy blond maczo w okularkach Captain Commando, przypominający mumię Mack the Knife, cybernetyczny ninja Ginzu the Ninja i chyba najdziwniejszy typek w ekipie, czyli genialne dziecko w mechu – Baby Head. Wyżej na plakacie macie ich wygląd. Tak jak to w bitkach chodzonych w ogóle, a już w szczególności w bitkach Capcomu bywa, mamy oprócz podstawowych ataków i ich sekwencji combo przy wciskaniu przycisku akcji pod rząd takie bajerki jak: łapanki, super cios oswabadzający, który kosztuje nas zdrowie i możliwość użycia opuszczanych przez na przykład przeciwników broni. Co ciekawe broń w porównaniu do Final Fight przechodzi z nami do następnego poziomu (o ile jej wcześniej nie zużyjemy). Nowością w porównaniu do swojego duchowego poprzednika jest możliwość korzystania z mechów, wystarczy odpowiedniego przeciwnika zrzucić z maszyny i skokiem siąść za sterami metalowego potwora. Bardzo fajna opcja, z której korzystałem ile się dało podczas gry. Najgorzej ma Baby Head w tym wypadku, bo chłopak już w mechu siedzi haha. Ataki specjalne każdego z bohaterów to po kolei: u naszego Kapitana atak prądem, przy mumii to spinning attack, czyli obracanie się w zawrotnej prędkości z nożami wokół siebie. Ninja używa smoke bomby, która przy tym zabija przeciwników, a nasz dzieciak w robocie wystrzeliwuje z kolan maszyny zabójcze rakiety. Captain Commando w założeniu na budzie arcade CPS od Capcomu miał możliwość grania w cztery osoby równocześnie, na Switchu również jest to możliwe.

Przeciwnicy nie wyróżniają się niczym szczególnym biorąc pod uwagę dorobek Cacpomu w bitkach, po prostu bandziory przyszłości, a czasami mutanty/kosmici. Oczywiście są też szalone panienki, jedna nawet ma więcej mięśni ode mnie :(. Bossowie to już konkretne kozaki, z kilkoma wyjątkami to ostro napakowani goście z przegiętą bronią jak potężna katana itp., którzy srogo potrafią namieszać i jak zawsze w bitkach Capcomu są pożeraczami monet/coinów. Znalazło się również miejsce na dwóch bossów naraz, co zapewne przypomni wam o Kadilakach i Dinozaurach. Po drodze oprócz dropów z przeciwników mamy również klasyczne beczki i skrzynie, w których odnajdziemy życie bądź broń. Jeżeli mówimy o arsenale, który możemy podnieść to są to od shurikena przez karabin kończąc na potężnej wyrzutni rakiet, przeciwnicy nie mają lekko. Spotkamy również klasyczne rzeczy, które podniosą nam wynik na koniec gry jak biżuteria i co ciekawe popiersie Haggara, czyli byłego burmistrza Metro City i jednego z bohaterów Final Fight, jest ono najlepiej punktowane – aż 5000 do scoringu.

Po lewej Kapitan z dodawanych broszurek/plakatów do gier z NES wydanych przez Capcom z lat 1986 – 1988. Po prawej z roku 1989.

W ramach dygresji, pomysł na głównego bohatera nie wziął się znikąd. Captain Commando był w latach 1986 – 1989 ikoną reklam dodawanych do gier na NES’a wyprodukowanych przez Capcom. Pamiętacie Segata Sanshiro z ostatniego artykułu (postać reklamująca Segę Saturn w Japonii)? To ten sam chwyt marketingowy, tylko że nie uczestniczył w spotach telewizyjnych bądź radiowych, a był dodawany w postaci plakatów do gier wypuszczonych w tamtych latach przez Capcom. Trafił do pudełek takich tytułów jak 1942, Mega Man, Ghosts ‘n Goblins, Strider czy Mega Man 2. W skrócie dziękował za zakup gry i zachęcał do przejścia całej sugerując graczowi, że dzięki temu też będzie superbohaterem. Świetna sprawa i jak widać Captain dostał w końcu swoją grę w podzięce. Oprócz tego postać Kapitana i jego załogi doczekała się mangi oraz występowała jako grywalna postać w różnych bitkach od Capcomu.

 

Tak jak dizajn przeciwników jest średni, tak już poziomy to coś pięknego, każdy stage będzie bił w nas piękną kolorystyką i pomysłowością, począwszy od miasta przez podziemia, cyrk, park wodny w którym będziemy surfować na desce w pościgu (misja przypominająca jazdę samochodem w Kadilakach i Dinozaurach), statek kosmiczny to bomba estetyki, różowe odcienie niczym futurystyczna wiązka laseru to coś pięknego i muszę przyznać, że każda z map podobała mi się niesamowicie. Wszystko podane w pięknych sprite’ach stojących na najwyższym poziomie jak na rok 1991. Audio również robi robotę, ale nie tyle w wypadku jakiejś epickiej muzyki (takiej tu nie uraczymy), a w dźwiękach wydawanych przez naszych przeciwników, bohaterów i używanych broni, klasa!

Czy warto zapoznać się z Kapitanem? Oczywiście! I nie tylko dlatego, że to dobra bitka chodzona, ale również przez walory historyczne. Jak widać Captain Commando miał spory wpływ na rozwój Capcomu oraz całego gatunku i warto mieć to gdzieś tam w głowie poukładane. Stylistycznie to dalej bomba i mnóstwo frajdy z obijania złoczyńców, przy tym dalej wymagająca! Gra doczekała się sporej ilości portów, raz gorszych raz lepszych, jeżeli nie macie możliwości zagrać na oryginalnej budzie arcade, a macie konsolę Switch to warto zainwestować w kolekcję Capcom Belt Collection, ponieważ na tej składance mamy do czynienia z portami “arcade perfect”. Do następnego odcinka, pozdrawiam!

 

ndl

ndl

First time?

Może Cię również zainteresować: