Cadillacs and Dinosaurs

Witajcie w trzecim odcinku o bitkach chodzonych, dzisiaj poczytacie o grze kultowej w naszym kraju, mało tego, grze która nie doczekała się żadnych portów na jakąkolwiek przyszłą konsolę i pozostała zamknięta na strychu wraz z automatami arkejd. Panie i panowie Cadillacs & Dinosaurs! Na dodatek odcinek w większości poprowadzi Ciapo, stary wyjadacz gier arkejd, który prowadzi stronę z świetną serią Wozów Drzymały oraz innymi genialnymi tekstami o świecie retro. Cieszę się, że udało mi się z nim skontaktować, bo nie wyobrażałem sobie, aby pisać o tak czczonej w naszym kraju grze na podstawie jednego przejścia w muzeum gier arkejd. Jeszcze raz dzięki Ciapo!


Miałem problem z tą grą, nie chciałem bawić się w emulację, na żadnych stacjonarnych konsolach legalnie nie jest dostępna, w jaki sposób więc to ograć? Na całe szczęście jakiś dobry człowiek otworzył muzeum gier arkejd w Krakowie, więc spakowałem dziewczynę w torbę i rzekłem – jedziemy na wycieczkę. Godzinka busem z Katowic, w międzyczasie przeczytany zakupiony świeżo co nowy numer szmatławca i jesteśmy na miejscu. A tam czeka na nas automat z Kadillakami, coś pięknego. Nie będę wchodził w szczegóły nt. gry, o tym opowie wam Ciapo. Udało mi się ją ukończyć, graficznie prezentuje się miodnie, misja z prowadzeniem cadillaca zamiotła mną, jednak czas miałem ograniczony, przechodziłem ją pierwszy raz, na dodatek w muzem arkejd nie musimy przejmować się ilością żyć, co z jednej strony pozwoliło mi na ukończenie szpila, z drugiej nie było czasu na masterowanie gry, próby podejścia na chociaż 2 – 3 blaszkach, nie było na to po prostu czasu, chociaż gra nie wydawała mi się zbyt trudna, najwięcej blaszek straciłem na tych dwóch bossach w laboratorium, gdybym przeczytał tekst Ciapo przed wyjazdem, zapewne jeszcze zminimalizowałbym ilość straconych blaszek. Grę przechodziłem Hanną, kopałem, rzucałem nożem, strzelałem z karabinu, animacja strzelania to po prostu miód na moje oczy. Misji mamy 8, końcówka to niesamowity twist fabularny pełen dramaturgii, naprawdę żałuję potężnie, że gra nie jest dostępna legalnie na żadną z domowych konsol.

Capcom pięknie ewoluował od czasów Final Fight, widać, że pacing gry jest szybszy, setting rozbudowany i sprawia ta gra o wiele większe wrażenie niż flagowy tytuł bitek chodzonych Capcomu. Oczywiście wyszła później, więc to raczej normalna kolej rzeczy. Szczerze, boję się pisać o tej grze, mógłbym skupić się na encyklopedycznych pierdołkach i wrażeniach z przejścia na nieskończonej liczbie żyć w Krakowie, ale nie o to tutaj chodzi, trzeba poczuć ten feeling wyzwania, czasów kiedy ludzie ze względu na ograniczony budżet walczyli wręcz sami ze sobą, aby grę ukończyć na jak najmniejszej ilości żyć, tracąc przy tym jak najmniej drobniaków wrzuconych do automatu. Niestety te czasy dla mnie jak pisałem na początku tego cyklu to wielka niewiadoma i udało mi się doświadczyć tego klimatu minimalnie wręcz pod koniec żywota tych przybytków, będąc na dodatek małym szkrabem. Pozwólcie, że oddam głos Ciapo, fajnie można porównać sobie jak grał kiedyś chłop, a jak ja przeszedłem tego szpila. Może nasuną wam się jakieś wnioski, co do podejścia starej gwardii i młokosów do medium jakim są gry. Pozdrawiam!


Witajcie. Wołają na mnie Ciapo i zostałem poproszony o naskrobanie tekstu o bez wątpienia kultowej grze z automatów Arcade, jaką jest Cadillacs & Dinosaurs autorstwa firmy Capcom wydane w 1993 roku. Tytuł ten jest wraz z innymi tuzami gatunku beat’em up, notabene też autorstwa Capcomu, takimi jak Final Fight, Punisher, czy moja ukochana Vendetta od Konami, klasyką gatunku i bezsprzecznie jedną z lepszych gier Arcade początku lat 90’ ubiegłego wieku. Salony gier, które w Polsce swoją świetność przeżywały mniej więcej w latach 1985-1995, czyli jak wszystko, trochę później niż na świecie, były miejscami dość specyficznymi. Co ciekawe, we większość wspomnień są to zaciemnione, małe klitki bez okien lub wozy Drzymały, czyli barakowozy, w których poustawiane były różne automaty. Tutaj zdecydowanie zgoda, bo większość tych przybytków właśnie tak wyglądała. Jednak w dalszej części wspomnień wielu ludzi dodatkowo były one zasnute papierosowym dymem. Sam takich wspomnień nie mam. Wszystkie salony, w moim mieście nie pozwalały na palenie w środku i zawsze trzeba było wychodzić na zewnątrz, żeby zapalić. Co w sumie było dobre, bo po emocjonującej rozgrywce lub ewentualnej porażce, dobrze było wyjść na świeże powietrze i uspokoić skołatane nerwy.

Zdecydowanie miejsca te miały swój specyficzny klimat. Często zbierała się tam spora ilość typów spod ciemnej gwiazdy, którzy terroryzowali młodszych bywalców i wyciągali od nich drobne. Trzeba było mieć się ciągle na baczności i dobrze chować pieniądze, ewentualnie zakupione żetony, bo kiedy skupialiśmy się na rozgrywce, narażeni byliśmy na kieszonkowców amatorów. Często ktoś pytał, czy nie mamy pożyczyć jakichś drobnych, a kiedy odpowiadało się, że nie. Padało stwierdzenie „ale jak znajdę, to wszystko moje”. Ogólnie bywało tam sporo patologii, ale jakoś nikt nie płakał i nie biegał na skargę do rodziców. Pewnie dlatego, że większość z normalnych dzieciaków miała zakaz chodzenia w takie miejsca, więc gdyby poszli na skargę, to jeszcze dostaliby wciry od rodziców 😉

Z czasem jednak, jeśli nie zrezygnowało się do przychodzenia do salonów gier, zawierało się nowe znajomości i wtedy nawet już salonowi złoczyńcy nie stanowili jakiegoś większego zagrożenia. Zdarzało się, że stawało się nawet w obronie Świeżaków. Nigdy nie zdarzyło mi się ani nie byłem świadkiem żadnych rękoczynów, a trzeba powiedzieć, że cały wolny i w sumie nie tylko czas spędzałem w tych przybytkach. Jeżeli ktoś chciał mnie znaleźć, a nie było mnie w domu, to wystarczyło zrobić rundę po salonach gier w okolicy i zawsze, w którymś się mnie znalazło. Wiadomo, jakieś szarpaniny, czy kłótnie nie były niczym niezwykłym, jednak wszyscy wiedzieli, że jeśli zacznie się jakąś burdę na salonie, to dostanie się bana na wstęp i będzie po zawodach, więc wszyscy starali się jakoś panować na sobą. Były też pozytywne emocje. Najbardziej w pamięć zapadały momenty, kiedy było się dobrym w dany tytuł i potrafiło dojść gdzieś daleko. Wtedy z każdym pokonanym poziomem atmosfera przy automacie gęstniała. Zbierało się przy nim coraz więcej ludzi, którzy z zapartym tchem przyglądali się naszym poczynaniom. W swoim czasie mieliśmy z kumplem (pozdro loopie) obcykane dwie gry, Mortal Kombat 2 i Tekken 2, tak że ludzie kupowali nam żetony tylko po to, żeby popatrzeć jak gramy.

Wróćmy jednak do Kadilaków. Przyznam się, że nie pamiętam pierwszego kontaktu z tym tytułem. Prawdopodobnie dlatego, że pojawił się niepostrzeżenie w kilku salonach, w moim mieście jednocześnie. Najwcześniejsze wspomnienia, jakie mam z tym szpilem wiążą się z pierwszą pizzerią w moim mieście. Nosiła nazwę Don Vito i w małej salce na tyłach, która w zasadzie była wydzielonym fragmentem klatki schodowej starej kamienicy, skrywała jeden automat, na którym zainstalowane były właśnie Cadillaki. Był to sporych rozmiarów automat z trzema zestawami gałek i przycisków i wielkim, jak na tamte czasy ekranem, więc można było grać w trzy osoby. Co wcale nie jest takie oczywiste, bo w większości salonów później gra była montowana na standardowych automatach dla dwóch graczy. Sama gra zresztą ma w opcjach możliwość wyboru, na jakim automacie tytuł jest zainstalowany i czy ma pozwalać na granie w dwie, czy w trzy osoby. Swoją drogą, czasami resetowały się ustawienia i na dwuosobowym automacie, kadilaki odpalały się w domyślnym trybie dla trzech osób. Stali bywalcy wiedzieli, że jest to okazja, żeby zagrać na łatwiejszych ustawieniach. Ponieważ jak wiadomo, szefostwo danego salonu prowadziło go w celach zarobkowych, więc jeśli grało się trudniej, czas gry na jednym kredycie się skracał i w krótszym czasie można było zarobić więcej. Dlatego, jeśli szef nie był laikiem, to wiedział, że należy wejść do ustawień automatu i trochę w nich pogrzebać. Skutkiem takiej grzebaniny było to, że poziom trudności od razu ustawiany był na maksimum, zaczynało się z jednym, jedynym życiem i znikały dodatki po zebraniu określonej ilości punktów, które w kadilakach są dwa. Tak więc, po treningu na takich ustawieniach, kiedy trafiło się na automat, gdzie ustawienia były zresetowane lub właściciel przybytku nie wiedział o ich istnieniu, granie stawało się dziecinną zabawą.

Swoją drogą Cadillacs & Dinosaurs nie należy do gier najtrudniejszych. Nawet na najwyższych ustawieniach trudności dawałem radę skończyć ją na jednej blaszce. Co prawda wyczyn ten udawał się raz na dwadzieścia albo nawet i więcej razy, ale było to możliwe. Największym problemem na drodze do zakończenia gry wcale nie był ostatni boss, który był stosunkowo trudny, jednak po obczajeniu pewnego systemu, polegającego na bieganiu i atakowaniu bossa wyskokiem z rozbiegu, dało się go w miarę łatwo pokonać, tym bardziej że był to jedyny boss w grze, podczas walki, z którym nie plątali się nam pod nogami inni przeciwnicy, więc można się było skupić tylko na klepaniu bossa. Wracając jednak do największego problemu, to był nim przedostatni boss, a w zasadzie dwóch bossów, bo były to dwa Slicaury. Dla kogoś, kto dopiero zaczyna przygodę z Cadillakami, pierwszy poważny problem stanowił Slice, czyli czwarty boss. Było to miejsce, gdzie większość początkujących dostawała srogi łomot. Boss ten jest bardzo szybki i potrafi atakować znienacka. Trzeba do niego podejść sposobem, a dodatkowo, jeśli gałka w automacie nie nadawała się za bardzo do biegania, bo trzeba powiedzieć, że nie każda gałka nadaje się do dashy, czyli podwójnego wychyłu w tym samym kierunku, to przejście tego bossa stanowiło nie lada problem. Oczywiście nawet z kulawą gałką jest sposób na pokonanie Slicea, ale wymaga to już pewnej wprawy. W każdym razie, wracając do tematu, jeśli dla kogoś problem stanowił czwarty boss Slice, to kiedy udało mu się dotrzeć do siódmego bossa, wiedział, że to już koniec. Slicaury to zmutowane klony Slica i jest ich dwóch. Tak naprawdę o całej walce decydowało to, jak ją zaczniemy. Przed rozpoczęciem walki ze Slicaurami mamy sekcję, w której występują nożownicy. Trzeba zabrać na walkę z bossem nóż, rzucić nim od razu po rozpoczęciu walki, najlepiej trzymając wciśnięty przycisk ataku w trakcie krótkiej rozmowy z bossem i modlić się, aby ten trafił obu bossów jednocześnie. Wtedy zaczynali się oni poruszać razem i walka bardzo przypomina walkę ze Slicem. Jeśli nóż trafił tylko jednego z nich, to mieliśmy przesrane. Można wtedy tylko próbować rozdzielić ich i trzymać po obu stronach ekranu, jednak i tak jesteśmy na przegranej pozycji.

Innym ciekawym miejscem, jest trzecia plansza. Możemy próbować ją przejść klasycznie, jednak jest to w zasadzie niemożliwe, bo idąc piechotą, zabraknie nam czasu i zginiemy. Nigdy nie widziałem, aby komuś udało się przejść tę planszę beż przywoływania tytułowego Cadillaca. Swoją drogą zabawnie jest jechać autem i rozwalać nim przeciwników. Trochę jak plansza bonusowa z polskiego Franko 😉 Na końcu tej planszy czeka nas walka z bossem jeżdżącym na motorze. Można go pokonać, nie wysiadając z samochodu i jest na to prosty sposób. Wystarczy cały czas trzymać gałkę wychyloną w tył. Wtedy boss sam będzie wjeżdżał w nasze auto. Trzeba oczywiście uważać, bo można przesadzić i wyprzedzimy bossa, który znajdzie się za nami i wtedy robi się trudniej. Można też wyskoczyć z auta i kończyć walkę w klasyczny sposób. Wtedy jest trudniej, bo nie możemy atakować bossa od przodu, ponieważ przyjmie kilka ciosów, ale się nie zatrzyma i po prostu nas rozjedzie. Najlepiej jest poczekać chwilę, klepiąc zwykłych przeciwników, którzy po pewnym czasie zaczną zostawiać po sobie różne pukawki. Kiedy dorwiemy shotguna, wystarczy stanąć po przeciwnej stronie ekranu i wpakować mu wszystkie sześć pocisków w przód. Zginie, a jego pasek energii będzie schodził jeszcze w czasie kiedy truchło bossa będzie spadać na ziemię.

Opisując swoje wspomnienia związane z kadilakami, nie mogę nie wspomnieć o moim kumplu z tamtych czasów, na którego wszyscy wołali Kurian. Nie mam pojęcia czy tak miał na nazwisko, czy była to po prostu ksywka, jednak uwielbiał on kadillaki i czasami zdarzało się, że wpadał do salonu z jakąś kosmiczną ilością gotówki. Nikt nigdy nie dociekał, skąd brał te pieniądze, bo nikogo to specjalnie nie interesowało. Jednak kiedy w drzwiach salonu stawał Kurian, z szyderczym uśmiechem na twarzy, wszyscy wiedzieli, że będą grane Cadillaki. Wtedy poziom trudności i ilość żyć nie była ograniczeniem. Dzięki temu mogliśmy poznać grę lepiej, a do tego granie w dwie osoby daje znacznie większą frajdę. Szczególnie jeśli obie osoby wiedzą, jak grać. Tutaj mogę przywołać kolejną ciekawostkę. W dwie osoby można bardzo łatwo pokonać zmorę początkujących, czyli wspomnianego wcześniej Slicea, czwartego bossa. Warunkiem jest to, żeby jeden z graczy sterował Mustaphą. Otóż fabularnie Mustapha ma na pieńku ze Slicem. Z tego powodu boss za wszelką cenę skupia się na tej postaci, praktycznie ignorując drugiego gracza. Można to wykorzystać. Trzeba wyrzucić Slicea za ekran, ustawić Mustaphę po przeciwnej stronie planszy, a drugi gracz musi skupić się, na naparzaniu jak oszalały stojąc twarzą do krawędzi ekranu, za którą znajduje się boss. Mustapha może wtedy zajmować się pozostałymi przeciwnikami. Ważne jest to, żeby cała trójka znajdowała się w jednej linii. Mustapha może stanąć za drugim graczem, plecami do niego i w ten sposób ochraniać go przed płotkami.  Wspomniałem o fabule. W sumie powinienem to zrobić gdzieś bardziej na pocżątku, ale lepiej późno niż później 😉 Jest ona (fabuła) obecna w tym tytule. Oczywiście jak na grę Arcade z tamtego okresu przystało, jest ona raczej szczątkowa i ogranicza się do kilku zdań wprowadzenia w trakcie attract mode, czyli kiedy automat jest włączony, ale nikt nie gra, oraz rozmów z bossami przed walką. Obecność jakiejkolwiek fabuły jest wskazana choćby ze względu na to, że gra jest oparta na serialu animowanym o tym samym tytule. Chyba nawet Polsat emitował ten serial przez chwilę. Z kolei serial powstał na bazie komiksu autorstwa Marka Shultza o tytule Xenozioc Tales. W skrócie mamy tutaj alternatywny, postapokaliptyczny świat, w którym ludzie i dinozaury koegzystują sobie. Ludzie jednak pozostaną ludźmi niezależnie od okoliczności, więc znaleźli się tacy, którzy nielegalnie polują na dinozaury w celach zarobkowych. Mamy też szalonego naukowca, który prowadzi badania nad stworzeniem hybrydy człowieka i dinozaura. Oczywiście musieli znaleźć się i dobrzy ludzie, którym nie podoba się to, co się odjaniepawla i stają do walki przeciwko złoczyńcom. W ten sposób do wyboru dostajemy cztery zróżnicowane postacie, którymi są Hannah Dundee, Jack „Kaleka” Tenrec, Mess O’Bradovich oraz Mustapha Cairo. Każda z postaci ma swój zestaw zagrywek, które odpala się taką samą kombinacją. Różnią się szybkością oraz siłą. Większość graczy lubiła grać Mustaphą, w Japonii ponoć na kadilaki mówiono Mustapha’s game. Dla mnie osobiście Mustapha jest ok, ale największą frajdę sprawia mi
granie Messem. Jak na typowego mięśniaka jest zaskakująco żwawy, a jego ciosy zabójcze. Jack to dla mnie jakiś inwalida, jego ciosy specjalne są kulawe, a wślizg to już w ogóle jakiś dramat. Co ciekawe udało mi się skończyć grę każdą postacią z wyjątkiem Hanny, którą wielu graczy uważa za najlepszą postać w grze.

To w sumie tyle, jeśli chodzi o Cadillacs & Dinosaurs. Co prawda na pewno nie są to wszystkie wspomnienia związane z tą grą, jednak nie chcę, aby ten tekst stał się jakąś wielką kolubryną.

Trzymajcie się


Jeszcze raz dziękuję Ciapo za pomoc, jego teksty możecie znaleźć na https://retro-granie.info/ . Zachęcam do poczytania i obejrzenia, chłop wniósł w ten projekt wiele pracy. Jego strona zaś, jest wg mnie najlepszym źródłem w polskim internecie dotyczącym automatowej ery gier wideo. Ostatnio zakupił Segę Saturn, trzymam kciuki, żeby kolekcja była jak największa!

Po prawej stronie w polecanych macie również baner Retro-grania, wystarczy wcisnąć i przerzuci was na stronę Ciapo.

ndl

Autor: ndl

First time?