Burning Rangers

Kiedy pytano was w szkole bądź w przedszkolu, kim chcielibyście zostać w przyszłości, odpowiedział może któryś – strażakiem? Pomijając odpowiedź, jest w historii branży growej tytuł, który pozwoli wam nim zostać i to na dodatek w świecie przyszłości! Nazywa się Burning Rangers.


Pobudka 5 rano, docieram do ubikacji. Spoglądam w lustro, wyciągam szczoteczkę i zaczynam ogarniać swoją przemęczoną twarz, w tym czasie hologram prezentujący informację z świata opowiada o następnych tragediach spowodowanych przez ogień. Zaciskam mocniej dłonie słysząc liczby ofiar. Wychodzę z łazienki, w zautomatyzowanej szafie robot, który codziennie wita mnie ubraniami dopasowanymi do pogody podaje mi kombinezon, który dostałem wczoraj po ukończeniu szkoły pożarniczej. Każę go robotowi założyć na mnie, dzisiaj jest mój pierwszy dzień, dzisiaj w końcu pokażę na co mnie stać i obronię ludzkość przed straszliwym żywiołem jakim jest ogień. Najpierw jednak wrócę do ubikacji i zwymiotuję, cały się trzęsę.

Wstęp to moja bajeczka, ale wiele mówi o uniwersum, w którym przyjdzie nam zagrać w recenzowanym tytule. Przyszłość, ludzie bez problemu wyruszają w kosmos, tymczasem Ziemia przez swój rozwój i wszędobylską elektronikę stoi pod znakiem klęski żywiołowej spowodowanej ogniem. Do walki z tymże powołana zostaje specjalna jednostka zwana Burning Rangers. My zaś jako niedawno jeszcze kadeci, właśnie rozpoczynamy pracę w tej instytucji. Gra wita nas przekozackim intro, w świetnie podanej oldskulowej stylistyce anime i wskakującym do głowy utworem z wokalem. Rozpoczynajmy więc walkę z płomieniami!

Yuji Naka

Burning Rangers wychodzi na Segę Saturn w 1998 r. we wszystkich trzech regionach (w różnych miesiącach oczywiście). Jest jedną z ostatnich “wielkich” gier na tę konsolę. Za produkcję odpowiada Sonic Team, czyli szefowie wszystkich szefów odpowiadający za serię z niebieskim jeżem. Nad wszystkim trzymał pieczę sam Yuji Naka, zaś za reżyserię odpowiada Naoto Ohshima, który wcześniej bawił się raczej w dizajnie postaci i leveli w serii Sonic. Co ciekawe, gra powstała na tym samym silniku co Nights i produkcja rozpoczęła się zaraz po wydaniu Christmas Nights, dodatku świątecznego do prawdopodobnie jednej z najlepszych produkcji na Saturnie. Przedostatnia konsola Segi nigdy nie dostała prawowitego Sonica, ale jedno trzeba przyznać, że chłopaki próbowali swoich sił w nowych IP.

 

WE ARE BURNING RANGERS! 

WE WILL NEVER LET YOU DOWN!

 

Przed rozpoczęciem gry mamy do wyboru dwie postaci, pierwsza to Tillis, rudowłosa kobiecina, która straciła swoich rodziców w pożarze. Druga postać to Shou Amanabe, który będąc świadkiem jak jeden z oficerów Burning Rangers ginie w pożarze ratując go, postanawia zostać człowiekiem od walki z ogniem. W grze nie uraczymy takich niuansów, w większości trzeba w tej sprawie wspierać się instrukcją, gdzie znajdziemy opisy każdej z występujących postaci. Oprócz dwóch głównych grywalnych bohaterów będziemy wspierani przez naszą drużynę, dużego Big Landmana, długowłosego Lead Phoenixa i panią nawigator oraz dowódcę całego zespołu – blondynkę Chris Partn.

Fabularnie gra nie urywa jajec, mało tego jest podana raczej szczątkowo, bez jakiejkolwiek sensownej chronologii (z wyjątkiem ostatniej misji). Najłatwiej sobie to porównać do serii anime, gdzie każdy odcinek opowiada o czymś innym. Tutaj tak właśnie to wygląda, rzucani jesteśmy w większości do następnego wezwania i mamy za zadanie uratować ludzi. Trzon gry więc polega na tym, że wskakujemy do palącego się budynku, stacji kosmicznej itp. i ruszamy zapobiec katastrofie, a raczej zminimalizować ją do jak najmniejszych rozmiarów.

Gameplay bije grami od Sonic Team na kilometr. Oprócz naszego HP ważnym punktem są kryształy porozrzucane po mapie, należy je zbierać z dwóch przyczyn, pierwsza to funkcja ochronna, czyli każdy przyjęty cios bądź fala ognia pierwsze co wybija z nas wszystkie zebrane kryształy (patent jak w Sonicu), po drugie oprócz dodatkowej ochrony są one nam potrzebne, aby odsyłać odnalezionych rannych w bezpieczne miejsce. Tak więc wpadamy do pokoju, ale prędzej uderzyła nas fala ognia, zabrała wszystkie kryształy, a gość leżący na ziemi potrzebuje 5 kryształów, aby go uratować. Warto więc oszczędzać zebrane kryształy. Oprócz tego, że są porozrzucane po mapie można je również uzyskać gasząc napotkany ogień. Służy nam do tego nasza dopakowana specjalistyczna broń, strzelając nią w strugi ognia czyścimy sobie drogę i w nagrodę zbieramy wypadające kryształy. Broń również możemy użyć w innym celu, wystarczy przytrzymać przycisk odpowiadający za strzał i po naładowaniu się paska wystrzeliwujemy potężny pocisk w stronę ognia bądź przeciwnika zbliżającego się do nas (w większości są to szalone roboty), w taki sposób również będziemy walczyć z bossami na końcu każdego z poziomów. Najprościej ujmując, zasady są proste: przedostać się przez labirynt jakim jest dana misja i pokonać czekającego na końcu bossa oraz uratować jak najwięcej po drodze ludzi.

Panie, ale jak przejść labirynt zawalającego się i stojącego w ogniu budynku, skoro nie dano nam do dyspozycji żadnej mapy! Sonic Team wprowadza bardzo ciekawy patent w tej kwestii. Jest nim nawigacja, wciskając odpowiedni przycisk, kiedy zgubiliśmy się w jakimś miejscu dostajemy wytyczne od naszej jasnowłosej nawigatorki gdzie skręcić itd. Naprawdę dobrze to wszystko współgra i chociaż grałem w wersję japońską to dawałem sobie na spokojnie radę to ogarnąć. Przeprowadzając małe dochodzenie jak wygląda to w wersji angielskiej, to powiem tyle, że jest jeszcze lepiej i Chris Partn jednak nigdy się nie myli!

Gra się niezwykle dynamicznie, chłopaki z Sonic Team po prostu uwielbiają prędkość rozgrywki i mają ostrego bzika na tym punkcie. To co podobało się zapewne komuś w Sonicu tutaj również musi się spodobać i odwrotnie. Zapierdzielamy jak szaleni między korytarzami, a oprócz skoku mamy również do dyspozycji Jet – Pack. Czysta radość pośmigać na tym po mapie, naprawdę jeżeli miałbym wybrać najjaśniejszy punkt w tym tytule, to wybrałbym patent z tymże urządzeniem przyczepionym do naszych pleców. Dzięki niemu zrobimy pięknego dasha na bok, doskoczymy do wyższych platform i narzucimy naprawdę kozacką dynamikę całej grze, coś pięknego. Nie wszystko jednak tak cudownie wygląda i muszę wspomnieć o czymś istotnym w tej kwestii. Jak to pierwsze gry w pełni 3D, doświadczymy tutaj bolączki kamery, która na dodatek przy standardowym padzie od Segi Saturn potrafi trochę narobić problemów. Niestety nie udało mi się ograć gry na alternatywnym padzie z analogiem do tej konsoli, ale jestem pewien, że z analogiem grałoby się o wiele łatwiej i problemy z kamerą zminimalizowałbym do minimum. Standardowy pad od Saturna oczywiście analogów nie ma, więc możecie sobie łatwo wyobrazić jak grać w dynamiczną z samego założenia grę postawioną na akcję w pełni 3D bez analogowego dobrodziejstwa. W standardowym kontrolerze kamerę przesuwa się za pomocą dwóch triggerów, ale robią one obrót o 90 stopni wyłącznie więc czasami w ferworze ciężko było to szybko ustawić. Pamiętajcie więc o jednym, warto zainwestować w grach 3D na tej konsoli w ten dodatkowy padzik z analogiem, chyba że chcecie zostać wojownikiem growej wiary jak ja i nic, co elektroniczne nie jest wam obce (sic!).

Graficznie jak jest, każdy chyba widzi, to gra 3D z 1998 r. na dodatek zbudowana w naprawdę ciężkiej do ogarnięcia w tym przypadku architekturze Segi Saturn. Mi się bardzo podobała, naprawdę fajnie zrobili motyw z ogniem i jak na tę generację konsol Burning Rangers mogła nieźle zadziałać na wyobraźnie. Recenzenci zresztą przy premierze gry w większości wychwalali możliwości graficzne jakie zaprezentowała jedna z ostatnich gier na Saturna. Mankamentem jednak mogą być rzadko, ale jednak spotykane glitche w grafice i okazjonalne bugi oraz w niektórych miejscach lekkie spadki animacji. Przestrzenie są zbudowane konkretnie, chociaż w większości są malutkie i oprócz paru wyjątków przemieszczamy się między małymi korytarzami. Na ekranie mamy dostęp do naszego paska życia, czasu gry, ilości uzbieranych kryształów i co ciekawe wskaźnika zagrożenia, jeżeli limit szybko się podnosi znaczy to, że ściana obok nas zaraz wybuchnie i musimy odskoczyć, świetny patent. Oprócz biegania, skakania, latania i strzelania uda nam się również popływać oraz pobawić się grawitacją na stacji kosmicznej. Minus gry, który już w latach premiery przewijał się w recenzjach i z którym się zgodzę to przede wszystkim krótka kampania fabularna. Wyłącznie 4 misję plus trening/samouczek to tak naprawdę dla kogoś kto nie wsiąknął w tytuł około 3 h gry. Twórcy oczywiście próbowali z tego wybrnąć w taki sposób, że mamy możliwości masterowania tytułu. Za każdą z misji dostajemy ocenę, punktowani jesteśmy za: uzyskane obrażenia, brak kontynuacji, czas przejścia mapy, ilość uratowanych ludzi oraz zebrane kryształy na mapie. Jest tego sporo jak widać, ale też nie wszystkie w równym procencie odpowiadają za ogólną ocenę końcową. Drugim aspektem możliwości dalszej zabawy jest post game. Po ujrzeniu napisów końcowych otwierając każdą z dostępnych 4 lokacji uruchamia się napisany przez twórców program z zmianą rozłożenia map w randomowy sposób. Co ciekawe ilość opcji stworzonych przez Sonic Team to aż 3,125 potencjalnych dróg. Coś niesamowitego. Każda partyjka po ukończeniu gry to tak naprawdę nowe rozłożenie korytarzy i co najważniejsze możliwości uratowania nowych zakładników ognia. A no właśnie! Ludzie, których uratujemy wysyłają nam po ukończeniu misji wiadomości e – mail, które otworzymy w głównym menu. Są to podziękowania i krótkie opisy kim są i czym się zajmują, naprawdę świetny bajer! Niektóre z postaci nawet umożliwią nam otworzenie mini gierki, która pojawia się przy końcu gry. Jest nią krótka przejażdżka statkiem kosmicznym! Taki shmupik w 3D, z kamerą jak przy grze wyścigowej, dodająca naprawdę ciekawej zawartości. Po każdej z misji czekają na nas również świetne filmiki w klimacie oldskulowych anime, które potęgują estetykę całego tytułu.

Każda z misji kończy się oczywiście walką z bossem, od wielkiej dziwacznej rośliny (nie chcę wiedzieć skąd wzięła się na ostatnim piętrze wieżowca) po wyciągniętego naprawdę z du… ostatniego bossa przypominającego jakiegoś demona. Dizajn każdego z nich raczej spowoduje uśmiech na twarzy. Walczy jednak się z nimi dosyć ciekawie, każdy ma jakieś tam 2 – 3 rodzaje uderzeń i przy dosyć szybkim wyuczeniu się ich ruchów nie powinno być problemów. Tak naprawdę trochę pomęczyłem się z ostatnim szefkiem, ma strasznie popaprane ataki. W tym punkcie należy też zwrócić uwagę na efekt kolizji, przyjmowania uderzeń przez naszego bohatera. Naprawdę czasami potrafimy stać wydawałoby się daleko od ognia/ataku a i tak dostajemy hita znikąd, z drugiej strony zdarzyło mi się stać parę razy w środku ognia i nie otrzymałem obrażeń w ogóle. Warto też wspomnieć, że przy strzelaniu mamy auto namierzanie, gdzie postać sama będzie wybierać wroga, którego zaatakuje, przy ostatnim bossie miałem z tym trochę problemów, ponieważ wybiera sobie jednak randomowo cel, mimo wszystko na spokojnie można to ogarnąć. Przeciwnicy rzadko pojawiają się w postaci większej niż dwóch, więc nie uraczycie w tej kwestii problemów.

Osobny akapit poświęcę soundtrackowi. Jezuniu kochany, jakie tutaj czeka na was dobro, to się nawet filozofom nie śniło. Trzy główne utwory to jest taki kop w nasze zmysły, że głowa aż sama się buja do słyszanych rytmów. Wszystkie oczywiście są z wokalami, co ciekawe nagrano japońską jak i angielską wersję(wyłącznie dostępna dla anglojęzycznego wydania w USA i Europie). Oprócz tego audio to naprawdę wysoki poziom, odgłos uruchamianego Jet – Packa, skok, wybuch ognia, zawalająca się gdzieś za nami ściana i podłoże plus pełen dubbing. Burning Rangers pod względem strony audio to wysoki poziom, prawie że potwór w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Za kompozycje odpowiada Naofumi Hataya, zaś w japońskich wersjach wokalu użycza Tomoko Sasaki. W wersji japońskiej dodano do pudła z grą cały ost z utworami wokalnymi, który przesłuchałem już chyba z 50 razy. Zresztą posłuchajcie sami (wrzucam wyłącznie angielskie wersje, japońskie są też na YT więc nie będę spamował):

Yuji w jednym z wywiadów stwierdził, że głównym celem gry było pokazanie, że można stworzyć tytuł, który skupić ma się na ratowaniu drugiego człowieka, z samego założenia miał być to optymistyczny twór i wydaje mi się, że wyszło to chłopakom idealnie. Dzisiaj gra raczej dla ostrych zapaleńców, którzy lubią kopać w historii gamingu. Genialny soundtrack, przepiękne wstawki anime i oldskulowy klimat wraz z naprawdę przezabawną mechaniką używania Jet – Packu, to wszystko w bolączkach pierwszych gier 3D, czyli kłopotliwej pracy kamery, szczególnie w przypadku, kiedy nie mamy dodatkowego pada z analogiem do Segi Saturn. Ciężko mi to dzisiaj oceniać, najchętniej dałbym znak zapytania. Łyknąłem całego szpila z uśmiechem na twarzy i zapewne wrócę jeszcze do gry kilkakrotnie w roku, aby uratować zagubionych w ogniu. Mimo wszystko, czuć tutaj błyskotliwość i oryginalność pomysłów twórców, z mojej strony polecam każdemu, chociaż to ponad 20 letnia gra, dalej ma swój urok. We are Burning Rangers!

 

ndl

Autor: ndl

First time?