Bugs Bunny: Lost in Time

Share

Królik Bugs stał się dla Warner Bros tym, czym Myszka Miki dla Disney’a. Jest główną postacią i ikoną Zwariowanych Melodii, kreskówki, która wychowała wiele pokoleń dzieciaków, w tym również mnie. Nic więc dziwnego, że długouchy Królik stał się również bohaterem wielu gier. W tej recenzji postaram się wyjaśnić jak to się stało, że Bugs pogubił się w czasie.


Antropomorficzny Królik gościł na wielu platformach, ale to debiut na szaraku po raz pierwszy oddawał w pełni jego wygląd, charakter i charyzmę. To był Bug Bunny żywcem wyjęty z jajcarskiej animacji. Lost in Time był moją pierwszą grą z tym zbzikowanym bohaterem. Już pierwsze minuty gameplay’u pokazują, że skok w trzeci wymiar wyszedł mu na dobre. Mimo tego, że moje uszy raczone były głównie polskim dubbingiem, to kiedy pierwszy raz usłyszałem w grze słynne „what’s up doc”, poczułem klimat kreskówki, przy której palce kleiły mi się od tony ładowanych chipsów, a piana tryskała przy każdej kolejnej otwieranej coca-coli. Nie pozostało mi nic innego, jak wyruszyć z długouchym w zwariowaną podróż po czasoprzestrzeni.  

PRZEKOPANA SPRAWA

Gra czerpie pełnymi garściami z dobrodziejstw kreskówki, nic więc dziwnego, że przeniesiono do niej wiele smaczków. Nasz główny protagonista postanawia udać się na wymarzone wakacje, by móc odpocząć w gronie powabnych króliczych kobitek. W sposób charakterystyczny wykopuje dół, po czym do niego wskakuje i zmierza do wyznaczonego przez siebie celu. Niestety, jego skrzętnie obliczone tunele okazały się niewarte nawet jednej zgniłej marchewki ogołoconej przez szkodniki. Zamiast trafić na rajską plażę pełną damskich ogonków i kuszącego po zmroku kusego futerka jakiejś seksownej króliczki, Bugs wynurzył się we wnętrzu stodoły, gdzie nie uświadczył nawet psa z kulawą nogą, że o króliczej płci pięknej nie wspomnę. Jedyne na co mógł rzucić okiem, to dziwne połączenie kosiarki i baniaka na wodę z sokowirówką.

Nasz protagonista oczywiście nie byłby sobą, gdyby dogłębnie nie zbadał stojącego w kącie ustrojstwa. Całkowicie przez przypadek (bo jakby inaczej, prawda?) szturchnął główną wajchę i w mgnieniu oka znalazł się na rozstaju dróg czasoprzestrzeni. Pokręcona sokowirówka okazała się wehikułem czasu, a jedyna słuszna droga prowadziła donikąd… a dokładniej do krainy zwanej „Nowhere”. Tam Bugs spotyka czarownika o imieniu Merlin Munroe (przez Królika zdrobniale nazywany Moyle), który po krótkim pitu-pitu wyjaśnia, że nasz bohater zagubił się w czasie, wprowadzając przy tym w meandry podstawowych mechanik panujących w grze. Jest to więc swego rodzaju tutorial. Okazuje się, że aby wydostać się z tej zakrzywionej pętli czasowej musimy odwiedzać różne światy, zaś by się do nich dostać trzeba zbierać porozrzucane zegarki i złote marchewki, pokonując przy tym wielu wrogów. Owe zegarki są niejako motorem napędowym naszego wehikułu, by mógł się udać w podróż po czasoprzestrzeni, złote marchewki zaś kluczem do poszczególnych miejscówek. Można rzec, że Bugs wkopał się w niezłe bagno i aby powrócić do tego w czym naprawdę jest dobry – czyli w sprzedawaniu nam swoich tanich dowcipów spod lady – musi wskoczyć do przeszłości, przyszłości aby następnie wrócić do teraźniejszości. Podsumowując, skakania będzie co niemiara.

UNIWERSUM ANIMKÓW W PEŁNEJ KRASIE

Jak wszyscy z Was (bądź zdecydowana większość) się orientuje, Zwariowane Melodie to rzecz jasna nie tylko Królik Bugs. To cała gama postaci rozpoznawalnych pod szyldem WB. Bardzo często, owe kreskówki były przedstawiane w postaci krótkich szortów, z czego każdy odcinek miał inną, niezwiązaną z pozostałymi fabułę. W związku z tym autorzy LiT nie sklejali na siłę krótkich historyjek w jedną całość, a postanowili, by nasz protagonista odwiedził charakterystyczne światy różnych bohaterów z uniwersum. Z racji tego, że zaczynamy od zera, to początkowo jesteśmy ograniczeni co do wyboru miejscówki. Z biegiem czasu dostajemy jednak sporą swobodę podczas podróży. Bo tylko od nas (i naszej spostrzegawczości) zależy czy w danej lokacji uda nam się uzbierać komplet zegarków i marchewek. Czyszczenie miejscówki na 100%  daje nam dostęp do większej liczby odblokowanych poziomów, które możemy potem zwiedzać wedle uznania. Dzięki takiemu zabiegowi gra zdecydowanie ustrzegła się liniowej rozgrywki, która mogłaby nam odebrać sporo frajdy.

Każdy z etapów to platformówka w najczystszej postaci. Grę obserwujemy z widoku trzeciej osoby, wykonujemy miliony skoków po platformach, wspinamy się, przenosimy przedmioty, a także wykonujemy krótkie sekwencje na czas. Przeciwnicy potrafią nas gonić, strzelają do nas itp. Aby nie skończyć żywota jako pasztet z królika, w zależności od oponenta, możemy na niego naskoczyć, rzucić w niego (np. bombą) czy też zasadzić przysłowiowego kopa w cztery litery.

Na naszej drodze staniemy do walki z takimi postaciami jak:

 

Elmer Fudd – Ogolony na glace jegomość, który niezbyt zgrabnie radzi sobie z wymawianiem „R”, przez co jego łłłabit brzmi przekomicznie. Wiecznie zagląda do głębokiej ciepłej króliczej norki w celu upolowania naszego protagonisty.

 

 

Kaczor Daffy – Zdecydowanie jedna z najbardziej zbzikowanych postaci Zwariowanych Melodii. Głupkowaty kaczor miał tutaj co prawda mały epizod, ale za to w pełni oddaje jego pokręconą naturę. Wywalony jęzor i bieganie bez celu to jego styl bycia.

 

 

Yosemite Sam – Rudy kurdupel, niezwykle nerwowy choleryk, którego drażni wszystko dookoła, a w szczególności zadziorne i cwaniakowate króliki. Rewolwerowiec strzelający gdzie i do kogo popadnie, choć spotykamy go również w roli krnąbrnego pirata. Mały, ale wariat co ma stalowe cojones.

 

 

Rocky i Mugsy – Para gangsterów, która zwykle za cel obiera sobie obrabowanie banku. Mamy tu typowy przykład knypka z wielkim mózgiem, będącego liderem, oraz sporego osiłka – przygłupa, który rzecz jasna nieudolnie wykonuje wszelkie rozkazy.

 

 

Marvin the Martian – Kosmiczny knypek noszący hełm i spódniczkę przywodzącą na myśl rzymskiego żołdaka. Jak na przybysza z obcej galaktyki przystało, Marvin dysponuje laserowym pistoletem oraz arsenałem równie mocno rażących dział.

 

 

Bull – Byk jak byk, w uniwersum kojarzony głównie ze swej wściekłości na widok czerwonego koloru. Bez względu, czy jesteś torreadorem, czy niegroźnym Królikiem. Nawet jeżeli masz na zadku czerwoną kropeczkę wielkości pchełki, to wiedz, że byczek weźmie Cię na rogi.

 

Trzeba przyznać, że twórcy bardzo poważnie podeszli do przeniesienia napotkanych postaci w świat elektronicznej rozgrywki. Elmer podczas polowania na Bugsa rozumem nie grzeszy, Sam wścieka się i komicznie podskakuje gdy mamy przewagę, Rocky spuszcza towarzyszącemu mu głupolowi porządny wpier..nicz gdy coś idzie nie tak, a Marvin wiecznie naprawia swój szwankujący sprzęt. Dzięki temu musowo trzeba podkładać miski pod telewizorem, by wylewający się klimat nie zalał nam podłogi. Wydawać się może, że wspomnianych bossów nie jest zbyt wielu, ale należy podkreślić fakt, że z niektórymi przyjdzie nam się zmierzyć dwukrotnie.

Na każdego przeciwnika potrzebna jest inna strategia wymagająca od nas niemałej zręczności. Trochę szkoda, że gdy już zajarzymy co zrobić by ogłuszyć przeciwnika, musimy ową sekwencję powtarzać, aż ten padnie. Trochę to wtórne, ale na szczęście nie nuży. Gwarantuję, że mimo to, każdy kolejny wróg któremu przyjdzie nam skopać dupsko wywoła u gracza uśmiech od ucha do ucha.

Przy okazji warto zaznaczyć, że zgodnie z pierwowzorem na którym bazuje gra, tytuł jest wręcz przeładowany olbrzymią dawką humoru i przeróżnych gagów, które doceni każdy fan Zwariowanych Melodii i nie tylko.

Jeżeli zaś chodzi o miejscówki to dupy nie urywają. Najbardziej rozpoznawalne wydają się poziomy z uniwersum wspomnianych gangsterów oraz kosmity. Pierwszy to świetny klimat starych gangsterskich filmów, drugi to genialny labirynt usytuowany gdzieś w przestworzach galaktyki i przyznam, że sprawił mi on najwięcej kłopotu. Oba świetnie zapamiętałem z kreskówki, a reszta choć zdaje się być charakterystyczna, to jest po prostu poprawną wizją autorów.

MASA SMACZKÓW Z ŁYŻKĄ DZIEGCIU

Gra podczas swojej premiery pod względem audiowizualnym przedstawiała się znakomicie. Dzisiaj można ją spokojnie przełknąć za sprawą rysowanej grafiki, która miała za zadanie jak najbardziej przypominać kreskówkę. Dołożyć do tego można świetnie dobrane głosy oraz dźwięki towarzyszące skokom do nory, czy omdleniu naszego bohatera, żywcem wyciągniętego z animacji. Poziom trudności nie jest specjalnie wygórowany ani podczas przemierzania lokacji, ani też podczas starcia z przeciwnikami. Trzeba jednak mieć się na baczności, bo chociaż w grze nie możemy zginąć, a jedynie cofamy się do punktu kontrolnego, to może się zdarzyć, że czeka nas długa droga nim powrócimy do punktu, w którym nas rozłożono.

To, co kiedyś sprawiało mi trochę trudności, a podczas dzisiejszej rozgrywki jest totalnym nieporozumieniem, psującym odbiór gry, to sterowanie. Nie mam pojęcia kto wpadł na pomysł by zniszczyć feeling płynący z rozgrywki i zrezygnować z obracania kamerą za pomocą prawej gałki analogowej. O ile mnie pamięć nie myli to DualShock miał premierę w Japonii w 97’, a w Europie w 98’. Gra miała swoją premierę w 99’, więc dziwnym się wydaje fakt, że go nie wykorzystano. Obracanie kamery za pomocą L2/R2 jest strasznie upierdliwe i po ponownym powrocie do tytułu, przez ładnych kilka godzin nie mogłem się do tego sterowania przyzwyczaić. Naprawdę szkoda, bo było to powodem wielu moich bezsensownych skuch. A skoro już się czegoś czepiam, to jako minus muszę jeszcze zaliczyć coś, czego bym się w życiu nie spodziewał po tak udanym tytule, a mianowicie: zakończenie. Normalnie, gdy ujrzałem outro, poczułem się jakby Gołota sprzedał mi cios poniżej pasa, strzał wprost między nogi, a ja biedny bez stosownego ochraniacza… Nie będę zdradzał co tam odwalono, ale zdecydowanie zabrakło tam kusego futerka…

WHAT’S UP DOC ?

Bugs Bunny Lost in Time to zdecydowanie gra po którą warto sięgnąć i zagrać. Przeskok do świata 3D, to jedna z najlepszych rzeczy jaka mogła się przydarzyć cwaniaczkowi z długimi uszami. Doceniam trud jaki włożyli twórcy gry, aby ta była jak najbardziej wierna materiałowi źródłowemu. Bugs wraz z całą ferajną są żywcem przeniesieni z kreskówki. Charakterystyczne zachowania postaci sprawiają, że czujemy się częścią kolejnego odcinka, który właśnie leci w tv. Ogrom smaczków, jakie spotykamy jest tak duży, że nie sposób ich wszystkich wymienić. Któż z nas nie zna słynnego tekstu „what’s up doc”,  podrzucanych lasek dynamitu, czy spadającego na głowę kowadła? Mimowolnie ciesząca się japa to murowany efekt podczas gry. Lokacje może nie są najwyższych lotów, ale są zrobione z pomysłem. Do tego dochodzi wciąż dająca radę grafika, świetny voice acting i pasująca do całości muzyka. Szkoda, że odbiór gry potrafi zepsuć drażniące sterowanie, a na samo zakończenie chyba niezbyt warto czekać. Nie zmienia to jednak faktu, że nie żałuję ani jednej minuty spędzonej z grą. Tytuł mogę śmiało polecić.

 

Gomlin

Gomlin

Jak możesz udowodnić, że istniejemy? Może nie istniejemy...

Może Cię również zainteresować: