Zombie Revenge

Ostatnio był Final Fight, dzisiaj skaczemy w czasie, lecimy do sklepu zakupić świeżutkiego Dreamcasta, bialutkiego jak wszystkie kochanki prezesa Segi (no dobra, wyślę może ojca, bo sam w dniu europejskiej premiery gry miałem 10 lat… a no tak! Nie wiedzieliśmy o jego istnieniu i starszy wrócił z PSX’em). Zapominamy o tragicznej historii konsoli i odpalamy tytuł, który okładką to raczej nikogo by nie zaciekawił. Szpila dostępnego również na automatach, mającego sporo wspólnego z klasyczną serią celowników zwaną House of the Dead.


Zmieniamy też środowisko o 180 stopni, tym razem lądujemy w grze w pełni 3D. Zombie Revenge powstaje w 1999 r., wydane zostaje na automat oraz ostatnią konsolę Segi. Czym takim Zemsta Zombie może zainteresować dzisiaj? Miodnym, wręcz odurzającym klimatem czystego arkejdowego grania! Nadol, spokojnie, wszystko po kolei. Historia opowiada o trzech najlepszych agentach tajnej organizacji AMS (tak, dobrze kojarzycie z House of the Dead), którzy wyruszają do miasta Woodside City zaatakowanego przez rzeszę zombie (kicz na potęgę). Startujemy w małym pokoju otwierając firmowego laptopa i czytając instrukcję tłumaczącą od czego zacząć. Dowiadujemy się o tym, że za całą aferą stoi persona o pseudonimie ZED. Wyruszamy więc w poszukiwania. Pierwsze co, oczywiście mamy do wyboru jedną z trzech postaci. Są nimi po kolei, Stick Breitling, Linda Rotta i Rikiya Busujima

W wersji ogrywanej przeze mnie, czyli na Dreamcasta, mamy parę trybów gry do wyboru. Po pierwsze klasyczny automatowy Arcade Mode, w tej wersji możemy grać w co-opie, jest to wersja 1:1 z automatu, z maksymalnie ustawionymi przez grę 15 żetonami. Drugi to Original Mode, tutaj już jest trochę nowości, po pierwsze grać można tylko solo, po drugie zaś, jest tutaj dodana opcja zabawy z VMU, tzn. ogrywając mini gierki na naszym wyświetlaczu karty pamięci możemy dopakować postać bądź leczyć itp. Dodatkowo pojawiają się nowe itemy podczas gry, jak jedzenie (używane potem do Fighting Mode) oraz nowe stroje do wyboru dla każdej z postaci. Original Mode jest jeszcze podzielony na dalsze 3 przedziały, typu granie wyłącznie na broń (Gun Mode), normalne story (Normal Mode) i granie wyłącznie na uderzenia pięściami (Bare Knuckle Mode). Ja skupiłem się wyłącznie na Arcade Mode i resztę trybów potraktowałem jako ciekawostkę, najprościej ujmując po macoszemu. Jak ktoś lubi może zmierzyć się też w walce między graczami, tutaj potrzebne są właśnie grindowane itemki dodane w Original Mode jak jedzenie, aby dopakowywać jedną z trzech postaci, bądź wybrać sobie opcję walk z samymi Bossami (najpierw trzeba jednak przejść grę, aby odblokować wszystkich). Opcji jest sporo i nie ma sensu was nimi więcej zamęczać, pamiętać wystarczy, że są one wyłącznie estetyczne.

Półtora miesiąca, tyle zajęło mi przejście Zombie Revenge w Arcade Mode. Zapytacie zapewne, cholera jasna nadol, bitka chodzona na tyle godzin? Bynajmniej. Gra jest na ponad godzinę, nie mamy do dyspozycji żadnych sejwów i ograniczoną liczbę żetonów (maksymalnie 15). Na dodatek grałem solo. Muszę przyznać, że nie ma lekko. Po pierwsze, nie grzebałem w opcjach i grałem na 6 żetonach. Gra na początku zabiła mnie 3 razy w pierwszym levelu. Złapałem się za głowę, poszedłem odpalić fajkę i zacząłem uświadamiać sobie, że czeka mnie ciężka przeprawa. Nie ma co się jednak poddawać. Doszło do tego, że z większymi/mniejszymi przerwami zasiadałem późną nocą do godzinnej sesji (raz na tydzień, czasami dwa razy). Progres był znikomy, ale o tym opowiem zaraz. Na początek z czym to się je? Ano, po pierwsze każda z postaci używa broni, jak w to grach arkejd tego typu mamy auto namierzanie przeciwnika, pojawia się na głowie zombiaka okrąg, który wraz z coraz bliższym dystansem przeciwnika zmienia kolor z zielonego (strzał zadający najmniej dmg’u) na czerwony (największe obrażenia i możliwość odstrzelenia kończyny), z góry mówię – najlepiej odczekać ile się da i strzelać przy okręgu czerwonym.

Na początku gry ratujemy panienkę w pewnym hangarze, oddaje ona nam dyskietkę, dzięki której skontaktujemy się z ZED’em. Co ciekawe, można jej dać umrzeć, wpłynie to na ostatni filmik w grze. Sama dyskietka jest świetnym trollingiem z strony twórców. Odpalając ją później w komputerze, ZED daje nam wybór jednej z trzech kart. Okazuje się, że tak naprawdę wybieramy jedną z 3 mocy ostatniego bossa, którymi będzie nas atakował. Świetna sprawa!

Amunicji jest mało, wypadają z okolicznych zombiaków naboje – fakt, czasami też znajdziemy w okolicznych beczkach i szafkach znikome magazynki, ale warto mieć na uwadze deficyt w tej sprawie i odpalić w głowie tryb oszczędzania. Apteczek znalazłem maksymalnie 2 przez całą grę (możliwe, że czegoś nie odkryłem), za to jest sporo antidotum w postaci roślinek, każdy z ataków zombie nas zatruwa, przez co tracimy non stop HP i obrażenia przeciwników w tym stanie są większe. Z okolicznych wrogów wypadają też dodatkowe bronie z ograniczoną liczbą amunicji. Podnosząc np. shotguna, mamy kilka strzałów i postać wyrzuca go w cholerę daleko hej, po czym przekłada na podstawową broń automatycznie (to samo z podniesioną np. metalową rurą, po paru atakach psuje się i adijos). Strzelanie to nie wszystko, do dyspozycji mamy również, jak to w bitkach – uderzanie pięściami. Zależnie od postaci, którą wybierzemy, siła ataku jest zmienna. Lisa uderza najsłabiej, za to strzela najszybciej i najlepiej posługuje się bronią palną. Stick jest najbardziej wyważoną postacią, zaś Japończyk z afro na głowie Busujima ma potężne ataki wręcz (potrafi przekroić zombiaka w pół uderzeniem wirującej pięty), najsłabiej idzie mu jednak strzelanie. Każda z postaci przy wciśnięciu dwóch przycisków naraz ma dodatkowo atak specjalny/oswobadzający, który zabiera nam HP (jeżeli ktoś czytał tekst o Final Fight’cie, zauważa zapewne wiele podobieństw w trzonie rozgrywki). Co do oznaczeń przycisków, które należy wciskać przy odpowiednich atakach, ominę tę kwestię, ponieważ mamy możliwość bindowania przycisków pod każdą z komend na swój, najwygodniejszy sposób. Wystarczy wejść w Options i sobie ładnie poustawiać.


Z kim przyjdzie nam się zmierzyć? Oczywiście jak tytuł wskazuje, po pierwsze – z zombiakami. Co ciekawe, zombie potrafią używać shotguna, oprócz tego wszelakiej maści zombie-podobne stwory typu jakieś małe gobliny z siekierami (najgorsze ubeki w grze dla mnie), pełzające po podłodze sam nie wiem dokładnie co, zapewne zombie (haha) i ostatecznie bossowie. Od przekutego prętem stwora, przez potężne potwory wypuszczające w nas małe przypominające pająki organizmy, coś w stylu dizajnu wyciągniętego z filmu Alien, czy latająca bestia przypominająca kobietę, kończąc na samym last bossie – hiper ultra zmutowanym organizmie idealnym Black Magician. Każdy z bossów ma swój pseudonim wg wzoru, którym posługiwali się naukowcy podczas eksperymentów – w większości zaczyna się od UDS i sekwencji cyfr np. UDS-01. Jest ich zaś w całej grze jedenastu, z podziałem na mini bossów i bossów głównych. W trakcie gry dowiadujemy się oczywiście o motywacji ZED’a, mszczącego się za śmierć swoich rodziców, którzy zginęli podczas eksperymentu prowadzonego przez rząd. Wykorzystuje wirusa i rozprzestrzenia go w całym mieście produkując swoją armię umarłych. Teraz już wiemy, dlaczego gra w tytule mówi o jakiejś zemście.

Mały bestiariusz bossów.

Muzyka jest średnia, voice acting również, fajnie, że Japończyk używa swojego rodzimego języka w odróżnieniu do reszty bohaterów. Ciekawi mnie jedynie jak oni wszyscy się rozumieją w tym wypadku, no ale mniejsza o to. Utwór z głównego motywu gry jest tak agresywny, że ciężko go nie zapamiętać. Poziomów mamy siedem, w każdym oprócz pierwszego, na końcu czeka na nas szefuncio, którego trzeba wyjaśnić. W niektórych levelach mamy również midbossów. Jeżeli chodzi o dizajn lokacji, to począwszy od ulicy i uliczek miasta, zwiedzamy również kanały pod ziemią, fabrykę, świetną lokalizację na jadącym pociągu, gdzie poruszamy się po dachu, podążając ku wagonowi z aparaturą sterującą (naprawdę świetny poziom, chyba mój najlepszy, warto wspomnieć, że jest opcja zejścia do wagonów i alternatywne przejście tego levelu, liczone jako ukryta opcja w grze), stację kolejową, las oraz wielka hacjenda w środku lasu nazwana House of the Dead (również posiada ukryty pokój, dla ciekawskich, kopcie w drzwi przed schodami, czeka na was nagroda), która prowadzi do laboratorium, ostatniej lokacji w grze. Brzmi trochę jak Resident Evil, prawda? Pewnie, tylko pamiętajmy, że to zupełnie inne podejście do tematu, Zombie Revenge to czysty, nienaruszony żadnymi naleciałościami z innych gatunków szpil arkejd, w którym śrubujemy wynik. Po kilkudziesięciu podejściach, w końcu udało mi się ugrać grę na 3 blaszkach, z czego jestem w miarę dumny. Okazało się, że w większości największym problemem było niezrozumienie podstaw gry, polecam czytać jednak manual i ogarnąć obronę, którą można powstrzymać kilka potężnych ciosów wykonywanych przez niektórych bossów w naszym kierunku, dzięki dobremu timing’owi w założeniu gardy. Gry trzeba uczyć się na pamięć, ale nie jest tak obszerna, aby był z tym dla normalnego człowieka bez demencji problem. Moje podejście było błędne, robiłem zbyt długie przerwy na granie. Tak jak pisałem wyżej podchodziłem do gry 2 razy w tygodniu maksymalnie, docierałem do zgonu i końca gry, po czym wyłączałem i wracałem parę dni później. Dopiero, pewnej deszczowej niedzieli, zaparzyłem o 5 rano kawę, odpaliłem niebieskiego Camela i przysiadłem w wygodnym fotelu, słysząc klasyczne wejście intra pięknego makarona i łapiąc za pada w celu ukończenia szpila. Czy Zombie Revenge można uznać za grę trudną? Tak, mało tego, wydaje mi się, że dla casuala jest barierą nie do przejścia. Hardkorowcy, bądź gracze pamiętający lata automatowych podbojów poradzą sobie bez problemu. Poziom trudności zwiększa też uciekający czas na każdej z map, nie ma kampienia w kącie, trzeba dobrnąć jak najszybciej do dalszego resetu czasu, w większości następnej lokacji (akurat z czasem nie miałem problemu, według mnie jest go akurat, żeby spokojnie poruszać się po danej misji). Grafika tam po prostu jest, nie wygląda źle jak na rok 1999. Nie zwracam niestety na takie rzeczy uwagi, więc ciężko będzie mi ocenić na jakim poziomie stała dokładnie. Mi pasowała do takiego kiczowatego horroru klasy Y i ładnie się komponowała z takim nastawieniem.

Przyjemniaczek!


Zombie Revenge oddaje ducha całej konsoli Dreamcast. Typowy fun z arkejdowych podbojów. Automatowe doznania przeniesione do domowego zacisza. Gra się miodnie, odczuwając przy tym potęgę gier arcade. Niestety, nie jest dla wszystkich, ktoś kto poszukuje “głębokiej” historii, świetnie napisanych postaci i dramaturgii, tutaj się nie odnajdzie. To czysty fun z samej okazji “grania”, walczenia z lepszymi wynikami w finalnym scoringu i wchłaniania tego, co dawały tego typu gry. Przed zakupem nasłuchałem się, że to jeden z najlepszych bit em apów 3D i muszę wstępnie się z tym zgodzić. Gra ma klimat, który ciężko podrobić. Mam nadzieję, że następna gra z bitek chodzonych, którą będę ogrywał na ostatniej konsoli Segi (Dynamite Cop) przyniesie również tyle frajdy. Żałuję jedynie, że nie mam arcade sticka do Makarona, wydaje mi się, że gra byłaby jeszcze lepsza z tym urządzeniem. Będę musiał to nadrobić, tymczasem do zobaczenia w następnym odcinku asy!

 

Zdjęcia mojego autorstwa, wizerunki bossów zaciągnięte z zombie revenge wiki, świetnej bazie danych na temat tej gierki jak i całego uniwersum House of the Dead.

ndl

Autor: ndl

First time?