Final Fight

Beat’em upy, gatunek gier wideo zrzucony w odmęty zamkniętego na klucz zapomnianego domostwa. Dla mnie od dziecka kojarzący się z kinem kopanym (tak nazywałem filmy sensacyjne, ze względu na niesamowitą ilość scen w tychże z ciosami wyprowadzanymi nogą) ubiegłego wieku, z takimi gwiazdami tamtych czasów jak Steven Seagal, Chuck Norris, Bruce Lee, Sylvester Stallone, Arnold Schwarzenegger i mój ulubiony: Jean – Claude Van Damme. Krwawy sport odpalony na VHS był tak potężnym przeżyciem, że za młodu mawiałem dziadkowi, który oglądał ze mną (strasznie podjarany również tematyką filmów sensacyjnych) iż zamierzam wyruszyć do Japonii, nauczyć się sztuk walki i nosić biały podkoszulek ustawiając po kątach typów spod ciemnej gwiazdy (wtedy ćwicząc z młodszym bratem używając miotły matki). Koniec końców poszedłem inną drogą (haha, teraz to bym tak poustawiał, że obowiązkowa wizyta na oiomie murowana… szkoda, że to ja byłbym stroną ustawianą), jednak dalej potrafię czuć ten klimat, a to dzięki beat’em upom! 


Ostatnimi czasy przypomniałem sobie ten gatunek, a to za sprawą wydanej niedawno kolekcji na Switch’a w postaci Capcom Belt Collection. Podłączyłem więc szybko arcade stick’a i wróciłem do lat dzieciństwa ponownie, przyjmując na twarz multum doznań i sentymentalnych ataków z przeszłości. Zakładam biały podkoszulek i zostaje Jean – Claude Van Damme bejbe!

To by był mniej więcej wstęp motywujący do próby zebrania i ogrania wybranych przeze mnie beat’em upów na różnorakie platformy (od automatów po najnowsze konsole). Taki jest plan, zobaczymy co z tego wyjdzie, niestety nie stać człowieka na oryginalne automaty, na których mieliśmy do czynienia z najlepszymi można powiedzieć pozycjami z tego gatunku. Same budy arkejd zaś, kiedy już byłem w miarę świadomym młodym typkiem poszukującym doznań growych poszły do lamusa, a to co pograłem na nich, to chwilowe, nic nieznaczące przygody, z których mało co pamiętam (chociaż wiele można zdziałać w tej sprawie i mam zamiar to nadrobić, udając się do nowo otwartego salonu/muzeum z automatami w Krakowie).

 

Od czego zacząć taki cykl? Rozpocznę od symbolu (dla mnie) chodzonych bitek, czyli od Final Fight wydanej w 1989 r. przez Capcom na automaty, potem w postaci portów wrzuconej w raz lepszym, raz gorszym stanie na multum dostępnych później konsol. Grze, w której wygląd jednego z bohaterów wciskał mi w wyobraźnię i pisał sam historię, iż jest to gra o Jean Claude – Van Dammie.

 


Witajcie w Metro City!

 

Bitki chodzone fabułą nigdy nie błyszczały na salonach, więc skupię się na najważniejszych rzeczach. Niszczone przez lokalne gangi miasto Metro City chyli się ku moralnemu upadkowi. Na szczęście pojawia się nowy burmistrz, były zapaśnik Mike Haggar, który ma plan rewitalizacji miasta i wytępienia ulicznej gangsterki. Po drugiej stronie barykady staje Belger, dowódca Mad Gear gangu. Próbując powstrzymać plan nowego burmistrza, porywa jego piękną córkę Jessicę. Gra rozpoczyna się w momencie, kiedy głowa Metro City dowiaduje się o porwaniu i wzywa do siebie jej chłopaka Cody’ego wraz z jego przyjacielem/sparing partnerem – Guy’em. Ruszamy na ulicę zdemoralizowanego Metro City odbić ślicznotkę i zrobić w końcu porządek.

Final Fight wstępnie miał być sequelem wojującego na rynku Street Fighter’a. W japońskich magazynach podawano takie informacje przed premierą, zaś pełen tytuł miał przyjąć postać – Street Fighter: The Final Fight. Art ukazuje pierwszą reklamę gry.

Było ich trzech, każdy z nich inna krew, ale jeden przyświecał im los.

 

Gra jest wręcz prostacka, jeżeli chodzi o paletę rozwiązań. Pamiętajmy jednak, że wyszła 30 lat temu!! Jest starsza o rok ode mnie. Kawał pięknej historii naskrobały nam już gry wideo i warto czerpać przy tej okazji garściami, do bólu. Nie będę zadziwiał was niesamowicie skomplikowanym gameplay’em stworzonym przez takich ludzi, jak Akira Yasuda i Akira Nishitani. Gra w założeniach jest prosta, ot klasyczna bitka chodzona, chociaż w swoich czasach nakreśliła drogę naśladowcom, którą mają podążać oraz wyznaczyła nowe standardy w gatunku.

 

Poruszamy się w prawo, po drodze pokonując rzeszę w większości powtarzających się przeciwników, na końcu spotykamy bossa i klepiemy go po jajach, aż nie wstanie. Nasz arsenał to oprócz klasycznego poruszania się, dwa przyciski – skoku i ataku. Na podstawie tych dwóch przycisków mamy dostęp do palety ataków, przytrzymując oby dwa na raz, uderzamy w większości specjalnym atakiem oswobadzającym nas z otaczających przeciwników, niestety zabiera to również nam HP, więc należy korzystać z umiarem. Wciskając przycisk ataku pod rząd, możemy wykonać daną sekwencję ciosów, kończącą atakiem odrzucającym przeciwnika na glebę. Warto tutaj bawić się w cancel ataki, najprościej ujmując nie dopuszczać do końca, ponieważ nie zawsze położenie na glebie przeciwnika daje nam większe szanse na wygraną. Czy nie lepiej combosować tak typków do końca, czytaj utraty całego HP? Fajnie się to opisuje, ale nie zawsze jest na to czas i możliwości, a przeciwnicy łoją nas bezlitośnie. Tak, automat miał zarabiać na siebie, co za tym idzie poziom trudności jest nie tyle wymagający, co po prostu nie fair. Przechodziłem grę około 15 – 16 razy, pamiętam większość sekwencji pojawiających się przeciwników na pamięć, mimo to, nie daję rady ogarnąć przejścia tej gry nawet na minimum 5 – 6 blaszkach. Bossowie to jeden wielki hardkor, są szybsi, zadają potężny damage i jeszcze zarzucają nas pomocnikami w postaci standardowych przeciwników. Godzę się więc z porażką i stwierdzam, że bez możliwości ciągłego kontynuowania gry, dotarcie do końca zajęłoby mi sporo czasu i nerwów. No ale zaraz, trochę się rozpędziłem. Do wyboru mamy aż trzy postaci, każda z nich ma inną dynamikę, siłę ciosów oraz atak specjalny. Cody jest najbardziej wyważoną postacią i uwielbiam nim grać (wiadomo, Jean Claude Van Damme to przecież). Guy zaś jest najszybszą, ale też najsłabszą, jeżeli bierzemy pod uwagę siłę ciosów. Ma świetne dla oka wykonanie combosów z sekwencji ataku, kończące świetnym uderzeniem z pół obrotu, ale Jezusku Betlejemski, ile to trzeba się namęczyć, aby ubić typka. Fajna ciekawostka, Guy potrafi wykorzystywać otoczenie w postaci ścian, dzięki czemu możemy korzystać z ataków specjalnych, przypisanych wyłącznie tej postaci. Najprościej ujmując jest to odbicie się od ściany i atak z buta, profesjonalnie jak bozia przykazała – Wall Kick/Jump Wall.  Haggar to kawał mięcha, napakowany jak Schwarzenegger, bluzka mu niepotrzebna, on idzie zaraz na fajty i nie bierze jeńców. Zapaśnik pełną gębą, uwielbia walkę na krótki dystans, łapanki, wyrzucanie przeciwników do góry, bądź wyskakiwanie z nimi i uderzanie ich głową o ulicę. Jest najwolniejszy z całej trójki, ale ma najsilniejsze uderzenia. Nigdy nie lubiłem grać takimi pakerami, preferuję raczej taniec wokół przeciwnika i finezję prezentowaną przez lżejszych fighterów. Mimo wszystko, wydaje mi się, że tą postacią najłatwiej przejść Final Fight, szybko załatwiamy standardowych przeciwników przez potężne buły wykierowane w ich twarz. Dodatkowo ma świetny atak oswobadzający, gdzie przy takiej sile rażenia nawet utrata HP nie jest tak ryzykowna używając go. Do koloru, do wyboru. Na koniec, warto wspomnieć, że nie samymi pięściami człowiek żyje. Oczywiście przeciwnicy oraz rozwalane na mapie rzeczy typu np. beczka, dropią nam fanty w postaci życia, broni (nóż, katana, kawał rury etc.) i itemów dających nam więcej punktów do finalnego scoringu. Każda z broni pomaga nam zwiększyć np. dystans poprzez rzucanie nożem etc.

Najpierw oswobodzenie się uderzeniem z pół obrotu, a potem mięsisty luj w splot słoneczny!


Wydawałoby się, że to tylko dwa prostackie przyciski, a jednak wiele można o całej palecie zagrywek jak widać napisać. Nie jestem wymiataczem, więc mam nadzieję, że najważniejsze aspekty wymieniłem, jeżeli nie, to przyjmę jedną, powtarzam maksymalnie jedną bułę w twarz… mojego kota. Co oprócz tak “prostej” mechaniki? Najważniejszy aspekt gry wg mnie – dizajn! Oj tak, kocham takie klimaty, lata kończące ubiegły wiek, gość w białym podkoszulku podążający ulicami bezprawia, ustawiający raz po raz napotkanych oprychów. Każdy z 6 poziomów jest przemyślany, ruszamy przez metropolię, rozpoczynając od Slumsów, tam ogarniamy temat, dostajemy informację gdzie jest nasza ślicznotka i zmierzamy w kierunku ostatniego bossa. Po drodze przechodząc przez Park, Stację Metra, Zachodnią stronę miasta, Tereny przemysłowe, Bay Area kończąc na Uptown, dzielnicy dla bogatej sfery miasta, gdzie na samym szczycie potężnego wieżowca czeka na nas Mad Gear przetrzymujący Jessicę. Dizajn każdej z map jest kozakiem, klimat lat 80′ amerykańskich filmów, puszczanych kilka lat później i oglądanych przeze mnie w TV za dzieciaka, wylewa się wręcz z ekranu. Mnóstwo brudu na ulicach, graffiti na ścianach typu SEX bądź VIOLENCE, zniszczony kibel, pub dla oprychów kontrastujący z klimatem dzielnicy dla bogatych, czystą, zadbaną, ale mimo wszystko będącą źródłem zła. Bossowie są wyraziści, przynajmniej dla mnie, napakowany nyga Damnd, amerykański samuraj w masce Sodom, skorumpowany glina Eddie E, były wojskowy, fachura od broni palnej i materiałów wybuchowych Rolento, wkurzający się jak dziecko potężny Abigail i poruszający się na wózku, mimo, że nie był niepełnosprawny, używający broni palnej przywódca gangu – Belger. Standardowi przeciwnicy, to od punków poprzez pakerów i typów nazwanych na cześć członków grupy Guns N’ Roses (Axl i Slash) również seksi laseczki potrafiące robić niezłe akrobacje podczas walk. Jeżeli chodzi o Poison i Roxy, to w oryginalnym japońskim automacie są one kobietami, nawiązuję do tego, ponieważ amerykański organ Capcom, zarzucił, że nie można lać kobiet w grze. Tak więc w postaci cenzury, Yoshida wymyśla na szybko, że to tak naprawdę mężczyźni, slangiem nazywając je “dwoma połówkami”, nawiązując do transwestytów, żeby ludzie nie płakali, że w Japonii są kobiety, a u reszty świata mężczyźni.

Panie, jaki transwestyta? Przecież to duperka, na dodatek z kajdankami!


Gra jest na niecałą godzinkę, oczywiście, spróbujcie przejść na 2 blaszkach, zajmie wam to parę tygodni/miesięcy/lat. Zależnie od chęci, samozaparcia i umiejętności. Warto wspomnieć o dwóch dodatkowych bonus stage’ach, pierwszy to niszczenie samochodu jednego z standardowych przeciwników o imieniu Bred, drugi zaś to niszczenie szyb na akord. Oczywiście, służą one podniesieniu scoringu. Ciekawostka, przeciwnik Bred wstępnie krzyczy w grze Oh my God!, w portach na konsole domowe, zmieniono mu okrzyk na Oh my Car! nawiązując właśnie do niszczonego przez nas samochodu w bonusowym levelu. Muzyka po prostu tam jest, lepsze od niej są dźwięki wydawanych uderzeń, przedmiotów itp. Problem zaś jest z wersjami po automatach. Port na Snesa, który był zresztą sporym hitem na tej konsolce, nie miał trzeciej postaci, czyli Guy’a. Dodano go później w wersji Final Fight: The Guy. Na dodatek nie można było grać w co – opie, cenzura opanowała większość gry, zmieniając wygląd naszych duperek, zakrywając niektóre napisy na ścianach. Mimo to i tak stała się hitem. Co do reszty portów, to było ich tyle, że nie chcę zanudzać. Warto pamiętać,  że żaden z nich nie dorównał wersji automatowej i w większości były oparte na cenzurze bądź obcięciu grafiki/dźwięku etc.

Oh my Car!!


Mimo, że na pierwszy rzut oka nie jest to rozbudowana gra, czekająca na użytkownika z niesamowitą ilością kombinacji ciosów, to dalej piękny kawał historii gier wideo i potężny atak duszy oraz klimatu lat 80′ na świecie i lat 90′ w Polsce, gdzie moda z Ameryki powoli przecierała się na ulicach w jednak nasz, polski sposób. Dla mnie gierka będzie zawsze kojarzyć się z filmem Krwawy Sport, którego uwielbiałem za dzieciaka i uwielbiam do dzisiaj. W końcu Cody to Jean – Claude Van Damme, co nie? Na koniec szkic samego zakończenia gry, kumaci ogarną!


Grafiki wykorzystane do materiału, to mojego autorstwa screeny oraz grafiki dostępne w galerii dodawanej do składanki Capcom Belt Collection. Napinajcie mięśnie (tylko nie zlejcie się w gacie) i ratujcie swoje ślicznotki, pozdrawiam!

ndl

Autor: ndl

First time?