Battle Circuit

Chcieliście kiedyś zostać łowcą nagród? Battle Circuit wam to umożliwi! Witajcie w 4 odcinku bitek chodzonych! Dzisiaj wyruszymy do futurystycznego miasta Neo Koba, jako Bounty Hunters i zapolujemy na kilku złoczyńców, w tym groźnie brzmiącego dla konsol Nintendo i Playstation – doktora Saturn.


Bardzo późno w stosunku do reszty pozycji wydanych na Capcom Belt Collection wychodzi Battle Circuit, którą stworzyli Noritaka Funamizu oraz Yoshiki Okamoto, co ciekawe grę wydano wyłącznie w Japonii oraz Europie tylko na automaty. Pierwsza konwersja na konsole stacjonarne to dopiero składanka Capcomu wypuszczona rok temu. Mamy rok 1997, większość już zachłysnęła się grafiką 3D, tymczasem Capcom wydaje automat z gierką w starym stylu, chodzoną bitkę 2D krzycząc klękajcie narody! Muszę przyznać, że wyszło im to znakomicie. Ale wszystko po kolei.

Alternatywna rzeczywistość, przyszłość, miasto Neo Koba. Świat, w którym do łask wracają łowcy nagród/głów, czyli Bounty Hunters. Świat przesiąknięty przestępczością, owładnięty manią władzy i panowania nad całym społeczeństwem. Umożliwić to może jedna mała dyskietka z programem “Shiva System”, która pozwala na kontrolowanie wszystkiego co skomputeryzowane na świecie. Przyszłość podana jako 20XX jest oparta w większości na komputeryzacji, więc tak naprawdę zdobycie Shiva Systemu jest równoznaczne z podbiciem świata. Uniwersum Battle Circuit to bardzo dziwne miejsce, w którym nie spotkamy wyłącznie ludzi podpicowanych nowymi technologiami, to również świat gdzie mamy w społeczeństwie istoty poza ziemskie. Bohaterowie, którymi możemy zagrać to nie tylko napakowany mikro chipami nadczłowiek przyszłości, ale również dziwna roślina, człowiek plastelina oraz modelka z zawodu wyglądająca jak obcy z innej planety. Zwariowany, pełen kolorytu i cyberpunkowych naleciałości świat. A w tym wielkim dziwnym świecie, gdzieś tam w Neo Koba leży główne centrum dowodzenia dla łowców głów, którymi przyjdzie nam oczywiście zagrać.


Postaci do wyboru jest aż 5. Są nimi po kolei, pracoholik Cyber Blue; człowiek plastelina Captain Silver; modelka przypominająca hybrydę zwierzęcia z człowiekiem Yellow Iris, która w japońskiej wersji miała ksywkę Yellow Beast; różowe ptaszysko Pink Ostrich, na którym zasiada zawsze młoda dziewczyna o imieniu Pola i najdziwniejsza postać z możliwych do wybrania, jaką jest kit wie skąd i dlaczego, wielka roślina o imieniu Unknown :). Każda z postaci oczywiście ma różną paletę atrybutów i ataków specjalnych. Przyciski używane w grze to klasyczne dwa plus gałka. Wciskając oby dwa przyciski naraz każdy z bohaterów robi swój atak specjalny zabierający nam hp i oswabadzający z grupy przeciwników. Novum zaś w Battle Circuit jest świetny patent dokupowania za monety zdobyte w grze nowych combosów. Po każdej z misji przenosimy się do mini menu z wyborem nowych umiejętności, dodatkowo każda z nich zaraz pokazuje nam jak go użyć, tak więc najfajniejsza do nauczenia sztuczka Tornado dla Cyber Blue to góra dół i przycisk odpowiadający za uderzenie. Genialny patent, który po pierwsze prowadzi do chęci zdobywania jak największej ilości monet i podnoszenia zarazem scoringu oraz wraz z postępem gry robi z wybranej postaci świetnych fighterów z zajebistymi combo breakerami. Automat jak i oczywiście sama gra daje możliwość grania aż czterem osobom naraz. Jest to ważne ze względu na rodzaj specjalnych umiejętności każdej z postaci. Każda z osobna ma wybrane atrybuty specjalne, np. przyśpieszenie poruszania się po mapie i podczas walk, powiększenie obrażeń zadawanych przeciwnikom, podniesienie statystyk defensywnych etc. Aby ją uruchomić należy podskoczyć i użyć ataku specjalnego czyli wcisnąć dwa przyciski naraz. Teraz wyobraźcie sobie jak to pięknie zgrywa się, kiedy gramy w 4 osoby i każda z nich użyje takiego specjal ataku, coś pięknego. Mało tego, ataki można synchronizować z wybranymi postaciami. Dzięki temu gra w multi nabiera nowego charakteru i poszerza nam paletę rozwiązań przejścia pojedynczego poziomu kilkakrotnie w porównaniu do grania solo. Taki malutki, ale naprawdę mały akcent rpg można powiedzieć. Gra dając nam możliwości ataków zachęca nas do robienia tego niczym w DMC – stylowo. Stylish bejbe, a dostaniesz za to nagrodę w postaci dodatkowych monet oraz lepszego scoringu na koniec gry, jednym słowem warto grać dobrze technicznie w Battle Circuit, jest to opłacalne.

Stage’ów jest siedem plus jeden dodatkowy tzw. True Ending, o którym wspomnę później. Zaczynamy na statku kosmicznym, w którym przyjdzie nam w czasówce (60 sekund) pokonać Mr. Saturna, co ciekawe każdy z złoczyńców w świecie Battle Circuit jest powszechnie znany i ma nadany chip w organizmie z swoim numerem, tzw. przestępczość kontrolowana :). Świetny stage, szybki, przyjemny dla oka i dający kupę frajdy. Można go potraktować jako prolog do przyszłych wydarzeń. Wracając na Ziemię z złapanym przestępcą dowiadujemy się od naszego bossa, że istnieje dyskietka z programem zagrażającym całej ludzkości “Shiva”. Oczywiście mamy ją odzyskać. Tutaj zaczynamy nasze przygody. Ruszamy na ulicę futurystycznego miasta w poszukiwaniach. Przemierzając brudne ulice przyszłości, przez pustynne ścieżki po tym jak zostajemy uprowadzeni w pewnym momencie przy jednym z fajniejszych twistów fabularnych w bitkach chodzonych ever. Trafiamy również na azjatyckie łódki/restaurację, świątynie, czy też budynek na miarę zamku Shoguna (jeżeli chodzi o stylistykę) oraz ostatecznie do poziomu przypominającego jakąś wariację nt. Egiptu i przyszłości, nazywam go piramidą przyszłości, przynajmniej tak skonstruowano w tym poziomie kwestie estetyczne. Pamiętacie zapierdzielanie bryką w Cadillacs & Dinosaurs? Tutaj również pojeździmy w jednej misji, Capcom pięknie wykorzystuje najlepsze motywy swoich poprzednich bitek. Każda z aren (oprócz pierwszej i drugiej) ma area bossa oraz stage bossa. Walczymy z wyglądającym jak Elvis Presley – Johnym, jego lasencją napakowaną babką Barbarą, która co ciekawe robi jeden z ataków – kołowrotek postaci Chun-Li z Street Fightera, oczywiście Mr. Saturnem oraz szefami z gangu “Delete”, wielkiego mecha Octopus Mark, małpę z białogłową na ramieniach – Doc & Jennifer, świetne lasencje na cyber motocyklach pokazujące dupeczkę i piersi w animacji (moje ulubione), cyber mecha z dwoma samurajami w środku – Cyber Samurai, robota na dziwnych zwierzętach przypominających konie – Zipanga oraz ostatniego bossa (wstępnie), szefa gangu Delete – Pluto. Teraz ważna kwestia, grę można ukończyć po pokonaniu Pluto, ale jest też inna możliwość. Jeżeli nasza postać zdobędzie minimum 3200000 punktów docierając do ostatniego bossa, po pokonaniu go uruchamia się dodatkowy stage, tzw. True Ending. Walczymy tam z programem Shiva, dostajemy nawet full upgrade na tę walkę. Przypomina ona piekło, jest naprawdę ciężko bez stracenia życia to ukończyć. Ja po 6 – 7 partiach jeszcze tego nie potrafię :). 

Graficznie wygląda po prostu pięknie, z pietyzmem rysowane animacje ataków specjalnych, konsekwencje użycia ich są odwzorowane idealnie na wrogach, np. użycie ataku specjalnego wypuszczającego prąd powoduje prześwietlenie wroga, który w to wpada niczym na zdjęciu rentgenowskim. Mapy są świetne, chociaż widać, że w Battle Circuit Capcom chciał też trochę zagrać na sentymencie i wykorzystać swoje dziedzictwo bitek chodzonych. Niektóre z map przypominają takie szpile jak właśnie Cadillaci, czy Final Fight bądź Captain Commando albo Warriors of Fate. Mało tego przeciwnicy standardowi to np. dopakowany dinozauro – człek po mutacjach jak w Cadillakach. Easter eggów jest mnóstwo w tym szpilu, arena z bosem wyglądającym jak Elvis Presley przypomina tę z Final Fight, kiedy walczy się z samurajem/ninją na ringu. Pacing gry jest niesamowicie dopracowany, gra się szybko, dynamicznie i co najważniejsze s t y l o w o w najlepszym tego słowa znaczeniu. Co ciekawe, podnosimy jedynie oprócz życia i monet tylko dopakowania do używania ataków specjalnych, nie ma mowy tutaj o dodatkowych broniach typu kij bejsbolowy albo miecz, czy też broń, zrezygnowano z tego w porównaniu do poprzednich bitek Capcomu. Motyw z dokupowaniem combosów, pięknie motywuje do dalszej gry i wraz z postępem uczy nas jak korzystać z coraz to nowszych stylowych combo. Muzyka trzyma się potężnie, to pierwsza bitka od Capcomu, w której postarano się o dopracowanie sfery audio, motywy synth przygrywają nam podczas grania i aż się zatrzymywałem na chwilę w niektórych momentach, aby posłuchać biciku dłużej. Możliwość grania w 4 graczy poszerza nam horyzont definicji stylish! i wrzuca w zupełnie nowe doznania, dzięki potencjalnym combo breakerom w połączeniu kilku postaci naraz. Na ekranie się dzieje, co ciekawe nie jest wcale tak trudno. Oczywiście niektórzy bossowie to dalej hardkor, ale można z czasem się wyuczyć ich ruchów na pamięć i pięknie kontrować. Myślę, że dla wyjadaczy bitek, nie będzie tak źle, zaś dla młodszych graczy to najlepszy tytuł do rozpoczęcia przygody z bitkami – ze względu na progresywne nauki ciosów poprzez wykupowanie skilli co misję. Gra stopniowo uczy takiego laika. Warto też w pewnym momencie ratować Mr. Saturna, który całą grę truje nam dupę, raz jest bossem, raz nas leczy, bo mu pomogliśmy, ogólnie ciekawie zastosowana postać jak na bitki.

Battle Circuit jest bardzo późnym beat’em upem, ale widać też małą rewolucję co do samego podejścia do tego typu gier. Dla mnie póki co to najlepsza bitka na kolekcji Capcomu i aż telepie mnie, aby ruszyć do Nipponu i zagrać w to na automacie. Mimo japońskiego na wskroś stylu, trochę komiksowego z nastawieniem na dziwactwa, broni się miodnym gameplayem, genialnym ostkiem i niesamowitą dynamiką. Szkoda, że nie ukazał się ten tytuł na konsolach stacjonarnych i musieliśmy czekać na debiut aż do 2018 roku. Jeżeli będziecie mieli okazję zagrać, to nie zastanawiajcie się i poczujcie klimat bycia Łowcą Nagród w alternatywnej przyszłości. Warto, warto i jeszcze raz warto!


ndl

Autor: ndl

First time?