Banjo-Kazooie: Grunty’s Revenge

Przygody Banjo-Kazooie (1998 r.) na konsoli Nintendo 64 spotkały się z uznaniem krytyków i graczy. Dzięki czemu doczekały się jeszcze w trakcie tej samej generacji sequela, który ukazał się pod nazwą Banjo-Tooie (2000 r.). Następnie autorzy postanowili wydać przygody wesołego duetu na platformę przenośną. I tym sposobem na cieszącym się dużą popularnością Gameboy Advance (81 mln sprzedanych konsol) zawitał Banjo-Kazooie: Grunty’s Revenge.


Banjo-Kazooie: Grunty’s Revenge nie jest co prawda pełnoprawną kontynuacją, lecz spin-off’em głównej serii. Historia opowiada o wydarzeniach po ostatniej części przedstawionej w Banjo-Tooie. Po ponownej klęsce Gruntylda opracowuje nowy plan zemsty. Konstruuje maszynę, dzięki której udaje się w podróż w czasie, przed wydarzeniami z pierwszego Banjo-Kazooie i porywa naszą wierną kompankę Kazooie (dla niewtajemniczonych Kazooie jest płci żeńskiej). Tym sposobem chce odwrócić przebieg niepomyślnych dla siebie wydarzeń. Banjo z pomocą szamana Jumbo podąża w jej ślad do przeszłości, aby udaremnić nikczemny plan. W związku z zaistniałą sytuacją w początkowym etapie gry jesteśmy ograniczeni tylko do postaci Banjo. Jednak szybko uwalniamy Kazooie i szaleńczy duet rozkręca się na całego. W tym aspekcie czuć, że klimat Grunty’s Revenge pozostaje wierny serii, nawet jeśli czasami nie oddaje tej samej magii, co w poprzednich częściach. Mankamentem do którego mógłbym się tylko  przyczepić jest dość mało spójna historia. Sprawia wrażenie zrobionej od niechcenia i na szybko. Pomimo motywu podroży w czasie w zasadzie w całej grze nic nie odnosi się do tego elementu. Nie zauważyłem żadnych odniesień do poprzednich części. Podroż w czasie to tylko tło. A szkoda, bo można było to wykorzystać w kreowaniu ciekawej rozgrywki.

Przechodząc już do właściwej treści, to nadal jest to platformówka, a gameplay nastawiony jest na zbieractwo i elementy zręcznościowe. Największą różnicą względem wersji na duże konsole jest to, że zamiast prezentować grę w pełnych trzech wymiarach, jesteśmy ograniczeni do stałego kąta kamery i wstępnie renderowanego tła. Wynika to przede wszystkim z dość skromnych możliwości GBA w stosunku do Nintendo 64. Jednak w efekcie końcowym to kompromisowe rozwiązanie sprawdza się stosunkowo dobrze. Pre-renderowana grafika wygląda ładnie i wizualnie przywodzi na myśl Donkey Kong Country. Rozczarowuje zaś brak ładnych dla oka efektów wizualnych znanych z innych produkcji na GBA, takich jak odbicia w wodzie czy falowanie obrazu. Trochę tandetnie wygląda też proces transformacji naszego duetu w inne formy zwierząt. W pierwowzorze sprawiało to wrażenie autentycznego. Tutaj zaś jest to po prostu tandetne!

Niestety izometryczny rzut kamery wiąże się także z pewnymi mankamentami. Mając stały kąt widzenia, niektóre elementy terenu mieszają się ze sobą i utrudniają ocenę wysokości i głębokości podczas przeskakiwania pomiędzy platformami. I mimo, że widać jak wielki trud został włożony w jak najbardziej czytelne rozplanowanie przestrzeni, tła i obiektów na nim, to i tak zdarzało mi się mieć problem w rozeznaniu się co gdzie czym jest. Zdarzało się, że nie byłem pewien czy wykonując skok to dolecę na widoczną platformę, czy też spadnę obok. Mimo tego, większość elementów jest czytelnie zaprezentowana. Momentami wpleciono także elementy za które możemy się schować. Co nadało trochę większego poczucia głębi. Z powodu wymienionych wyżej niedogodności, początkowo miałem problem z przestawieniem się z pełnego 3D na płaskie 2D w rzucie izometrycznym. Jednak im dłużej obcowałem z tym tytułem tym bardziej mi się podobał. I tym łatwiej przychodziło mi poruszanie się tym świecie. Warto zwrócić uwagę na poziom trudności w grze. Początkowo wydaje się dość prosta i nieskomplikowana. Jednak z upływem czasu wzbogaca się o dodatkowe elementy. Świat coraz bardziej się rozszerza ukazując swoje nowe zakątki. Zaś nowych umiejętności stopniowo nam przybywa. Także podnoszona jest poprzeczka i od nas graczy oczekiwane jest coraz sprawniejsze poruszanie się postacią.

Jeżeli już jesteśmy przy umiejętnościach naszych bohaterów, to każdy weteran Banjo-Kazooie z Nintendo 64 pamięta jak wiele ich nam było dane. Tutaj także nie poskąpiono w tym temacie. Szybko nauczymy się znanych akrobacji. Niestety na tym zakończą się plusy, bo poza znanymi ruchami nie dodano nic nowego. Z drugiej strony może to i dobrze, że w miarę możliwości rozgrywka jest uproszczona. Podstawowy zestaw fikołków jest wystarczający. Zaś dodatkowe niepotrzebnie by tylko komplikowały i tak niełatwe poruszanie się w rzucie izometrycznym. I pomimo pewnych wad i zalet zastosowanego rozwiązania to za jedno na pewno należy pochwalić twórców. Za poziomy podwodne. Bowiem przy całym tym skomplikowaniu wynikającym z ograniczeń konsoli i rzutu izometrycznego, okazały się one bardzo miłe w rozgrywce. Nie tylko poruszamy się w płaszczyźnie poziomej, ale też możemy się zanurzyć lub wynurzyć. Spodziewałem się, że ten element może być bardzo kiepski lub trudny, jednak pozytywnie się zaskoczyłem, bo sterowanie i orientacje w przestrzeni rozwiązano bardzo dobrze. Tak więc nie miałem większych problemów z poruszaniem się w etapach podwodnych.

Trochę nowości zaś podsunięto nam w kwestii transformacji. Tym razem nasz główny szaman w grze zamieni nas w kilka nowych postaci. Każdy z tych zwierzaków czy ożywionych przedmiotów posłuży do rozwiązania kolejnych zagadek. Jednak poza tym nie wiele więcej wprowadzono do samego elementu zmiany postaci. Nadal jest to potrzebne do zdobycia puzzli czy nutek. Jak już wyżej wspomniałem Banjo-Kazooie: Grunty’s Revenge poza elementem zręcznościowym, kładzie także nacisk na zbieractwo. Dlatego też tak jak w poprzednich częściach, tak i tutaj mamy ekran ze statystykami. Wszystkie przedmioty kolekcjonerskie są rejestrowane na łatwym do śledzenia ekranie statystyk, który pokazuje każdą plansze i ilość każdego z ukrytych na niej przedmiotów do zebrania. I uwierzcie mi, będziecie odnosić się do tego ekranu wiele razy, zwłaszcza jeśli staracie się ukończyć grę w 100 procentach.

Projekty poziomów są wykonane nie tylko ładnie, ale także zostały dobrze przemyślane. Zaplanowano ich co prawda tylko 5, ale są one konkretne i z pomysłem. Oczywiście nie policzyłem świata szóstego będącego łącznikiem pomiędzy wszystkimi pozostałymi planszami. Nie wydłużano bezsensownie rozgrywki, dzięki czemu nie wracamy się za wiele. Także nie ma mowy o chodzeniu za niczym, bo na każdym kroku czeka nas coś nowego. I to ciągnie do dalszej rozgrywki. W każdym z tych światów mamy do zdobycia pewną ilość puzzli (zwanych Jiggies), które zapewniają dostęp do następnego obszaru. Nasze przeczesywanie kolejnych krain w pogoni za nutkami i puzzlami co jakiś czas przerywać będą mini gry. Nie są one ani szczególnie wymyślne ani trudne, ale urozmaicają rozgrywkę. Przyjdzie nam najczęściej łowić ryby w rzece, wziąć udział w zjeździe po spiralnej rynnie niczym szaleńczym wyścigu na zabój gdzie musimy omijać przeszkody czy strzelanie do okrętu piratów. Nie mają one porównania do naprawdę wciągających mini gier z Banjo-Kazooie na dużej konsoli. Mimo to dobrze, że umieszczono takie przerywniki.

Grunty’s Revenge jest bardzo prostą i konwencjonalną platformówką przygodową. Mocną zaś stroną tego tytułu będą wypowiedzi, które usłyszymy, a raczej przeczytamy w trakcie rozgrywki. Dialogi pomiędzy bohaterami trzymają klimat pierwowzoru. Nie zabraknie zabawnych tekstów i złośliwych docinków ze strony Kazooie. To cwane ptaszysko nie jest głupie i w kasze nie pozwoli sobie dmuchać. Najlepiej to widać w tekstach dialogowych z naszym przewodnikiem kretem, z którym to już standardowo ma na pieńku. Znajdziemy tu typową wymianie dość złośliwych komentarzy.

Tytuł wyraźnie aspiruje do swojego większego brata. I całkiem dobrze mu to idzie. Jednak jeszcze trochę brakuje do tego rewelacyjnego efektu na Nintendo 64. Zapewne wiele ograniczeń wynika ze skromnych możliwości GBA. Ale biorąc to pod uwagę to autorzy wywiązali się dobrze z zadania. Z jakim entuzjazmem przyjęto grę w czasach jej premiery mogę tylko się domyślać na podstawie ocen z ówczesnych recenzji. A oceniano dość rożnie, bo oceny wahały się od 6 do 8 w skali 10 punktowej. Ja zaś z perspektywy czasu, złakniony jakichkolwiek dalszych przygód miśka i spółki mam mieszane uczucia. Gra z jednej strony cieszy, bo to moja ulubiona seria, a z drugiej potrafi rozczarować. Momentami zaskakuje i aspiruje do pierwszej części, żeby za chwilę sprowadzić nas na ziemię i przypomnieć, że jest całkiem przeciętnym, aczkolwiek solidnym tytułem. Jako gra platformówkowa wywiązuje się z oczekiwań jako bardzo solidna pozycja. Ale poprzeczka ustawiona przez Banjo-Kazooie, jest zawieszona wysoko i z powodu dużych oczekiwań czasami gra potrafi mocno rozczarować. Lubić nie trzeba, ale znać już tak. W końcu Banjo-Kazooie: Grunty’s Revenge to solidna mała platformówka, nawet biorąc pod uwagę jej różne niedociągnięcia. Fani serii i gatunku mogliby bezpiecznie dodać ten tytuł do swojej biblioteki, o ile przymkną oko na dość krótki czas gry i nie oczekują takiego samego poziomu wykonania, jaki jest obecny w wydaniach na Nintendo 64. Więc jeśli tęsknisz za kolejną wycieczką na Spiral Mountain, to polecam.

Na koniec chciałbym wspomnieć trochę o historii powstawania gry. A nie była to krótka i miła historia. Gra generalnie można rzec, rodziła się w bólach. Produkcja Grunty’s Revenge rozpoczęła się dość wcześnie, bo już w 1999 roku. Jednak z powodu pewnych perypetii ciągnęła się aż cztery lata. Pierwotnie tytuł planowano wydać jeszcze na GBC pod nazwą Banjo-Kazooie: Curse Grunty. Pomimo, że prace nad grą ruszyły jeszcze przed rozpoczęciem tworzenia Banjo-Tooie, to z uwagi na mały zespół, który nad nią pracował, trwały one dość długo. Na dodatek po drodze prace całkowicie wstrzymano i postanowiono o ich wznowieniu dopiero po zmianie platformy z GBC na nowszego i wydajniejszego GBA. Gra już pod nowym tytułem Banjo-Kazooie: Grunty’s Revenge została ogłoszona i zaprezentowana wraz z innymi grami na GBA, nad którymi pracowało studio Rare, w czasie konferencji E3 w 2001 roku. W tym czasie doszło do poważnych zmian, które doprowadziły do tego, że firma Rare została przejęta w 2002 roku przez Microsoft. Mimo tych wszystkich zawirowań  kontynuowano prace nad grą doprowadzając do jej publikacji w 2003 roku. Oficjalnie gra została wydana w Ameryce Północnej w dniu 12 września 2003 r., zaś w Europie w dniu 24 października tego samego roku. Była to pierwsza gra Rare po wykupieniu ich przez Microsoft. I patrząc w jakich okolicznościach powstawała, to aż dziw, że możemy w nią dzisiaj w ogóle zagrać.

Warto jeszcze wspomnieć, że początkowo w Grunty’s Curse’s planowano przedstawić zgoła odmienną historię. Toczy się ona w równoległym świecie, kilka lat po wydarzeniach z Banjo-Kazooie. Nie występuje wątek podróży w czasie. Zaś Gruntilda dosłownie butelkuje dwóch naszych kumpli, krecika i szamana, zaś Kazooie zostaje zamieniona pod wpływem złej magii w potwora. Nam przypada zaś rola bohatera. Musimy przede wszystkim odczarować Kazooie. Jednak, aby to uczynić potrzebne są magiczne przedmioty. Jak wiadomo z tego pomysłu niewiele zostało w ostatecznym produkcie. Jednak można tam znaleźć aluzję do tej historii, gdy w formie żartu Banjo mówi do Kazooie, że jest zaskoczony, że Gruntilda nie zmieniła jej w potwora. Ponadto Grunty’s Curse’s miała zawierać znacznie więcej poziomów i ulepszeń niż Grunty’s Revenge. Także planowano tryb wieloosobowej rozgrywki za pomocą kabla Game Link Cable umożliwiającego połączenie się z drugą konsolą GBA. Te jak i wiele innych rozwiązań jednak nie znalazło się w ostatecznej wersji.

Jedynie czego można żałować, że obecnie studio Rare, dysponując możliwościami i wsparciem ze strony Microsoftu, nie zdecydowało się na remake z usprawnieniem i dokończeniem pomysłów, które nie znalazły się w obecnej grze.

 

@ Valoo

Valoo

Autor: Valoo