Asura’s Wrath

Share

Tuż przed ostatnimi chwilami swojej egzystencji w uniwersum Asura’s Wrath zwykło się słyszeć gniewny, przerażający krzyk. To znak nadciągającego wkurzonego, żądnego zemsty półboga którego chyba nic nie jest w stanie powstrzymać. Gniew Asury potrafi bowiem poruszać planety, tworzyć kratery porównywalne z bombami atomowymi, niszczyć przeciwników wielkości kilku galaktyk i podążać nawet za istotą boską do końca, aby niczym Kratos w God of War upomnieć się o sprawiedliwość. Dla tego gościa nie ma litości i co najważniejsze świętości z wyjątkiem… jego jedynej córki.


Przygody naszego Asury to ciężki orzech do zgryzienia. Shounenowa otoczka, miliardy krzyków głównego bohatera, niekończące się powroty zza światów i transformacje na poziomie Dragon Balla jak nie lepiej, będą nam towarzyszyć przez całą przygodę. Asura’s Wrath ufundował nam CyberConnect2, wydał zaś Capcom w 2012 roku. Jest najprościej ujmując grą akcji w której widzimy mieszankę takich gatunków jak beat’em upy, strzelankę na szynach i w głównym tonie jednak cinematic experience, czyli niczym Cage’owski Heavy Rain bądź Fahrenheit, ale stworzony na wzór serialu anime, w którym rozdziały przypominają następny odcinek emitowany w japońskiej telewizji.

Nasz główny bohater należy do rasy półbogów, którzy podejmują walkę z rozszerzającą się plagą istot zwanych Gohmą. Przy tym należy do kawalerii ośmiu głównych generałów, najsilniejszych istot na planecie Gaea. Całość jest podana w miksie buddyjskiej mitologii z sci fi, więc o wiele rzeczy po prostu nie warto pytać i dostosować się do przedstawianego klimatu.

Początek gry to walka z siłami Gohmy w kosmosie, gdzie z planety wyjawia się wielki stwór który odradza się co kilkaset lat coraz silniejszy. Poznajemy tam resztę towarzyszy oraz dostajemy szybkie wejście w grę za pomocą sekwencji QTE oraz strzelanki na szynach. I już od samego początku widać, że będzie bardzo shonenowo, będą koksy z pokładem niekończącej się energii, będą epickie bitwy i zapewne niekończący się ciągły rozwój naszego bohatera przyjmującego różne formy.

Aby jednak zapobiec dalszemu odradzaniu się złej bestii prawdopodobnie dowodzącej siłami stworów nazywanych w grze Gohma, jeden z towarzyszy Asury wpada na pomysł wykorzystania jego córki w celu generowania większych pokładów energii zwanej Mantrą. Wiąże się to jednak z uwięzieniem młodej kapłanki i wykorzystaniu jej w celach nośnika jak i magazynu w jednym całej energii życiowej kosmosu. Wiedząc, że Asura nie wyrazi na to zgody i nie odda córki na takie poświęcenie dochodzi do serii wydarzeń, w których nasz główny bohater zostaje zdradzony. Przy tym jego żona zostaje zamordowana, córka porwana, a on sam pokonany i zrzucony w otchłanie zapomnienia.

Jednak jak to w typowym shonenie, Asurze mimo odniesionych obrażeń udaje się przeżyć i budząc się w miejscu, które jest pograniczem życia i śmierci postanawia wrócić do świata żywych aby dokonać zemsty na zdrajcach oraz uratować córkę. I tutaj rozpoczynają się fajerwerki…

Fajerwerki, które robią wrażenie w przypadku filmików oraz dynamiki akcji przedstawianej przez nie. Jednak musicie wiedzieć na starcie, że założenie przez twórców w postaci stworzenia gry w stylu serialu anime wiąże się z… oglądaniem właśnie takiego serialu z małymi przerwami na samo granie. Większość naszej aktywności opiera się na oglądaniu cut scenek oraz wciskaniu odpowiednich przycisków dzięki QTE. Chwilowe skoki w bok podczas szpilania albo oglądania (jak kto woli) to na wzór beat em upów walka na małych arenach, gdzie w większości dąży się do wciśnięcia zakończenia również w postaci QTE bądź naładowania naszego paska gniewu, który po załadowaniu odpala Burst i oglądamy następną cut scenkę, oczywiście jak najbardziej miodną. Drugim skokiem w bok są motywy strzelanki na szynach, tutaj jest prawidłowo i efektownie, ale dalej kończy się w większości na naładowaniu paska odpowiadającego za wkurzenie i odpalenie naszego Bursta, który prowadzi do… sekwencji QTE. Tak naprawdę skipując cut scenki w każdej z misji, to pozostaje gdzieś 4 – 5 minut czystego grania.

 

 

Mimo wszystko ogląda się to z zaciekawieniem, jest dużo krzyków, epickich walk i dla kogoś kto lubi shonenowe klimaty to siądzie gierka bez problemu. Czasami wręcz do bólu przypominając japońską hybrydę Dragon Balla z God of War. Nasz Asura to niesamowity koks i lepiej nie podskakiwać chłopakowi, czego doświadczą hordy przeciwników na własnej skórze. Kiedy myślisz, że już raczej nie da się z niego zrobić większego kozaka, a nawet jesteś świadkiem jego upadku to w końcu i tak wraca niczym złowrogi duch z jeszcze silniejszą mocą i transformacją. Kilka chapterów przy tym zagramy również drugą postacią, która jak to w typowym anime jest przeciwieństwem głównego bohatera, z zdrowym rozsądkiem, głową na karku i analitycznym myśleniem przy tym będąc równie silnym.

Po każdym z “odcinków” czekają na nas piękne arty przygotowane przez japońskich ilustratorów opowiadające kawałek historii Asury i przerzucające nas do następnego motywu fabularnego. Estetycznie to mistrzostwo świata i oglądałem je z wypiekami na twarzy. Sam tytuł graficznie stoi na przyzwoitym poziomie, czasami nawet fenomenalnym jak na konsolę poprzedniej generacji. Jest klimat japońskich komiksów, wiernie oddająca to grafika z cel shadingowym zacięciem, tylko że na PS3 potrafiąca dać spore spadki w animacji w niektórych momentach i na pewno przez to samo granie nie było najprzyjemniejszym doznaniem w moim życiu. Za to ścieżka dźwiękowa to już górnolotne wykonanie, każdy z utworów wspaniale oddaje klimat tego co wyrabia się na ekranie, a że większość to będzie ostra młócka z hordami przeciwników albo bossów o sile bogów bądź rozmiarów planet to musi być przepełniona odpowiednią energią. Na dodatek epicka walka, heroizm i bunt naszego Asury w stosunku do zastanego świata i jego harmonii pięknie oddaje motyw główny, a momenty które mają łapać za serducho i powodować ciary na plecach wspierane są utworem Furueru Kokoro, który idealnie oddaje powagę sytuacji. Warto posłuchać!

 

 

Zresztą nie mogło być mowy o słabym soundtracku do tytułu, kiedy zabiera się za niego taka osoba jak Chikayo Fukuda. Wcześniej pracująca w szeregach Segi, a z tytułów poza ekipą od niebieskiego jeża kojarzyć możecie ją z kompozycji do Silent Bomber (PSX), czy Solatorobo: Red the Hunter (DS) oraz serii .hack// czy gier na licencji Naruto. Wspaniale wyszła jej praca przy Asura’s Wrath i ost to jeden z największych plusów, do którego nie ma nawet jak się przyczepić.

Walki z bossami zaś zapamiętacie na długo, scenki przygotowujące do walk z nimi, niektóre z smaczków jak np. na samym początku gry podczas walki w kosmosie pokazywana “okejka” od jednego z żołnierzy kiedy przelatujemy obok niego, czy świetnie zaaranżowana kąpiel w gorących źródłach z naszym byłym towarzyszem tuż przed braterską bitwą na śmierć i życie, gdzie rozmawiamy o czasach przeszłych, popijając sake, spoglądając na piękne piersi naszej “kelnerki”, a nawet mamy możliwość ochlapywania jej wodą (stulejka power). Wszystko to podane w interaktywnej scenie wyciągniętej niczym z Heavy Rain, zresztą cała Asura’s Wrath próbuje naśladować gry Cage’a tylko, że w swój japoński, dziwaczny sposób. Najbardziej jednak powalił mnie na łopatki motyw, który pojawia się kilkakrotnie podczas walk z bossami. Ci tuż przed walką w interaktywnej scence zaczynają wspaniałe (wg nich) monologi, przy których wkurzenie Asury sięga zenitu. Mamy wtedy możliwość naciśnięcia w każdym momencie przycisku akcji i Asura przerywa ten denny monolog przeciwnika ruszając zaraz do walki i wykonując pierwszy cios. Naprawdę świetnie to zrobiono i przy każdej takiej akcji czekałem chwilkę aż nasz przeciwnik się będzie rozkręcał w swoim “wspaniałym” przemówieniu, aby przy jego puencie przerwać mu ciosem w facjatę. Kończ waść panie, bo zanudzasz!

Sporo z walk wyreżyserowanych jest w westernowy sposób, co będzie przyprawiało o dreszcze podczas epickich akcji wykonywanych przez nas jak i przeciwnika. Często uderzając w zasadność gniewu naszego bohatera, a wiedzcie że dla Asury nie ma barier. Jest w stanie poświęcić cały świat dla swojej rodziny i często gra będzie uderzać w kwestie moralne jego czynów porównując je do celów naszych wrogów. Przez całą grę spotkamy naszego protagonistę w różnych formach, które będą odzwierciedlać jego poziom gniewu za wyrządzone mu krzywdy. Mam słabość do historii z motywem zemsty i chociaż to tak oklepany i stary jak świat motyw to dalej potrafi mnie przykuć do danego dzieła. A tutaj muszę przyznać, że motyw zemsty został poprowadzony fenomenalnie skupiając się na jednej z największej emocji towarzyszącej w postaci gniewu. Zresztą tytuł gry nie wziął się znikąd.

I wszystko byłoby ok, przeżułbym i splunął brakiem jakiegoś większego “gameplayu” w samej grze oraz spadki animacji gdyby nie to, że prawdziwe zakończenie jest podane… w płatnym DLC. Należy je wykupić za niecałe 30 zł (dzisiaj) aby zobaczyć prawdziwy ending, do którego prowadzi nas zakończenie w ‘podstawce’. To krótki dodatkowy chapter, który faktycznie zamiótł mną o podłogę i faktycznie jest to najlepsza część całej historii z wspaniałym, wzruszającym zakończeniem, ale sama praktyka sprzedawania tego oddzielnie i sam czyn Capcomu jak i CyberConnect2 zakrawa o zemstę… tylko, że ze strony graczy. Na całe szczęście dla nich gracze to nie półbogowie próbujący przewrócić zastany świat do góry nogami niszcząc wszystko po drodze, więc wyciągnąłem kartę i grzecznie kupiłem te DLC, aby obejrzeć już ending i ukończyć całą historię. Za takie praktyki należy się jednak gniew Asury i postawienie do pionu. Kij wam w bambuko!

 

 

Reasumując, na pierwszy rzut oka Gniew Asury oprócz udźwiękowienia robi dosłownie wszystko źle. To brawler, który ma więcej przerywników niż rozgrywka. Jest wypełniony po brzegi sekwencjami QTE. Spadki animacji na PS3 doprowadzają czasami do bólu mózgu, a prawdziwe zakończenie to DLC, na które dodatkowo trzeba wyłożyć hajs. Jednak mimo tych wszystkich negatywnych czynników Asura’s Wrath daje nam wspaniały klimat hybrydy God of War z Dragon Ballem w stylistyce serialu, zresztą słusznie nazywanym “interaktywnym anime”. Poczucie epickiej wojny z głównym motywem zemsty, gdzie nawet bogowie nie są w stanie uchronić się przed naszym gniewem. Potężni bossowie wielkości planet, świetna narracja i pierdyliard krzyków bohaterów, tak mocno wciskających się w podświadomość gracza, że walka kojarzy mi się teraz… w większości z krzyczeniem wniebogłosy haha. Jest to pozycja na pewno wyróżniająca się w bibliotece gier na poprzedniej generacji, a naszego protagonistę postawiłbym w ringu z samym Songiem z Dragon Balla sprawdzając kto wygra. Nawet trafiłem w czas, bo na stronie leży właśnie recenzja jednej z gier w uniwersum Smoczych Kul. Jeżeli lubicie shonenowy klimat, nie przywiązujecie zbyt dużej wagi do gameplayu, raczej skupiając się na narracji, klimacie i historii, a przy tym uwielbiacie epickie pojedynki to warto zagrać w Asura’s Wrath. Jednak ze względu na konieczność wrzucenia jej w ramy jakiejkolwiek oceny, będąc nie najlepszym tytułem w pozycji samego produktu jakim jest gra wideo oraz płatnego DLC z prawdziwym endingiem Asura’s Wrath kończy na Można Sprawdzić, remisując z przygodami Songa z DB. To świetne anime, ale co najwyżej średnia gra. Dla mnie jednak to było udane 12 h seansu.

 

ndl

ndl

First time?

Może Cię również zainteresować: