25 lat PlayStation

Share

Dziś, czyli 29.09.2020, mija dokładnie 25 lat od premiery PlayStation w Europie. Sony przy produkcji szaraka sporo ryzykowało, ale opłaciło im się to i geneza powstania PlayStation do dziś jest wręcz idealnym przykładem startu w nowej branży. Mimo wielu przeciwności. Przy tej okazji razem z ekipą CP zapragnęliśmy wrócić do naszych początków z konsolą Sony. Będzie trochę sentymentalnie, ale nie zbraknie też świetnych gier w tym wspominkowym materiale. Gościnnie wystąpi Bodzio ze StrefyPSX. Zapraszamy do lektury i piszcie śmiało w komentarzach jak wy wspominacie szaraka!


Moja przygoda z szarakiem zaczęła się dość późno, jeżeli weźmiemy pod uwagę datę premiery sprzętu. Nie oznacza to jednak, że nie byłem świadomy jego istnienia. Wręcz przeciwne! Jako pięciolatek ogrywałem swoje pierwsze tytuły na Atari 2600 (lub jej klonie – pamięć zawodzi), a dalszym etapem był Pegasus. Można więc powiedzieć, że zaszczepiono już we mnie iskierkę gracza. Co prawda nie było wtedy wszechobecnego youtube’a, a reklamy gier w tv praktycznie nie istniały.

Wtedy oazą i jednoczesną skarbnicą wiedzy były oczywiście coraz prężniej rozwijające się magazyny o grach. Nie mogłem oczywiście pozwolić sobie na zakup wszystkich, ale rytuałem stało się dla mnie godzinne przebywanie w Empiku (nazywałem to cotygodniową prasówką), przy każdorazowym wypadzie na zakupy. Tam śledziłem losy kolejnych pojawiających się konsol. Nie da się ukryć, że posiadając w domu Pegasusa, mój wzrok najbardziej przyciągały trójwymiarowe gry, które odbiegały o lata świetlne od tego w co ja grywałem na chińskich, żółtych dyskietkach. Wydaje mi się, że widząc nowe gry na PSX’a czy też N64, moje oczy robiły się większe od tych, które posiadają postacie z anime.

Były to oczywiście zupełnie inne czasy od dzisiejszych. Wydaje mi się, że dzieciaki nie były tak zepsute i rozpieszczane zarazem, jak dzisiaj. Człowiek cieszył się z byle pierdołki na prezent, a dłużej odkładane kieszonkowe potrafił przeznaczyć na książkę. W domu też się zbytnio nie przelewało i chociaż rodzice doskonale wiedzieli, że marzę o tak “luksusowych” konsolach, to ja sam nie trułem im tym dupy. W zamian za to byłem cotygodniowo zawożony do salonu gier, gdzie z kumplami na zmianę ogrywaliśmy gry od Sony jak i Nintendo (choć zdecydowaną większość czasu pochłaniał szarak). Facet z salonu kojarzył mnie już na tyle dobrze, że często mi się zdarzyło dostać godzinkę gratis, oczywiście pod warunkiem, że było wolne stanowisko.

To właśnie w salonach gier poznałem takie szpile jak: Gran Turismo, Tekken 3, Crash, MediEvil, DoA, czy Destruction Derby. Oczywiście, będąc 2-3 h w salonie, raz w tygodniu, nie mogłem sobie pozwolić na ogranie całych gier, a zwłaszcza takich, gdzie fabuła rozciągała się na 40 h, a sam fun zamykał się nawet w 100.

Tak jak wspomniałem na początku, szaraka w domu miałem dość późno. Historia potoczyła się tak, że w wakacje 2000 roku, po powrocie z podwórka na tapczanie czekała na mnie czarna torba na ramię z rozpoznawalnym przez każdego gracza logo PlayStation. Nie było dla mnie ważne, że szarak zbliżał się do schyłku swego istnienia na rynku, a tuż za rogiem kukała już czarnulka. Byłem świadomy dwóch rzeczy:

— dla rodziców i tak to był duży wydatek

— czekają mnie setki gier do ogrania

Niezaprzeczalnym plusem zakupu konsoli pod koniec generacji, jest fakt, że na rynku są tony szpili do ogrania. Tak więc dostałem PSX’a, a wraz z nim była jakaś płytka demo + pełna wersja drugiej części Tobmiego! — gry — która po dziś dzień jest dla mnie jedną z najlepszych gier z pogranicza przygodówki i platformera. Zaczęła się dla mnie złota era gracza, bowiem mogłem ogrywać największe hity, które po dziś dzień są tytułami kultowymi. Masowo zacząłem kupować PlayStation Magazyn, gdzie czytałem recenzje i ostatki gier, jakie jeszcze mogły zostać wydane na mającego już u nas 5 lat szaraka. Tak trafiłem na zapowiedź gry, która po dziś dzień jest dla mnie najlepszą grą jaka wyszła na szaraka, oraz najlepszym jRPG’iem ever — oczywiście mowa o Final Fantasy IX. Płytki demo dołączane do magazynu potrafiłem ogrywać tygodniami, a z  czasem miałem 3-4 gry, które wymieniałem u Pana Jacka. Po roku jechania na oryginałach ktoś w pracy zaproponował ojcu załatwić po taniości przeróbkę konsoli, by grać w pirackie wersje gier. Takie były czasy, a ja osobiście nie miałem na to wpływu, bo chcąc nie chcąc (mając 13 lat), moje jedyne źródła mamony to: kieszonkowe, oraz  hajs za zbieranie makulatury i puszek. Przeróbka szaraka otworzyła mi nagle nieograniczony dostęp do wszystkich wydanych tytułów, zarówno tych starszych, jak i tych tuż po premierze. Zdarzało się nawet młócić w gry, które były przez developerów ukończone, jednak ich premiera nigdy nie ujrzała światła dziennego. Niewątpliwym i dla wielu znanym przykładem będzie zapewne krwawy i bardzo brutalny Thrill Kill. Początkowo uważałem to za super sprawę, bo przecież kto by nie chciał ograć każdej dostępnej gierki, nie martwiąc się dziurami w portfelu? Z biegiem czasu zdałem sobie jednak sprawę z jednej bardzo ważnej rzeczy. Zbyt duża dostępność gier na wyciągnięcie ręki potrafi osłabić pasję. Tak było w moim przypadku. Z miesiąca na miesiąc rozdrapywałem tony tytułów, jednocześnie ich nie kończąc i sięgając po następne. To doprowadziło do sytuacji, że granie w tyle gier stało się trochę nużące. Pewne powiedzonko mówi “od przybytku głowa nie boli” — mnie jednak rozbolała. Najzwyczajniej straciłem poczucie wartości gier poprzez granie na piratach. Na oryginałach doceniałem dosłownie każdy nabyty tytuł, delektowałem się nim. Być może fakt wydania większych pieniędzy sprawiał, że nowy nabytek miał w moich oczach sporą wartość — nawet jeżeli tytuł sam w sobie był przeciętny. Dzięki temu zrozumiałem, że piractwo to nie tylko łamanie prawa, ale też często psucie sobie radości z grania. Od tego czasu, przy następnych konsolach, które posiadałem w miarę możliwości (czyli jak portfel pozwalał) starałem postępować zgodnie ze swoim sumieniem. Żadna kolejna konsola goszcząca w moim domu nie widziała już w swoim czytniku pirackich gierek.

Cóż mogę dodać? Wspomniany szarak wciąż gości w mojej szafce i po 20 latach  jest od święta odpalany — działa świetnie. Sporo tytułów do których bym chciał wrócić jest dostępnych w cyfrowej dystrybucji na kolejnych sprzętach, lub powstał ich remake / remaster. Nie zmienia to jednak faktu, że to właśnie na tej szarej konsolce odkryłem gry, które ogrywam po dziś dzień — nawet jeżeli ogrywam je na innych konsolach. Jeżeli miałbym wskazać najlepsze lata mojego growego żywota, to z czystym sumieniem mogę wskazać czas królowania na rynku PSX’a. Łezka kręci się w oku, gdy tylko pomyślę, że minęło już 25 lat od premiery. Na koniec najtrudniejsze zadanie, czyli moje…

TOP 5:

  1. Final Fantasy IX
  2. Tombi! 2
  3. Tony Hawk’s Pro Skater 2
  4. Crash Bandicoot 3: Warped
  5. Legacy of Kain: Soul Reaver

 


To już 25 lat, ale ten czas leci… Człowiek dopiero co siedział całymi dniami na automatach i nawalał w Metal Slug, a tu już niedługo PS5. Postaram się przybliżyć wam swoją przygodę z szarakiem, mam nadzieje w miarę zwięźle. Jeśli chodzi o moje początki, to byłem gnojkiem, gdy konsola o nazwie PlayStation weszła na nasz rynek, do tej pory grało się na: automatach, komodach, pegasach i atarynkach (sporadycznie jakiś Mega Drive). Przeskok z 2D do 3D był dla mnie ogromny. I choć teraz może nie zachwycam się grafiką, tak wtedy to było przełomowe osiągnięcie, a że nikt z znajomych nie posiadał Nintendo 64, czy Saturna tak nie licząc automatów i PC pierwszy raz w prawdziwe 3D grałem właśnie na szaraku. Nie pamiętam dokładnie kiedy, ale pierwszy kontakt z maszyną miałem, gdy kumpel z klasy w 96 lub 97 kupił swój model (czy tam jego rodzice). Posiadał do tej pory Rambo (klon Atari 2600) i PC. U mnie w rodzinie się nie przelewało i Pegasus z targowicy, to był max na jaki mogłem liczyć… W tamtych czasach u kolegi ogrywaliśmy wszystko, a od 98 nawet lataliśmy z gazetami, by wspólnie kupować PS Magazine i ogrywać wszystkie demka jakie mogliśmy. Pamiętam jak zobaczyliśmy przedmeczowe intro z stadionem w demie This Is Football, normalnie opad szczęk! Zresztą Manta i T-rex też robiły robotę i pewnie każdy kto zbierał demka wie co mam na myśli… Katowaliśmy wtedy bardzo Tekkena 2 i Soul Blade (intro z tej gry wyrwało mnie z kapci i do dziś mam ciarki jak tylko je odpalę, debeściak), oraz wiele innych, a że nie piraciliśmy, bo nawet nie wiedzieliśmy co to piractwo (nie licząc kopiowania na dyskietkach przed rodzicami Dooma i Mortal Kombat 2), to gier było niewiele. Jakoś pod koniec 98 lub na początku 99 kumpel stwierdził, że wraca do PC i kupuje Voodoo 3, dlatego sprzedaje PSX’a. Oczywiście z miejsca stwierdziłem, że biorę go od niego i tak stałem się posiadaczem szaraka.

Połowę kasy musiałem sam uzbierać (na truskawkach), drugą dorzucili rodzice. Miałem wtedy w domu stary TV Unitra, z 4 guzikami na kanały i dostrajaniem na pokrętła. Oczywiście wejście antenowe i S-Video (w tamtych czasach nawet nie wiedziałem do czego służy). Problem w tym, że ustawienie przez antenę PSX’a, to była katorga, bo albo był czysty obraz, a dźwięk trzeszczał, albo odwrotnie… Po jakimś czasie ubłagałem rodziców na “nowoczesny” TV 21″ CRT z pilotem, to był dzień tak wielki, że czułem się jak babcie, które dowiedziały się, że będzie papież w mieście. No i zaczęło się. Nocne przesiadywanie, zapraszanie kolegów na gry, pierwsze zarwane nocki jak rodzice zostawali w domku letniskowym. Teraz to już ledwo to pamiętam, ale wiem, że byłem szczęśliwy, bo w domu czekał nie tylko Dragon Ball na RTL7, ale i Tekken 3, Tenchu, Resident Evil, Rage Racer, Final Fantasy VIII i wiele innych gier, w które grałem w każdej wolnej chwili, no chyba, że wychodziłem grać w piłę z kolegami… Którzy o dziwo nie raz byli zazdrośni o konsolkę: “wyszedłbyś pograć w gałę, a nie tylko siedzisz w domu” haha klasyk. To były czasy. Oczywiście mniej chodziłem na automaty, skoro “automat” miałem w domu, ale wozy drzymały, to inna historia… Latałem wtedy po “legalnych” komisach i wymieniałem gry lub odsprzedawałem za inne. Kupowałem za grosze szrot po zamożniejszych kolegach i następnie wymieniałem u znajomego sprzedawcy na upatrzone produkcje. To był mój jedyny sposób nabywania gier. Rodzice nie dbali o gry i nigdy też żadnej mi nie kupili, ale wspierali mnie zawsze na tyle na ile umieli. Po pewnym czasie, jak pewnie większość, przerobiłem swojego szaraczka, szkoda, że o metodzie na “zapałkę” dowiedziałem się 150zł później… Problemy z kolorami w grach NTSC, mój brak wiedzy o różnicach w kablach SCART i RGB. To były fajne czasy. W szkole parcie, bójki i walka z nauczycielami, a w domu spokój i mój własny świat przed konsolą. Wtedy też poznałem gry jRPG. Final Fantasy VI, FFVII, FFIX, Chrono Cross, Suikoden 2, Legend of Mana itd. Te gry zmieniły moje podejście do tego medium. Bo dawniej konsola była dla mnie dobrym sprzętem do gier na multi, podobnie jak automaty… A od gier fabularnych zrozumiałem, że nadje się też do bardziej osobistych przygód, niczym książka. Z miejsca pokochałem tabelki, wbijanie poziomów i lootowanie skrzynek. Ale długo bym o tym pisał… Fajne było w konsoli Sony, że nie ograniczała się. Dostawaliśmy przeróżne gry, w różnych gatunkach. Crasha pokochałem z miejsca za poziom trudności i radość z gry, Gran Turismo pozwoliło mi być zawodowym kierowcą i mechanikiem jednocześnie, podobnie jak Colin McRae Rally. Przez Tonego Hawka 2 kupiłem swoją deskę i jeździłem po mieście. Hercules i Tarzan dostarczył tego co gracze Nintendo mieli od zawsze. Pierwszy kontakt z Silent Hill sprawił, że przestałem być dzieckiem, może to dziwne, ale ta gra mnie tak przeraziła (na początku), że spadły mi klapki z oczu w wielu sprawach w życiu i pojawiły się włosy na klacie. W ISS PRO 98/Evo poprawiałem składy (ah te nazwiska) i tworzyłem własne ustawienia. MGS zafascynował mnie filmowym klimatem, fabułą i niecodzienną rozgrywką, a akcje z Mantisem, który czytał memorkę i przewidywał ruchy, to do dziś niezły mindfuck. Ace Combat 2/3 pozwolił mi latać w przestworzach, a Front Mission 3 kierować wielkim robotem. FFT i Vagrant Story były ciężkie do zrozumienia, co zmotywowało mnie do uczenia się angielskiego, mimo iż w szkole miałem tylko niemiecki… W towarzystwie cały czas królowały bitki: Tekken 2 i 3, SF, Mortal Kombat Trilogy, Bloody Roar, DoA itd. Z czasem jednak przybywało gier i nagle na multi grało się w CTR, Quake II, czy nawet w Abe Exoddus lub Crasha/Spyro po życiu. Pierwsze wieczorne spotkania z panną Croft hehe. Próba ratowania Aerith, bo ktoś gdzieś przeczytał, że da się ją wskrzesić Białą Materią. Kid biedaczka, która na ratunek doczekała się dopiero podczas drugiego przejścia gry, bo Glenn ważniejszy (bros before hoes). Nanami była chyba najlepszą cyfrową siostrą w grach, a Jowy dał mi wiele do myślenia na temat przyjaźni. Quistis podobała mi się o wiele bardziej od Rinoy, nauczycielka z biczem uuu moja wyobraźnia działała na wyższych obrotach… O Tekkenowych spotkaniach można by pisać książki, pamiętam jak uzbrojony w command list w pamięci chodziłem specjalnie po salonach i uczyłem “młodych” ciosów, ich szok i błysk w oczach był chyba tym za co na zawsze pokochałem gry…

Mógłbym tak pisać i wymieniać dość długo. Ale ogólnie sens jest taki, że to właśnie dzięki PlayStation wpadłem na dobre w świat gier, bo do tej pory była to raczej zajawka i ciekawostka, mimo iż swoje przegrałem na automatach i innych platformach. Jednak wraz z wkraczaniem w dorosłość, gry pozwalały mi lepiej zrozumieć siebie i świat w jakim żyje. Tak, wiadomo gry są ograniczone i przerysowane, ale właśnie ten kontrast, częsta walka dobra ze złem, trudy życia i przeciwności losu pozwoliły mi optymistycznie patrzeć w przyszłość, mimo wielu problemów w szkole i poza nią. Jest w tym wiele sentymentu, nie zaprzeczam, ale uważam, że każdy potrzebuje chwili dla siebie, swojego miejsca w którym może odpocząć i czegoś co pozwoli mu odreagować. Za gnoja byłem wielkim cholerykiem, zawsze walczyłem z całym światem, wiele rzeczy mi się nie podobało, jednak byłem bezsilny by to zmienić (jak większość dzieci), wtedy gry pozwalały mi zapomnieć o agresji, żądzach, cierpieniu i przykrościach. Może dawniej była to bardziej ucieczka od problemów i nawet w jakiś sposób uzależnienie, ale dziś widzę to trochę inaczej. Mogłem skończyć o wiele gorzej i z czasem doceniłem gry za to co oferują. Jednak zrozumiałem, że gry bez przyjaciół z którymi możesz dzielić się swoją radością wiele tracą. Bo tak naprawdę gry powinny łączyć ludzi, a nie dzielić. W dorosłym życiu widać bardzo jaka jest przepaść pomiędzy młodzieńczym optymizmem, a rzeczywistością. Ale to właśnie pokazuje, że ludzie w ciągu swojego życia są wypierani z uczuć, marzeń i pasji, a gry były dla mnie tym promieniem nadziei. Nie znałem praktycznie nikogo z twórców gier w które się zagrywałem, ale czułem ich pasję i chęć przekazania czegoś “więcej” od materialności, pogoni za statusem i prokreacją. Może to dziwne, ale bez tych gier byłbym dziś całkowicie innym człowiekiem. Nie raz z kolegami przeglądaliśmy na ławce pod blokiem czasopisma branżowe i dyskutowaliśmy o grach, żartując z tekstów “redaktorów”, to były świetne czasy. Z jednej strony beztroskie, z drugiej bardzo chaotyczne, nie wiedzieliśmy kim chcemy być i jak potoczą się nasze życia, jednak w tamtych chwilach nie miało to znaczenia, bawiliśmy się tym co mieliśmy, nie myśląc o przyszłości. Byliśmy wolni, bo żyliśmy nie zważając na wymagania, aspiracje i trudy dorosłości. Byliśmy dziećmi i uważam, że każde dziecko musi samo dojrzeć i dorosnąć. Nie można okradać dzieci z dzieciństwa, a dorośli nie powinni zapominać o dziecku które jest w nich. Dla mnie tym przejawem dziecięcej pasji zawsze będą gry wideo (w każdej postaci) i niezależnie od tego ile będę miał lat, nie zapomnę wszystkich wspaniałych chwil spędzonym z magicznym, szarym pudełkiem Sony. Wiem, że wiele osób tego tak nie postrzega, ale tak jest ze wszystkim. Dla jednych samochód to środek transportu, dla innych motoryzacja to pasja. Dla jednych ważne jest to jakie mają meble w domu i co pomyślą o nich inni, dla drugich liczy się rodzina i najbliżsi. Sami ustalamy swoją hierarchię wartości, ja dzięki grom odrzuciłem takie myślenie. Nie będę wyciętym z szablonu NPC, który goniąc za wyidealizowaną wizją szczęścia z TV, myśli tylko o pieniądzach, marnując swoje życie na gromadzeniu rzeczy, których nie potrzebuje. Ludzie potrafią wiele znieść i do wielu rzeczy się przyzwyczaić. Wolałbym jednak by przygnieceni obowiązkami i trudami życia, mimo wszystko potrafili przekazywać innym optymizm, a nie pesymizm i nihilizm, bo w życiu nawet jedna myśl może określić całe nasze istnienie. A znając swoją wartość nie zabiegamy o to co nieistotne. Dlatego jako człowiek i gracz, piszę o grach, bo chcę przekazywać innym ten optymizm i tą radość jaką zawsze dawały mi gry wideo. Nie ważne co lubicie, jaką macie konsolę, jeśli umiecie dzielić się tym co w was najlepsze, to nigdy nie będziecie sami i nigdy nie zmarnujecie życia, niezależnie o tego kim jesteście i ile macie pieniędzy…

Na zakończenie chciałbym podziękować Sylwkowi i Grześkowi, z którymi zaczynałem przygodę z grami, a których nie ma już wśród nas. Dzięki wielkie za wszystko, jestem pewien, że kiedyś znowu wspólnie pogramy w gry i piłkę. Trzymajcie miejsce 🙂

TOP 5 Singleplayer:

  1. Vagrant Story
  2. Metal Gear Solid
  3. Chrono Cross
  4. Silent Hill
  5. Gran Turismo 2

 

TOP 5 Multiplayer:

  1. Tekken 3
  2. Crash Team Racing
  3. ISS Pro Evolution
  4. Tony Hawk’s Pro Skater 2
  5. Soul Blade

 


PlayStation, PSX, PS One, “szarak”, wymawiany u Nas jako plejstejszyn obecnie jest sprzętem przywołującym nostalgiczne wspomnienia, wehikułem czasu do lat młodości i podkategorią Retro w Allegro z horrendalnie wysokimi cenami za gry-klasyki. Konsola miała swoją premierę w Europie 29 września 1995 roku, a w Polsce dopiero 1 stycznia 1996 r. Pierwszy kontakt był niejako lizaniem cukierka przez szybę, kiedy to na koloniach a dokładnie w ośrodku zamieszkania zauważyłem rówieśnika, który namiętnie skakał zielonym krokodylkiem w Croc: Legend of the Gobbos, w przytulnym pokoju odsłoniętym szybami balkonowymi. Sytuacja ta zapisała się na “twardym dysku” tak dobrze, że pomimo prehistorycznego roku tego zdarzenia (końcówka 1997 r.), pamiętam jakby to było wczoraj. Oczywiście byłem małym brzdącem w wieku 11 lat, który dopiero uczył się takich słów jak konsola, czy PlayStation. To był okres w moim życiu kiedy jeszcze ciekało się za piłką między blokowiskami, ganiało się za żabami w stawie, czy dzwoniło domofonem po kumpla z burzą mózgów jak poprosić o wyjście na dwór “grubego”, nie pamiętając imienia, kiedy rodzic odbierze słuchawkę. I szczerze, nie obchodziło mnie granie na konsoli PlayStation, kiedy w domu czekał Pegasus, a u kumpla sprawdzałem najnowsze dyskietki w Amidze. Aż do pewnego pamiętnego dnia, kiedy znajomy Krzysiek przyniósł mi szmatławca, oznajmiając “kujwa, zobacz jakie supej czasopismo pożyczyłem, peesixetrime” z jego wadą wymowy zamieniającą r na j. To był numer 23-24 wydany w miesiącach lipiec-sierpień 1999 r. z okładką Drivera i recenzjami takich gier jak: Ape Escape, Bugs Bunny: Lost in Time i Metal Gear Solid Integral. Coś pyknęło, dzięki zabawnym komiksom grupy Ktomaczas (Zombiak rzucający głowę Duke’a Nukena i Crash znokautowany śnieżkami przez bluźniercze pingwiny) i swojskim tekstom HIV’a, Myszaqa, Mr. Ściery, Kaliego i Stara. Nie będę ukrywać, że to oni i dobrze skrojona forma gazety była głównym motorem napędowym w wyobrażeniu PlayStation jako świetnej konsoli z bogatą biblioteką gier. W końcu z konsolą i samymi grami nie miałem do czynienia i jedynie dziecięca wyobraźnia składała wszystkie obrazki z gazety, okładki, ceny gier w granicach 249 zł i opasłe poradniki z opisami przyciskologii combosów w bijatykach — w jedną całość. Do pewnego momentu. Miałem bowiem wujka, który to miał PlayStation, a które to PlayStation po raz pierwszy zmaterializowało moje wyobrażenie o sprzęcie, spełniło marzenia podczas własnoręcznego ogrywania tytułów, które jedynie widziałem na okładkach czasopism. Ten moment kiedy ciotka zaprosiła mnie do domu, a ja już wiedziałem, że po chwili padnie magiczne słowo “mogę włączyć konsolę?” i przez najbliższe kilka godzin zabiorę się za gry z pierwszych stron gazet. Pierwszą odpaloną grą była FIFA 2000 z pamiętnym logiem wymawianym przez lektora “EA Sports. It’s in the game” i dynamicznym intro z piosenką Robbiego Williamsa “It’s only us”.

I wtedy się zaczęło… Kolejne krążki wlatywały do czytnika z prędkością przekraczającą zdrowy rozsądek (według rodziców, którzy mówili “Tomek może pogadasz z ciocią i wujkiem?” — Nie, ja gram). Rockowe intro V-Rally 2 odtwarzałem setki razy, tylko po to aby je zobaczyć. Crash Bandicoot 2 jako pierwszy platformer przeszedłem za 3 posiedzeniem, a wspomniana FIFA była jedynym łącznikiem z rodziną kiedy zagrałem z wujkiem kilka partyjek na dwóch. Po kilku takich wizytach, które były tylko przedsmakiem, chwilowym zaspokojeniem, wersją demo, pokazem możliwości sprzętu przed maślanymi oczami młokosa jakim byłem — postanowiono, że PlayStation zostanie pożyczony na 2 tygodnie. PO-ŻY-CZO-NY… DWA TY-GO-DNIE… Serce zabiło mi wtedy mocniej, a ja już wiedziałem, że oceny w szkole mogą zanotować znaczny spadek formy, ku rozgoryczeniu rodziców — dlatego kolejnym razem dostałem konsolkę w okresie ferii zimowych i wakacji (hłe, hłe). Wspomnienia jakie wyniosłem w momencie przebywania z PlayStation zapamiętam do końca życia. Po pierwsze namiętnie katowałem w Tekkena 3 zarówno solo, jak i w grupie znajomych. Szajba jaka wtedy towarzyszyła każdej wizycie kumpli była nie do opisania. Od tajemnej rozpiski combosów na kartce z nazewnictwem, które do dzisiaj mogłoby rozbawić największego ponuraka, po chamskie używanie tego samego zestawu ciosów, tak aby przeciwnik nie mógł wstać, aż po małpie figle w domostwie opanowanym przez oszołomów, którzy wcielali się w takiego Kinga, czy Eddiego, strącając przy tym kwiatki i niszcząc nogi od krzeseł. Później takich nie zapraszałem, to robili numery na “oszukany wizjer”. Kiedy do drzwi zapukał kumpel, a ja spoglądałem w wizjer w drzwiach, widziałem tylko jedną osobę, problem w tym że kilku gamoni czekało cicho na schodach i jak tylko pociągnąłem za klamkę, to wparowali jak hołota przy promocji w Media Expert podczas uroczystego otwarcia. Z tego okresu pamiętam wkrętkę Kaliego z PSX Extreme, kiedy to napisał o możliwości zakucia kajdankami przez Leia w Tekken 3. Samego wpisu nie czytałem, ale znajomy opowiedział o tym, no i każdy na osiedlu próbował bezskutecznie wykonać kombinację, która nie istniała. Kontakt z PlayStation nie ograniczał się do uprzejmości mojego wujka. Kumpel Seba zaprosił mnie pewnego dnia (Sylwester 2001) do swojego domu, aby spędzić w towarzystwie koleżanki rodziców, którzy przyszli do jego własnych “starych”. Wspominając, że może pożyczy na taką uroczystość Sonkę. Pożyczył. No i grało się do samego rana w Tony Hawk’s Pro Skater 2, gdzie donośne krzyki nie zwiastowały nadejścia nowego roku, a raczej uzyskania rekordu punktowego. Z tego co pamiętam to 50.000 było czymś niesamowitym, a po setkach prób śmialiśmy się “jak byliśmy tym podekscytowani” w momencie kiedy zaczęliśmy dobijać do 300.000 w 2 minuty w standardowym przejeździe. Nie muszę wspominać, że w momencie kiedy my spędziliśmy “najlepszego Sylwestra w życiu”, koleżanka zanudziła się na śmierć. Mile wspominać będę tego samego znajomego, który z jakiegoś powodu musiał spędzić ponad tydzień w szpitalu. Co można robić w tym czasie, kiedy leży się w łóżku? Ano, można przynieść telewizor, konsolę i Gran Turismo. Nie powiem, siłą musiały mnie odciągać pielęgniarki, pytając czy nie mam domu, i czy rodzice się nie martwią. Znów pewien znajomy za każdym razem, kiedy do niego przychodziliśmy zadziwiał Nas swoim entuzjazmem, do wprowadzania kodów w Tomb Raider i… trzepania kapucyna kiedy w niego graliśmy (nie pytajcie). Magia PlayStation w całej okazałości.

I jak mam być szczery, dopiero po latach doceniłem szaraka, kiedy nadrabiałem zaległości… grając na PlayStation 2. Konsoli nigdy nie kupiłem, w porównaniu do trzech egzemplarzy PlayStation 2. Z produkcji, które udało mi się skończyć naliczyłem około 25-30 pozycji. Jakie momenty utkwiły w głowie najlepiej? Z pewnością Driver i zadanie treningowe w garażu, kiedy to trzeba było odhaczyć 9 zadań w ciągu minuty (slalom, obrót 180 stopni itd.). Pierwsze spotkanie z jamrajem w Crash Bandicoot 2, kiedy jeszcze wtedy “lisek” był objawieniem wśród zarówno młodszych, jak i starszych. Ci drudzy woleli oczywiście Metal Gear Solid, czy Medal of Honor. Przechodzenie z kumplem do pierwszej skuchy w Dino Crisis 2 i liczenie punktacji za zabite dinki, pierwsza plansza muzeum w MediEvil 2 i walka z Tyrannosaurus Wrecks. Ten moment będzie u mnie głęboko w sercu, ponieważ ogrywałem go wraz z (świętej pamięci) ojcem i zawsze będzie swojego rodzaju łącznikiem wspomnień, zarówno tych radosnych, jak i smutnych. Kiedy wspominał, że jest to jego ulubiona gra i wiem, że już nie będę mógł z nim o niej porozmawiać… Z grami na PlayStation będę miło wspominać pojedynek na bazooki ze znajomym w Medal of Honor, zagadkę z pianinem w Silent Hill, gdzie głowiłem się przez kilka dni i siedziałem z słownikiem polsko-angielskim w ręku, czy wspólne posiedzenia przy rozrywkowym Crash Bash. Bliższe memu sercu jest PS2, ale jak widać jedynka sprawiła również sporo nostalgicznych przeżyć, zarówno beztroskich czasów dzieciństwa, znajomości kumpli, których widzę teraz tylko na Facebooku, czy absorbującej podróży do trójwymiarowego świata. Świata, kiedy czas zatrzymywał się w miejscu, radość wypływała z ekranu, a smutki odchodziły w zapomnienie. PlayStation po dziś dzień robi to w bardzo dobry sposób, jednak siła nostalgii jest silniejsza i z pewnością dla Nas, starych pryków po 30-stce, to właśnie gry na ten system będą w naszych sercach zawsze wyżej, od nowych dzieł AAA tworzonych przez panów z krawatami wiązanymi przez żony, a nie zapaleńców z pełnymi pomysłami na zrewolucjonizowanie rynku w swojskich garażach i opuszczonych biurowcach.

Top 5 wynika głównie z sentymentu, co doskonale widać po Tekkenie 3 i moich wspominkach ze znajomymi; brakuje tutaj takich hitów jak: Gran Turismo, Tomb Raider, Resident Evil, Spyro the Dragon, Medal of Honor, Legacy of Kain: Soul Reaver, Crash Team Racing (nie ukończyłem), czy Final Fantasy VII (sorry, nie grałem w inne).

TOP 5:

  1. Tekken 3
  2. Crash Bandicoot 3: Warped
  3. Metal Gear Solid
  4. Silent Hill
  5. Tony Hawk’s Pro Skater 2

 


Swoją przygodę z pierwszą konsolą Sony rozpocząłem stosunkowo późno, bo dopiero w okolicach 2000 roku. Niestety w moim rodzinnym domu nigdy się nie przelewało i na swoje pierwsze PlayStation musiałem długo czekać. W tym temacie nie mogłem zbytnio liczyć na pomoc ze strony rodziców, więc trzeba było zakasać rękawy i wziąć sprawy w swoje ręce. W tamtym czasie konsola PlayStation, w zależności od konfiguracji, kosztowała ok. 500-600zł. Dla mnie była to astronomiczna kwota, więc by ją zdobyć musiałem przedsięwziąć specjalne kroki.

Jednym z nich był cotygodniowy handel (w wakacje) na lokalnym targu, gdzie od szóstej rano do mniej więcej godziny trzynastej rozkładałem swój mały kramik, na którym wyprzedawałem swoje stare zabawki, a także używane ciuchy, które co jakiś czas z Niemiec zwoziła moja starsza siostra. Miałem mniej więcej 12 lat, więc nie było łatwo to ogarnąć. Do transportu tych rzeczy służył mi jakiś stary wózek od ojca, do którego przywiązywałem ogromną torbę turystyczną i już po piątej rano wyruszałem w dość długą drogę by zająć jakieś miejsce na lokalnym targu. Z tym też nie było łatwo, gdyż często byłem przepędzany przez handlarzy z miejsca na miejsce, ale motywacja była u mnie ogromna. Wiedziałem, że to jedyny sposób by konsola PlayStation pojawiła się wreszcie w moim domu.

Pochodzę z małej miejscowości, w której można było znaleźć raptem trzy sklepy z elektroniką. Gdy już uzbierałem pełną kwotę na zakup PlayStation, udałem się do jednego z nich by kupić swoją pierwszą “prawdziwą” konsolę. Kosztowała mnie ona właśnie coś ok. 500zł i był to model SCPH-5502, który zapamiętałem dzięki charakterystycznemu opakowaniu. Nie pamiętam czy kiedykolwiek w życiu się tak cieszyłem. W zestawie dostałem grę Pac-Man World. Zdziwiło mnie trochę, że otrzymałem samą płytkę, dodatkowo podpisaną czarnym markerem, ale był to gratis, więc zbytnio nie wybrzydzałem. Zaprosiłem kumpla, który już miał swojego PSXa od jakiegoś czasu, żeby się pochwalić swoim sprzętem i to właśnie od niego dowiedziałem się, że coś jest nie tak i że wychodzi na to, że mój sprzęt jest przerobiony i to piracka gra. Przy okazji kumpel nastraszył mnie, że sprzęt nie wiadomo ile podziała, że laser się spali i nie będę miał na niego gwarancji. To wystarczyło, by zdecydować się na zwrot tej konsoli. Początkowo w sklepie nie chcieli mi jej przyjąć, ale kolejna wizyta z obstawą mamy tym razem poskutkowała.

W tamtym czasie PlayStation było dostępne u mnie w mieście jeszcze tylko w jedynym sklepie. Pamiętam, że było droższe i kosztowało ok. 600zł. To właśnie tam, zaraz po wcześniejszym zwrocie, udałem się wraz z kumplem. Tym razem wiedziałem już na co zwracać uwagę i miałem pełną obstawę. Od razu upewniłem się czy nie mam do czynienia z jakimś kombinowanym sprzętem. Trafiłem wówczas na najnowszy model PlayStation SCPH-9002 z DualShock’iem. W zestawie także otrzymałem jedną grę — Formula 1 97, tym razem oryginalną oraz różowy pokrowiec na memorkę. Szkoda tylko, że bez niej samej. Od razu pożyczyłem też kilka gierek od kumpla, w tym Crash Bandicoot 2 i wsiąkłem w świat PSXa na całego, w świat, w którym w zasadzie tkwię od ponad 20 lat.

O swoją pierwszą konsolę dbałem jak o  świętość. Za długo na nią czekałem i zbyt wiele kosztował mnie jej zakup. Oczywiście nie mówię tylko o pieniądzach. Dość powiedzieć, że przez długi czas przy zmianie płyty na jakąś inną grę, zawsze odczekiwałem, aż ta przestanie się kręcić w napędzie, by przypadkiem niczego nie uszkodzić. 😊 Tak właśnie wyglądały moje początki z PlayStation i zakup tej konsoli.

Moje TOP 5 gier na szaraka, to właściwie nie tyle ranking najlepszych gier jakie ukazały się na PlayStation, ale bardziej zestawienie pozycji, z którymi łączy mnie największy sentyment z tamtego okresu. Bez wątpienia należą do nich:

  1. Medal of Honor (obie części i zarazem gra, dla której następnie przesiadłem się z konsoli na PC, gdzie kontynuowano tę serię)
  2. Crash Bandicoot (seria, choć przede wszystkim część pierwszą pokochałem)
  3. ISS Pro Evolution Soccer 2 (seria, choć zdecydowanie to w ISS Pro 2 grałem najwięcej)
  4. Driver (eh pamiętny garaż, w wersji niemieckojęzycznej jeszcze trudniej mi było rozszyfrować co mam w nim zrobić)
  5. Chrono Cross (nie grywam w jRPG, ale ten tytuł mnie pochłonął jak chyba żadna inna historia na PSX)

W sumie w tym temacie nie zmieniło się zbyt wiele od mojego zestawienia na 20-lecie PlayStation, więc po TOP 20 zapraszam TUTAJ.

Może Cię również zainteresować: