#1: Kilka słów o “Oddechu Dziczy”

Jakiś czas temu amerykański NPD podawał ciekawe informacje dotyczące ostatniej Zeldy, że właśnie Breath of the Wild stała się najlepiej sprzedającą odsłoną wieloletniego cyklu na tamtejszej ziemi. Na pewnym portalu, darujmy sobie na którym, rozgorzała jak to w polskich internetach bywa gorąca dyskusja. Jakoby gra nie zasługiwała na taką sprzedaż, bo to przechwalony twór z (jakby inaczej) kupionymi recenzjami. Czyli normalka w naszym grajdole, gdzie zamiast się cieszyć z sukcesu tradycyjnie narzekamy.

Jestem w stanie zrozumieć, że komuś może nie podobać się jakaś gra, bo nie odpowiada nam jej wygląd. Czy firma w przypadku której nie pasuje nam jej polityka wydawnicza. W końcu ilu ludzi tyle opinii, czy jakoś tak to szło. Nie potrafię jednak ogarnąć swoim móżdżkiem skąd się bierze ta polska zawiść do Nintendo i deprecjonowanie ich przy byle okazji. Wmawiając wszystkim na około jakby ich gry były nic nie warte, a samego Switch’a najlepiej to wyrzucić przez okno i pogrzebać w śmietniku historii. Wymyślanie kolejnych bzdur na ich temat nie ma końca, i zawsze znajdzie się tak zwany “znafca”, który będzie chciał popisać się swoją bogatą wiedzą, i udowodnić swoje wyśnione prawdy. W końcu przecież według tych specjalistów od Nintendo ot taka Zelda nie ma fabuły, co kompletnie mija się z prawdą. Aczkolwiek trzeba to podkreślić, nie jest ona tak rozbudowana jak choćby w takim Final Fantasy. Kładąc swój nacisk bardziej na eksplorację samego świata, aniżeli biegania od jednego przerywnika do drugiego. Trzeba też podkreślić, że seria przez swoje lata bytności na rynku dorobiła się innego sposobu narracji, gdzie wiele rzeczy trzeba poznać przez wspomnianą już eksploracje, a resztę trzeba sobie samemu dopowiedzieć. Tym bardziej, że nie mamy tu wszystkiego podanego wprost na tacy, jak w większości gier. Z czego to wynika? Zapewne z faktu że sama seria rodziła się w czasach, gdy gry dopiero co zaczęły wychodzić ze swojego wieku pacholęcego. I nie grzeszyły jakimś bogatym tłem fabularnym. Gdzie ówczesnym graczom wystarczyło proste “uratuj księżniczkę” do pełni szczęścia. Te podstawy w serii istnieją do dzisiaj, co dla nie obeznanych z tematem daje mylne przeświadczenie o braku fabuły. Co sprawia, że sami krytykujący narażają się na śmieszność i ataki tej drugiej strony doprowadzając do bzdurnej wymiany zdań, która nikomu nie służy, no chyba że zwiększeniu klików.
Musicie wiedzieć, że u podstaw powstawania Breath of The Wild, tak naprawdę stoi pierwsza Zelda z roku 1986, która już w tamtych czasach dawała ogromną wolność i swobodę. Po dziś dzień robiąc wrażenie swoim rozmachem. I to właśnie ten cel przyświecał Eijemu Aonumie, który chciał stworzyć unikatowe doświadczenie w swoim nowym dziele. Byśmy to my jako gracze mogli nie tylko nacieszyć się wolnością i swobodą, na niespotykaną do dziś skalę. Tym samym zostając architektami swojej własnej przygody, kształtując ją na swój własny sposób i użytek. Do tego stopnia, że nawet sam samouczek z jakim mamy do czynienia na początku rozpoczynanej przygody, jest tak skonstruowany by w sposób subtelny zachęcać nas do poznawania i uczenia się świata i prawideł w nim rządzących na własną rękę. Szkopuł w tym, że wiele osób wylewających swoje żale pod adresem tej gry w naszym kraju, nie miała tak naprawdę z tym tworem styczności, a jak jakimś cudem udało im się położyć na tej grze łapska, to nie starało się nawet zrozumieć podstawowych założeń. Jakie zostały przy projekcie zrywającym z tym do czego przyzwyczaiła nas ta seria od czasu Ocarina of Time wprowadzone, i że stara formuła wyczerpała się wraz ze Skyward Sword. Sama seria po prostu potrzebowała rewolucji, którą dostaliśmy choćby przez powrót do korzeni. Gdzie gry nie prowadziły nas za rączkę, nie było rozbudowanych tutoriali, a do wielu rozwiązań trzeba było dochodzić samemu metodą prób i błędów. Co doprowadziło, że wiele osób mających styczność z grami od Ubisoftu choć nie tylko, opatrzonych ogromną ilością znaczników i aktywności tak naprawdę nie wiedziało zapewne co zrobić z taką wolnością i swobodą. Czując się po prostu zagubionymi w ogromnym świecie Hyrule i tym co nam zaoferowano. Właśnie to sprawiło, że z góry skreślono ten tytuł jako coś rewolucyjnego i przełomowego. Zmieniającego obliczę gatunku do którego produkcja Big N została przypisana, zrywając z utartymi schematami. Nawet w obrębie samej serii, co choćby symbolizuje brak zielonego kubraczka, który notabene był cechą rozpoznawalną prowadzonego przez nas bohatera i pewnym symbolem.
Nie są to oczywiście jedyne elementy na które wylewano swoją frustrację w internetach pod adresem przygód naszego elfa. Sporo też powiedziano i napisano na temat niszczenia się broni, które nie wszystkim przypadło do gustu. Nie mam zamiaru tu roztrząsać czy wprowadzenie tej mechaniki było dobrym rozwiązaniem czy też nie. Pamiętać trzeba jednak o tym, że twórcom przyświecał pewien cel, mający za zadanie odzwyczaić graczy od posługiwania się najsilniejszym orężem. Wymuszając na nich pozbycie się starych nawyków i kombinowania. Co niejednokrotnie było podkreślane w udzielanych wywiadach. Niestety jak widać nie wszyscy zrozumieli założenia tego mechanizmu, i tradycyjnie przez internet przelała się fala krytyki, jakby to broń za szybko się niszczyła. Po dość krótkim czasie radosnego hasania po wykreowanym świecie, można było zostać z niczym. Jest to oczywiście na swój sposób prawdą ale dość przewrotną, bo jak to się mówi diabeł tkwi w szczegółach. Mało kto jednak z osób krytykujących ten element przyznaje się do tego: żeby zostać z niczym już na samym początku gry to trzeba się naprawdę oto postarać. Biegnąc na pałę, bez jakiegoś wyraźnego planu. Tym bardziej że sama gra została tak skonstruowana, byśmy co róż otrzymywali jakąś broń. A na późniejszym etapie mieli ją w nadmiarze, do tego stopnia że mamy w czym przebierać. Wychodzi więc na to, że dostaliśmy tu dość przewrotny element gameplayu, który tak naprawdę wynagradzał cierpliwych graczy. Nie bojących się kombinować i korzystających z całego dobrodziejstwa jakie miała do zaoferowania sama gra, potrafiących wykorzystać jej bogactwo jakie nam oferowała. To właśnie takie osoby czerpały przyjemność z tej mechaniki najbardziej, i nie miały powodów do narzekań. Gdzie każda nowo znaleziona broń po prostu cieszyła, tym bardziej że każdym znalezionym orężem walczyło się nie co inaczej, a na pewnym etapie gry można było przecież otrzymać również sam Master Sword.

Owszem zdaję sobie sprawę, że ostatnia duża Zelda nie jest grą idealną, bo nie ma takich gier i posiada swoje drobne błędy i potknięcia. Ale jest też grą, która mimo ogromnego wykreowanego świata ukazuje nam przemyślaną konstrukcję w każdym calu. Tu każdy element do siebie pasuje i współgra ze sobą. Dając nam ogromną swobodę w kreowaniu własnej przygody co nie wszystkim może się podobać. Szczególnie gdy bardziej do nas przemawiają standardowe mechanizmy i rozwiązania. Nie jest to też tytuł dla wszystkich, i nie każdemu zapewne przypadnie do gustu. Nie jest to jednak powód do pustej krytyki, tym bardziej przy tak ogromnym tytule, który rozwija swoje skrzydła z każdą kolejną godziną i tak naprawdę na samym początku nic nam o sobie nie mówi.  Więc jeśli zaczynamy coś krytykować, w szczególności to co nam się nie podoba, to róbmy to z głową bez wylewania swoich żali i frustracji w necie. Byśmy wspólnie dyskutowali o grach, i tematach które bliskie są naszym sercom, bez złośliwości i niepotrzebnych kłótni. I po prostu grali w gry, które lubimy. Rzekłem.
Avatar

Autor: Pchan